Dwa państwa – jeden kraj


krzyż_sejmMedialna „wojna krzyżowa

Jerzy Bralczyk, Andrzej Markowski i Walery Pisarek, profesorska kapituła prowadzonego przez Instytut Języka Polskiego Uniwersytetu Warszawskiego plebiscytu najważniejszych słów w 2011 roku, po analizie ponad dwu tysięcy propozycji internautów i zestawień słów dnia, czyli kluczowych słów prasy ustalili, że na trzecim miejscu popularności po „prezydencji” i „kryzysie”, znalazły się ex aequo dwa słowa „katastrofa” i „krzyż”, których połączenie wskazuje jednocześnie na „smoleński” kontekst ich używania.

Kolejna „wojna krzyżowa” przetoczyła się przez media, tym razem z Januszem Palikotem w roli głównej, który jeszcze przed wyznaczoną na 8 listopada 2011 roku inauguracją Sejmu VII kadencji złożył 27 października na ręce Marszałka Sejmu wniosek o usunięcie krzyża z sali planarnych obrad. Godzi się przypomnieć, że Palikot nieopatrznie obiecał wyborcom podjęcie starań o zdjęcie krzyża z sali obrad Sejmu, chociaż wbrew pozorom wśród członków Ruchu Palikota sprawa nie była taka prosta, jeśli zważyć, że na przykład poseł Roman Kotliński, były ksiądz, twórca i redaktor naczelny nieklerykalnego tygodnika „Fakty i Mity”, nie był zwolennikiem rozpoczynania sejmowej działalności od zdejmowania krzyża.

W każdym razie na początek parlamentarzystom Ruchu Palikota chodziło o to, aby wbrew wszelkim przeciwnościom losu podjąć beznadziejną próbę uniknięcia złożenia ślubowania pod wiszącym na ścianie krzyżem. Ustępujący marszałek Grzegorz Schetyna, jak łatwo można się domyślić, nie miał najmniejszego zamiaru zająć się tą kwestią tym bardziej, że na inaugurację Sejmu zaprosił znaczące grono, nie tylko katolickich, dostojników kościelnych. Dla całości obrazu wydarzenia należałoby przypomnieć także pełną licznych cytatów z Jana Pawła II mowę Marszałka-Seniora Sejmu Józef Zycha, które istotnie ubogaciły inaugurację o religijny wymiar. Nie zaskakuje zatem, że na koniec Palikot w komentarzu dla mediów ocenił sakralizację symbolicznej warstwy inauguracji jako mocno skandaliczną, ponieważ przebieg tego posiedzenia Sejmu, jego zdaniem, wyglądał „trochę na uroczystość religijną, a nie na uroczystość w świeckim państwie” (dziennik.pl 8. 11. 2011).

Inauguracyjne posiedzenie Sejmu zachowało rzecz jasna naturalnie świecki charakter, chociaż równocześnie za sprawą obecności hierarchów, krzyża, odwołań do papieskich nauk i Boskiej pomocy w poselskich przysięgach zostało nasycone w niespotykanej wcześniej skali widoczną warstwą symboliczną o jednoznacznie religijnej wymowie. Suma tych zabiegów doprowadziła do oczekiwanego połączenia uroczystości religijnej i świeckiej w jedną całość, w której symboliczne znaki katolickiej państwowości udatnie przeniknęły w rozmaite momenty uroczystości świeckiego państwa. W ten sposób dokonano świadomej sakralizacji najważniejszej instytucji demokratycznego państwa w intencji, jak należy się domyślać, umocnienia pozycji i autorytetu władzy. Nie bez powodu kardynał Kazimierz Nycz na tradycyjnym spotkaniu opłatkowym w Sejmie, przy absencji parlamentarzystów Ruchu Palikota i SLD, mając wybór miedzy dostojnym milczeniem a zabraniem głosu w tej sprawie, wygłosił swoiste dementi: „Mam głębokie przekonanie, że swoją osobą i obecnością nie sakralizuję tego miejsca, któremu na imię parlament Rzeczypospolitej Polskiej” (22.12.2011). Trafność wypowiedzi warszawskiego hierarchy nie budzi specjalnych wątpliwości, chociaż widoczny język dyplomatycznych oświadczeń nie brzmi przekonująco, jeśli zauważyć, że „sakralizacja” sejmowej przestrzeni publicznej już się przed laty dokonała i jest stale wzmacniana, na co wskazuje chociażby praktyka intonowania przez posłów PiS modlitwy w trakcie prac Sejmu. Ten dwoisty, religijny i świecki zarazem, charakter inauguracji Sejmu pełni zatem mimowolnie funkcję symbolicznego przekazu konstytutywnej obecności państwa kościelnego na samych szczytach świeckiej władzy nadając jej niejako automatycznie status „sanktuarium państwa”.

Tę klasyczną formułę wprowadził ostatnio do publicznego obiegu Bronisław Komorowski, udzielając jeszcze jako prezydent elekt pierwszego powyborczego wywiadu, w którym w sporze dotyczącym obecności „prezydenckiego krzyża” na Krakowskim Przedmieściu zajął niezwykle pryncypialne stanowisko: „Pałac Prezydencki jest sanktuarium państwa. Krzyż, co było zrozumiałe, postawiono w nastroju żałoby, lecz żałoba minęła i trzeba te sprawy porządkować. Krzyż to symbol religijny, więc zostanie we współdziałaniu z władzami kościelnymi przeniesiony w inne, bardziej odpowiednie miejsce”. (Nie chodzi o to, żeby ludzi bolało, z B. Komorowskim rozmawiali A. Nowakowska, J. Kurski, M. Wroński, „Gazeta Wyborcza”, 10.07.2010.). Należy dodać, że w tym przypadku od samego początku „odpowiednim miejscem” dla krzyża miał być pobliski kościół, w którym ostatecznie znalazł on swoją siedzibę. Ciekawe, że stojąc na gruncie poszanowania autonomii państwa i Kościoła, co potwierdził w tym wywiadzie, prezydent elekt użył formuły „sanktuarium państwa” dla podkreślenia świeckiego charakteru swojej przyszłej siedziby jako „głowy państwa”, chociaż „sanktuarium” mieści się wyraźnie w polu semantycznym „sacrum”, a nie „profanum”.

Ideologia „odpowiedniego miejsca” dla krzyża kolejny raz pojawiła się w mediach właśnie po przeniesieniu krzyża z Krakowskiego Przedmieścia do kościoła, gdy demonstrujące przeciwko temu grupy ludzi ustawiły nowy „posmoleński krzyż” przed Sejmem pod koniec lipca 2010 roku. W krótkim czasie doszło do powtórzenia scenariusza z Krakowskiego Przedmieścia i kolejny krzyż smoleński znalazł swoje godne miejsce, tym razem w Kaplicy Sejmowej, dzięki wspólnej decyzji jej kapelana ks. Jacka Dzikowskiego i kancelarii Sejmu, gdzie jest już całkowicie niedostępny dla wiernych spoza establishmentu, tracąc wszelkie znaczenie dla przysłowiowego ludu.

Po upływie niemal półtora roku prezydent Komorowski potwierdził swoje stanowisko w sprawie krzyża na Krakowskim Przedmieściu, po czym od razu przeszedł do wyrażenia swego stosunku do krzyża sejmowego: „Nie podobał mi się sposób zawieszenia krzyża w sali sejmowej na początku kadencji AWS. Ale krzyż zawisł i już. Jest krzyżem tradycji ks. Popiełuszki. Krzyżem, który wisiał w czasie wizyty Jana Pawła II w polskim Sejmie. Można dyskutować, czy sanktuarium państwa, jakim jest Sejm, to miejsce na symbolikę religijną, ale dzisiaj ona jest faktem. I nawet przywódcy lewicy mówią, że się do tego przyzwyczaili”. (Komorowski: Nie straszcie Polaków, rozmawiali P. Wroński, J. Kurski, „Gazeta Wyborcza”, 26.11.2011.). I chociaż Komorowski podkreślił, że nie zmienił zdania w kwestii „krzyża prezydenckiego”, to jednak tym razem formuła „sanktuarium państwa” została przezeń użyta ostatecznie jako argument na rzecz uznania sakralnego charakteru Sejmu w rezultacie swoistego „zasiedzenia” krzyża na ścianie sali sejmowej.

Na pierwszy rzut oka zmienne stanowisko Komorowskiego naraża go na łatwe, chociaż niesłuszne, zarzuty hipokryzji czy koniunkturalizmu. Między „sejmowym krzyżem” a jego odpowiednikiem z Krakowskiego Przedmieścia jest bowiem zasadnicza różnica. Ta różnica ma „klasowy charakter”, jak pisało się nie bez racji przed laty na Wschodzie i pisze nadal na Zachodzie, a więc w zupełnie innym sensie niż podnosi to prezydent RP. Można podejrzewać, że „krzyż prezydencki” został przez „lud” umieszczony na Krakowskim Przedmieścia w odruchu żywiołowego protestu społecznego jako wyraz buntu przeciwko niesprawiedliwości i ubezwłasnowolnieniu na skutek prowadzonej przez władzę polityki. W rezultacie zabranie krzyża sprzed siedziby Prezydenta RP i przeniesienie go do sąsiadującego z Pałacem Namiestnikowskim kościoła pozbawia go całej właściwej mu symboliki o radykalnej wymowie społecznej. W przeciwieństwie do tego „krzyż sejmowy” jest znakiem politycznej władzy jako symbiozy jej strony świeckiej z religijną oraz współdziałania państwa kościelnego i świeckiego, czego przejawem jest chociażby zgodne doprowadzenie do tego krzyża zawieszenia. Z tego punktu widzenia obecność krzyża w pomieszczeniach parlamentu traktowana jest przez prezydenta RP, mimo pewnych zawahań, jako całkowicie naturalna podobnie jak w jego miejscu pracy – prezydenckim gabinecie.

Zrozumiałe, że tak pilnie jak tylko było to możliwe, przy pierwszej nadarzającej się sposobności, także Watykan krytycznie odniósł się do inicjatywy Ruchu Palikota, co uczynił już 29. października 2011 kard. Gianfranco Ravasi, przewodniczący Papieskiej Rady Kultury podczas promocji Nowego Leksykonu Biblijnego na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w trakcie I Kongresu Biblijnego, obradującego pod hasłem „Biblia kodem kulturowym Europy”. Nietrudno się domyślać, że stanowisko Watykanu z natury rzeczy wspiera państwową stronę funkcjonowania katolicyzmu w życiu społecznym naszego kraju.

Wniosek o zdjęcie krzyża

W tym czasie, w piśmie datowanym na 26 października 2011 r. posłowie Ruchu Palikota zwrócili się do marszałka Schetyny o „wydanie zarządzenia nakazującego usunięcie krzyża łacińskiego, znajdującego się w sali posiedzeń Sejmu RP, który został tam umieszczony sprzecznie z prawem w nocy z 19 na 20 października 1997 r. przez ówczesnych posłów na Sejm RP III Kadencji, pp. Tomasza Wójcika i Piotra Krutula”. Inkryminowany krzyż jest nielegalny, ponieważ został bezprawnie zawieszony i ponadto znajduje się w Sejmie bez podstawy prawnej z obrazą fundamentalnych kodyfikacji zawartych w Konstytucji RP (1997), Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności (1993), Konkordacie między Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską (1993) oraz ustawie o gwarancjach wolności sumienia i wyznania (2005).

Według sygnatariuszy wniosku „Rzeczpospolita Polska jest państwem świeckim, którego władze publiczne, w tym władza ustawodawcza powinny zachować bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych. Nie jest dopuszczalne umieszczenie i obecność krzyża łacińskiego w sali posiedzeń plenarnych Sejmu RP, bowiem taki krzyż manifestuje szczególną skłonność organu władzy publicznej, jakim jest Sejm RP, ku religiom chrześcijańskim, w szczególności zaś – w polskich warunkach, znamionowanych przez dominację Kościoła katolickiego we wszystkich sferach życia – ku religii rzymsko-katolickiej.

Obecność krzyża łacińskiego zwisającego ponad głowami posłów stanowi permanentne naruszenie gwarancji bezstronności władzy publicznej w sprawach religii, a zatem oznacza stan permanentnego bezprawia, trwający już 14 lat. Niezbędnym jest, aby Sejm RP (i jego organy, w tym Marszałek Sejmu) dawał przykład poszanowania prawa, w szczególności Konstytucji RP, będącej najwyższym źródłem prawa w wewnętrznej percepcji wieloskładnikowego i multicentrycznego systemu prawa obowiązującego w Polsce”.

W obszernym uzasadnieniu wnioskodawcy po opisaniu „okoliczności faktycznych” zawieszenia krzyża i wykazaniu braku jakichkolwiek „prawnych uregulowań” jego obecności w sejmie, przeszli do omówienia relacji między państwem i organizacjami wyznaniowymi w zróżnicowanych modelach konstytucyjnych państw demokratycznych, by na zakończenie przedstawić „europejski standard gwarancji swobody sumienia i wyznania oraz otwartości, bezstronności i pluralizmu władz publicznych w sprawach religijnych i światopoglądowych”.

Ten solidnie pod względem prawnym opracowany kilkunastostronicowy dokument, jako argumenty na rzecz przywrócenia na sali plenarnej po upływie czternastu lat stanu sprzed powieszenia krzyża, podjął trzy podstawowe kwestie. Po pierwsze, sygnatariusze uważają za naczelną wartość demokratycznego społeczeństwa zasadę świeckości państwa, oznaczającą jego bezstronność w kwestiach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, która jest nie do pogodzenia z obecnością jakichkolwiek symboli religijnych na sali sejmowej. Po wtóre, wedle wnioskodawców pojawieniu się w tym miejscu krzyża łacińskiego towarzyszą liczne przywileje Kościoła katolickiego i przechylenie władzy publicznej w stronę państwa wyznaniowego określonej religii. I na koniec, zawieszenie krzyża w sali plenarnej Sejmu jest w świetle prawa szczególnie uwłaczające, ponieważ sprowadza się do polega na bezprawnym zachowaniu prawodawców w miejscu służącym stanowieniu praw – siedzibie prawa i praworządności.

Jak złośliwie zauważyli wnioskodawcy, nie bez powodu posłowie Akcji Wyborczej Solidarność Piotr Krutul z Białegostoku i Tomasz Wójcik z Wrocławia, nomen omen absolwenci studiów politechnicznych, „zawiesili krzyż pod osłoną nocy, zapewne zdając sobie sprawę z bezprawności swoich poczynań – gdyby było inaczej, zwróciliby się oni do władz Sejmu o zgodę na zawieszenie krzyża”.

Ponieważ wszystko na tym świecie, nie wyłączając krzyża sejmowego, ma swoją historię należałoby zapytać o historię krzyża senackiego, który znajduje się na stosownym miejscu w sali plenarnej Senatu od samego początku jej istnienia, chociaż związane z tym faktem okoliczności nie są do dzisiaj znane opinii publicznej. Dziwnym trafem nikt nie stawia pytań o krzyż senacki a désintéressement parlamentarzystów Ruchu Palikota świadczy o stosunku tego ugrupowania do sławnej izby refleksji czy zadumy, czego wyrazem było nie kandydowanie „palikotowców” do Senatu połączone ze swoistym bojkotem wyborczym wyższej izby parlamentu. Dla zrozumienia z kolei tej sytuacji może okazać się pomocne przypomnienie kluczowej roli w budowaniu zrębów senackiej administracji tak znaczących wychowanków warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej jak Wojciech Sawicki, pierwszy szef Kancelarii Senatu, aktualnie sekretarz generalny Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy czy jego ówczesny podwładny Jacek Michałowski, obecnie szef Kancelarii Prezydenta.

Może jeszcze kiedyś, i nie będzie to Sąd Ostateczny, opinia publiczna pozna tajemnicę pochodzenia krzyża senackiego a może nawet dowie się jakie to „tajemnicze siły” spowodowały całą falę krzyży w salach posiedzeń komisji sejmowych, które zaczęły się pojawiać mniej więcej w tym samym czasie, kiedy spłynęły do Sejmu pierwsze opinie w sprawie krzyża sejmowego życzliwych Kościołowi ekspertów, co naturalnie nie mogło wzbudzić szerszego zainteresowania mediów oraz ich publiczności.

Wokół sejmowego krzyża

Krzyż sejmowy ma stosunkowo niewielkie rozmiary i wisi sobie spokojnie nad nader skromnymi jak na skalę sali plenarnej Sejmu bocznymi drzwiami, które będąc za plecami marszałka łączą salę plenarną ze znajdującym się na jej zapleczu salonikiem służącym członkom rządu i zaproszonym gościom do przechodzenia na toczące się obrady.

Na pytanie, w jaki sposób krzyż znalazł się w sali sejmowej, jednoznacznej chociaż niezgodnej ze stanem faktycznym odpowiedzi udzielił ks. Paweł Powierza, duszpasterz parlamentarzystów i kapelan kaplicy sejmowej. „Krzyż został podarowany do Sejmu przez matkę bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Stąd symbolika obecności krucyfiksu na sali sejmowej jest jeszcze głębsza, ponieważ nawiązuje on do męczeństwa kapelana »Solidarności«. Symbolizuje wartości, które głosił ks. Jerzy swoją postawą, swoim kapłaństwem: »Zło dobrem zwyciężaj«. Kiedy wierzący parlamentarzyści patrzą na ten krzyż w czasie obrad Sejmu, są niejako jeszcze bardziej zmotywowani do coraz większego wysiłku na rzecz dobra nas wszystkich. Sądzę natomiast, że u osób niewierzących krzyż ten nie powinien wywoływać negatywnych emocji, bo jest po prostu symbolem poświęcenia, wielkiej miłości, które Chrystus ukazał nam oddając swoje życie na krzyżu za wszystkich ludzi. A są to wartości nierozerwalnie zrośnięte z naszą kulturą narodową, z naszą tożsamością. Dlatego krzyż nie powinien nikomu przeszkadzać. Tym bardziej, że nawiązuje również do wielkiego kapłana, który za te właśnie wartości oddał życie. A przecież wielu z tych, którzy dzisiaj tak dumnie powołują się na wartości demokratyczne, zdaje się o tym zapominać. Nie byłoby dzisiaj demokracji w Polsce, gdyby nie postawa ks. Popiełuszki i wielu innych kapłanów, którzy z krzyżem w ręku uczyli nas zło dobrem zwyciężać” (Posłowie modlą się razem, z ks. P. Powierzą rozmawia S. Meetschen, „Idziemy” nr 46 (323), 13.11.2011).

W ten sposób w przejrzystej postaci została przedstawiona oficjalna wykładnia „ideologii” obecności krzyża na sejmowej sali w perspektywie sakralizacji państwa, którą mimo rażąco płaskiego dydaktyzmu można przyjąć albo odrzucić, posługując się racjonalnymi argumentami, skoro ksiądz kapelan używa świeckiej retoryki o politycznym charakterze nie wymagającej wiary, lecz jedynie intelektualnej życzliwości u odbiorcy. Problem jednak leży gdzie indziej, bowiem cała logika wywodu oparta jest na błędnej przesłance faktycznej, gdyż matka ks. Popiełuszki nie była ofiarodawczynią sejmowego krzyża.

Nie sposób także pominąć teologicznej słabości przyjętej konstrukcji myślowej, wedle której bliskiemu członowi rodziny błogosławionego kapłana, nawet w osobie jego matki, której syn z powodu zaangażowania w polityczne przemiany stracił życie, miałoby przysługiwać z tytułu pokrewieństwa prawo do występowania w imieniu Kościoła, zwłaszcza w kwestiach związanych z życiem publiczny i funkcjonowaniem najwyższych władz państwowych, także w tak szlachetnym celu jak zawieszenie krzyża w Sejmie. Trudno pojąć, jak te osobliwe wywody mogły uzyskać status oficjalnej wykładni kościelnej i stały się narzędziem upowszechnianej w opinii publicznej religijnej propagandy. Chyba, że chodzi o to, aby dać poznać społeczeństwu, jak dalece Kościół także w Sejmie jest „u siebie” i posiada pełną swobodę ustanawiania własnych porządków, a przedstawiona przez kapłana dorobiona ex post „ideologia” związana z „krzyżem Popiełuszki” ma ułatwić obywatelom rozumiejącą akceptację tego stanu rzeczy jako uniwersalnej normy życia społecznego.

Przechodząc do przedstawienia Operacji Krzyż Sejmowy należy przypomnieć, że ma już ona niemal dwudziestoletnią tradycje, skoro jej początki sięgają schyłku 1992 roku, kiedy to ówczesny poseł Sejmu RP I Kadencji Czesław Sobierajski, obecnie przewodniczący Klubu PiS w Sejmiku Śląskim, zainicjował zbieranie podpisów w sprawie umieszczenia krzyża podczas jego uroczystej intronizacji na frontonie sali Sejmu RP na tle flagi Polski, obok godła. Intencją wnioskodawców, wedle relacji inicjatora całej tej akcji, było podkreślenie hierarchii, która przez wieki ukształtowała się w narodzie polskim, że „Bóg jest najwyższym Prawodawcą i od Niego bierze początek wszystko, co dobre”.

Gdy pod wnioskiem podpisało się 50 posłów 26 listopada 1992 roku, został on skierowany do ówczesnego marszałka Sejmu prof. Wiesława Chrzanowskiego. Sygnatariusze uważali, że należy doprowadzić do zawieszenia „Krzyża obok Godła RP w sali plenarnej obrad. Będzie to nawiązanie do tysiącletniej historii Polski, która z tego znaku miłości i pojednania czerpała siłę i wytrwałość w chwilach najtrudniejszych, nawet dramatów, które dotknęły naszych przodków. Ufamy, że pod tym znakiem także teraz łatwiej nam będzie budować niepodległą i sprawiedliwą Polskę” (Cz. Sobierajski, O Krzyżu w Sejmie RP, „Niedziela. Tygodnik Katolicki.on-line, Niedziela Ogólnopolska”, 09/2010.).

Po upływie trzech miesięcy 25 lutego 1993 roku Prezydium Sejmu zwróciło się do klubów poselskich o opinię w sprawie zawieszenia krzyża otrzymując poparcie Porozumienia Centrum, Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, Ruchu dla Rzeczypospolitej, Porozumienia Ludowego, NSZZ „Solidarność”, Chrześcijańsko-Demokratycznego Stronnictwa Pracy, Partii Chrześcijańskich Demokratów i Konfederacji Polski Niepodległej oraz w trybie indywidualnym poszczególnych posłów z Polskiego Stronnictwa Ludowego i z Klubu Niezależnych Posłów. Natomiast zdecydowany sprzeciw wyraziły kluby parlamentarne Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Unii Demokratycznej i Polskiego Programu Liberalnego, w którym byli między innymi Donald Tusk, Mirosław Drzewiecki, Jan Krzysztof Bielecki, Michał Boni, Janusz Lewandowski. Wobec braku reakcji kierownictwa Sejmu 14 maja 1993 roku do Laski Marszałkowskiej został skierowany projekt uchwały z podpisami 230 posłów jako ponaglenie w sprawie zawieszenia krzyża. Po uzyskaniu opinii klubów parlamentarnych nic nie stało już na przeszkodzie w doprowadzeniu przez Prezydium Sejmu do zawieszenia krzyża, a niczym nieuzasadniona zwłoka w działaniach Marszałka Sejmu mogła budzić pewien niepokój. Tymczasem 30 maja 1993 roku doszło do zaskakującego rozwiązania Sejmu i ponownych wyborów, w których zwycięski sojusz SLD z PSL pogrzebał całą sprawę na najbliższe lata.

Jasnogórski krzyż sejmowy

Należy zaznaczyć, że zarówno przy podejmowaniu kwestii zawieszenia krzyża sejmowego w latach 1997 i 2011 nie odwoływano się do zapomnianej przez opinir publiczną inicjatywy Sobierajskiego. Wielce zastanawia brak głębszego zainteresowania tą sprawę, chociaż cały kontekst historyczny wskazuje, że mimo jawnego utrącenia planu Sobierajskiego umieszczenia krzyża na frontonie sali Sejmu na tle flagi narodowej obok godła RP w trakcie jego uroczystej sejmowej intronizacji, kwestia obecności krzyża w Sejmie nie dawała spokoju parlamentarzystom kolejnych kadencji i kilkakrotnie wracała jak swoisty bumerang.

Kolejną taką próbę podjęto w 1997 roku, ale opis przebiegu zdarzeń razi nie tylko niechlujstwem i brakiem staranności w relacjach uczestników całej operacji, ale też szeregiem rozbieżności, przeinaczeń, przemilczeń i niedomówień, które rodzą uzasadnione podejrzenia o świadomy zamiar ukrywanie całej prawdy dotyczącej Operacji Krzyż Sejmowy. Skromna baza źródłowa złożona z trzech rozmów z Tomaszem Wójcikiem, kolejno Czesława Ryszki Krzyż w Sejmie RP, („Niedziela. Tygodnik Katolicki.on line, Niedziela Ogólnopolska” 09/2010; dalej NO 2010), wywiadu Jacka Harłukowicza z głównym bohaterem wydarzeń Bomba z opóźnionym zapłonem, („Gazeta Wyborcza, 29-30 października 2011; dalej GW 2011.) i na koniec Marka Zygmunta z Wójcikiem O to walczyliśmy z komuną, („Nasz Dziennik”, 10-11 listopada 2011; dalej ND 2011.) oraz de facto jedynego starannie udokumentowanego artykułu Gabriela Michalika, Krzyż Ossolińskich, Krzyż Popiełuszków, Krzyż Polaków, („Gazeta Polska”, 2 listopada 2011 roku; dalej GP 2011), chociaż w najwyższym stopniu niezadowalająca dostarcza materiału umożliwiającego częściową rekonstrukcję Operacji Krzyż Sejmowy.

Bezpośrednim impulsem do zawieszenia krzyża był dla Wójcika, rzucający się w oczy w trakcie spotkania organizacyjnego nowo wybranych posłów, brak krzyża na sali plenarnej Sejmu. Odbyło się ono mniej więcej tydzień przed inauguracyjnym posiedzeniem Sejmu, wyznaczonym na 20 października 1997 roku i jak wspominał po latach Wójcik „nie było w tym nic patetycznego, zwyczajnie przy kolacji w gronie kilku osób zaczęliśmy rozmawiać o tym niedopatrzeniu i zastanawialiśmy się, jaki powinien to być krzyż, tzn. jakiej wielkości, gdzie go kupić, gdzie zawiesić itp. Nie pamiętam wszystkich uczestników rozmowy, ale z pewnością wśród nich byli: senator Ligia Urniaż-Grabowska, poseł Kazimierz Janiak i ja. Z rozmowy wyniknęło w zupełnie naturalny sposób, że krucyfiks powinien być jakoś wyróżniony, specjalny. Wówczas zwrócono się do kustosza zbiorów jasnogórskich – o. Jana Golonki OSPPE. Chodziło o to, aby krzyż do sali plenarnej Sejmu pochodził z Sanktuarium Królowej Polski” (NO 2010).

Należy dodać, że wymienieni uczestnicy luźnej rozmowy przy kolacji należeli do licznej grupy wybitnych działaczy NSZZ „Solidarność”, którzy zostali wybrani do parlamentu z listy Akcji Wyborczej Solidarność. Po wtóre, po wstępnej wymianie opinii, w trybie pilnym rozmówcy przeszli do konkretów, zwracając się o pomoc na Jasną Górę do ojców paulinów. I na koniec, świadomie lub przypadkowo inicjatorzy zawieszenia krzyża w Sali plenarnej Sejmu słowa „krzyż” i „krucyfiks” traktowali synonimicznie. Widać wyraźnie, że Wójcikowi także, gdy nie jest zbyt precyzyjny, jednoznacznie chodzi o krucyfiks, którym jest znany od VI wieku nowej ery malowany lub rzeźbiony krzyż z postacią Chrystusa. Natomiast krzyż, mimo jego jedenastu odmian, znany głównie jako „krzyż łaciński” na polskim gruncie, jest symbolem wiary chrześcijańskiej, którego wyobrażenia sięgają III wieku nowej ery.

Kluczowa rola ojców paulinów w sprawie krzyża sejmowego została w pełni potwierdzona przez senator Urniaż-Grabowską, chociaż zwraca uwagę nieco odmienne rozłożenie przez nią akcentów. Przede wszystkim Urniaż-Grabowska przypomniała, że jesienią 1997 roku „po zwycięskich dla AWS wyborach, posłowie tej formacji wraz z kapelanem parlamentarzystów zwrócili się do przeora paulinów na Jasnej Górze, o. Izydora Matuszewskiego, z prośbą o ofiarowanie krzyża do sali plenarnej Sejmu” (GP 2011.). Ponieważ wszystko, co dobre dla Polski ma swój początek na Jasnej Górze, to zwrócenie się pod ten adres w sprawie tak wielkiej wagi jak sejmowy krzyż było całkowicie naturalne. Rodzi się jednak pytanie, czy bez wysoko postawionych osobistości zarówno ze sfery sacrum jak i profanum byłoby możliwe przyjęcie przez „jasnogórskich stolarzy” tak znakomitego i wymarzonego przez każdego wykonawcę zamówienia. Dlatego nieco zaskakuje, że częstochowscy paulini nader skromnie informują o swym doniosłym wkładzie w dzieło chrystianizacji Państwa Polskiego a Urniaż-Grabowska podkreśla, iż „wszystko odbyło się bardzo dyskretnie” (GP 2011.). Kwestia druga, to konsekwentne wskazywanie na „krzyż”, chociaż do Sejmu z Częstochowy przyjedzie krucyfiks. Ale najważniejsze w tej relacji jest pojawienie się w sprawie krzyża przemilczanego przez Wójcika „kapelana parlamentarzystów” jako niewątpliwie pierwszoplanowej postaci toczących się wydarzeń.

W tym punkcie należy od razu wyjaśnić, że obowiązki duszpasterza parlamentarzystów znacznie wykraczają poza rutynowe pełnienie wobec nich posługi kapłańskiej, bowiem polegają na organizowaniu całości życia religijnego posłów i senatorów RP. Temu celowi służy Rada Duszpasterstwa Parlamentarzystów, która na comiesięcznych posiedzeniach w gabinecie zastępcy Szefa Kancelarii Sejmu z udziałem gospodarza, kapelana i posłów na ogół prawicowych ugrupowań omawia plan spotkań modlitewnych z wybitnymi prelegentami krajowej rangi, które odbywają się raz w miesiącu, z wyłączeniem wakacji sejmowych w pobliskim kościele św. Aleksandra. Oprócz odbywających się dwa razy w roku rekolekcji stale organizowane są pielgrzymki parlamentarzystów do sanktuariów, w pierwszej kolejności na Jasną Górę i do Watykanu, które stwarzają szereg możliwości naturalnych spotkań kapelana z parlamentarzystami i podejmowania wspólnych ustaleń we wszelkich interesujących kwestiach. Warto dodać, że codzienna msza w kaplicy sejmowej ma też szczególną atmosferę i oprawę, ponieważ posługę liturgiczną spełniają sami parlamentarzyści łącznie z wypełnianiem funkcji lektorskich przez czytanie tekstów skomponowanych z głoszonymi przez kapłana krótkimi homiliami. Kapelan prowadzi także na życzenie posłów i senatorów „rozmowy duchowe” głownie o wartościach, pokorze czy ufności. Konkluzywnie można stwierdzić, że bezdyskusyjną zasadą regulującą działalność kapelana ma być traktowanie kaplicy jako apolitycznego miejsca w parlamencie i unikanie mieszania się do polityki, chociaż do dyskusji pozostaje ocena jego udziału w zabiegach o umieszczanie krzyży w salach sejmu i senatu. Pierwszym duszpasterzem parlamentarzystów i kapelanem kaplicy sejmowej był dr teologii, ks. prałat Henryk Chudek, niezwykle wpływowy proboszcz kościoła św. Aleksandra z placu Trzech Krzyży, który swoim parafialnym zasięgiem obejmuje ważne instytucje państwowe w centrum stolicy, w tym parlament RP. Jego pozycja w życiu parlamentu i Kościoła zdaje się wskazywać, że nie jest możliwe, aby ks. prałat Chudek znalazł się wśród osób zaskoczonych pojawieniem się krzyża w sali obrad Sejmu.

Kontynuując swe zabiegi o krzyż sejmowy z Jasnej Góry, Wójcik powiada: „Telefonicznie przedstawiłem o. Janowi naszą prośbę, a ten od razu obiecał, że w ciągu kilku dni przygotuje odpowiedni krzyż. Faktycznie, 17 października otrzymaliśmy wiadomość, że krzyż jest gotowy i ojcowie poświęcą go w czasie Mszy św. w sobotę 18 października 1997 r. o godz. 15” (NO 2010.). Po jego odbiór przyjechała do Częstochowy delegacja w bliżej nieznanym składzie, ale na pewno z udziałem Urniaż-Grabowskiej i Wójcika, którzy po uroczystości przeszli z krzyżem do zakrystii, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. Następnie delegację parlamentarzystów gościł redaktor naczelny tygodnika „Niedziela” ks. Ireneusz Skubiś. Wójcik podsumował wizytę słowami: „Jak pamiętam, krzyż stał w jego gabinecie oparty jednym ramieniem o kopię obrazu Matki Bożej Częstochowskiej” (NO 2010.).

Jak się wkrótce okazało krzyż sejmowy ma jasnogórski charakter nie tylko za sprawą paulińskich mistrzów stolarki ale także ze względu na pochodzenie materiału z którego został wykonany, którego historia sięga około połowy XVII-ego wieku, kiedy jeden z naszych najwybitniejszych polityków i dyplomatów, w swoim czasie marszałek sejmu i kanclerz wielki koronny, Jerzy Ossoliński ufundował, sporządzony z dębu i hebanu rzadkiej urody, ołtarz zdobiący Kaplicę Cudownego Obrazu Matki Boskiej. Po ostatniej renowacji tego zabytkowego ołtarza pozostały równie zabytkowe fragmenty dębu i hebanu o liczącym ponad trzy wieki jasnogórskim „zasiedzeniu”, które decyzją ojców paulinów posłużyły jako materiał do wykonania zamówionego krzyża. Po uzupełnieniu jasnogórskiego krzyża o XIX-wieczną figurkę Jezusa Chrystusa z drewna lipowego krucyfiks oczekiwał na odbiorców na ołtarzu w pobliżu obrazu Jasnogórskiej Madonny.

Senator Urniaż-Grabowska przypomniała, co pominął poseł Wójcik, że wraz z wręczeniem krzyża delegacja parlamentarzystów AWS otrzymała w Częstochowie ważne przesłanie oo. Izydora Matuszewskiego i Jana Golonki do posłów i senatorów RP, które ostatecznie nadało jasnogórski status sejmowemu krzyżowi. „Jasna Góra, łącząc się z nowo powstałym Parlamentem Rzeczypospolitej Polskiej roku 1997, pragnie zapewnić o pamięci i modlitwie przed Świętym Obrazem Matki Bożej Królowej Polski, życząc pomyślnych obrad, debat, jak również siły dla rozumu i woli w kierowaniu Polską, zwłaszcza w sanacji prawidłowo rozumianego żywotnego interesu narodu, tudzież jego dziedzictwa duchowo-kulturowego” (GP 2011). Ten krzyż stał się, według o. Golonki, kustosza zbiorów jasnogórskich, świadectwem symbolicznego połączenia duchowej stolicy Polski z jej stolicą państwową i jest widocznym przejawem stałej tendencji kościelnej państwowości do przenikania w świeckie instytucje życia publicznego.

Także dzięki Urniaż-Grabowskiej wiadomo, co pominął Wójcik, że jasnogórski krzyż sejmowy pierwszą noc w Warszawie spędził na Wiślnej w klasztorze urszulanek w pokoju gościnnym zajmowanym przez kardynała Wojtyłę, tuż przed wyjazdem na jego papieskie konklawe w 1978 roku oraz w kaplicy klasztornej gdzie został „omodlony” przez zakonnice. Następnego dnia 19 października Ligia Urniaż-Grabowska i nieżyjąca już urszulanka siostra Jana Płaska (rocznik 1910), pełniąca w swoim czasie wiele ważnych funkcji w warszawskiej kurii, przewiozły krzyż do sióstr sakramentek na Nowym Mieście a następnie do kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, gdzie zgodnie z wieloletnią tradycją odbywała się uroczysta msza w rocznicę śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Wówczas dochodzi do bezpośredniego kontaktu matki kapłana z jasnogórskim krzyżem sejmowym w pewnej mierze z inicjatywy Ligii Urniaż-Grabowskiej: „Na moją prośbę pani Marianna Popiełuszko złożyła krzyż na czas mszy na płycie grobu ks. Jerzego. Po mszy pani Marianna podniosła krzyż z grobu i przekazała z powrotem w nasze ręce” (GP 2011). Oczywiste, że osoby towarzyszące tym rytualnym czynnościom zadbały, aby nie wzięli w niej udziału zbędni świadkowie, ale i tak nie sposób podważyć wiarygodności tej relacji, co oznacza, że wbrew wytrwale upowszechnianej propagandzie sejmowy krzyż nie jest darem Marianny Popiełuszko, ale zakonu paulinów na Jasnej Górze.

Zawieszenie krzyża jasnogórskiego

Po tej podniosłej uroczystości krzyż został przewieziony z Żoliborza na Wiejską, gdzie po podpisaniu w nocy z 19 na 20 października umowy koalicyjnej przez posłów Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności, wedle senator Urniaż-Grabowskiej, około godziny pierwszej w „sali plenarnej odbyła się krótka modlitwa i po licznych przygodach spowodowanych komplikacjami technicznymi zawiesiliśmy krzyż” (GP 2011). Zwraca uwagę całkowicie naturalna w tych warunkach „krótka modlitwa”, której prowadzenie nie wymaga oczywiście obecności kapłana, ale wzmianka o mszy z poświęceniem krucyfiksu w połączeniu z brakiem szczegółowej informacji musi rodzić kolejne pytania dotyczące legalności zawieszania krzyża.

Oceniając po upływie kilkunastu lat całą sytuację Wójcik z rozgoryczeniem odniósł się do krytycznych wypowiedzi przeciwników wieszania krzyża, którzy przez cały czas od samego początku nie przyjmowali „do wiadomości, że zawiesiliśmy krzyż bez spiskowania, z dobrą intencją, że zrobiliśmy to, bo tak uważaliśmy” (NO 2010). Jawność działań „grupy wieszającej krzyż” była bardzo istotna, ponieważ „nic nie działo się wtedy ukradkiem, w ukryciu. Po prostu w późnych godzinach skończyły się nasze przygotowania i poszliśmy zawiesić krzyż. Robiliśmy to z otwartą przyłbicą, wiele osób o tym wiedziało, była przecież msza z jego poświęceniem” (GW 2011). Zresztą jeszcze przed zawieszeniem krzyża było wiadome, że całe wydarzenie będzie starannie rejestrowane przez zamontowane na stałe w sali obrad Sejmu kamery techniczne, które pracują w całodobowym reżimie. Ponadto podobno jakiś dziennikarz z ukrycia zrobił kilka zdjęć, chociaż gdyby się ujawnił, jak zapewnił Wójcik, to „ekipa wieszająca krzyż” z wielką chęcią mogłaby nawet pozować do zdjęć. Nie jest oczywiste, czy owym fotografem był na pewno profesjonalny reporter czy równie fachowy dokumentalista z odpowiednich służb.

Bez żadnych wahań Wójcik w imieniu uczestników akcji, z których ujawnił się jedynie Krutul, publicznie przyznał, że „nie pytaliśmy o zgodę nikogo, bo niby kto miałby ją wydać? Nie ukrywaliśmy naszych zamiarów, nie uważaliśmy, że robimy coś niewłaściwego, wręcz przeciwnie – uważaliśmy to za nasz oczywisty obowiązek. Zawiesiliśmy krzyż późnym wieczorem, bo następnego dnia rano rozpoczynał obrady Sejm” (NO 2010).

To poczucie słuszności i legalności poczynań w oczywistym i koniecznym dziele instalowania „jasnogórskiego krzyża” w sali plenarnej Sejmu nie opuszcza Wójcika ani przez moment także w trakcie rozwiązywania niebagatelnych technicznych problemów z jakimi „grupa wieszająca krzyż” musiała się borykać. „W niedzielę 19 października wieczorem – kontynuował Wójcik – przywieźliśmy krzyż do Sejmu na spotkanie klubu AWS. Niestety, nie pomyśleliśmy o kilku szczegółach technicznych, takich jak m.in. drabina. Nie mieliśmy wówczas odpowiedniego doświadczenia sejmowego, nie wiedzieliśmy, że do naszej dyspozycji są służby techniczne i można było zlecić zawieszenie krzyża któremuś z techników. W każdym razie młotek i gwoździe miałem, natomiast jako drabiny postanowiliśmy użyć fotela marszałkowskiego. Wcześniej zdecydowaliśmy wybrać miejsce dla krzyża nad drzwiami za stołem prezydialnym Sejmu. Do pomocy w zawieszeniu krzyża zaprosiliśmy posła Piotra Krutula, który ze względu na swój wzrost bez trudu mógł odpowiednio wysoko sięgnąć” (NO 2010).

Zawieszenie krzyża późnym wieczorem czy nawet nocą, było absolutnie konieczne, ponieważ należało zdążyć przed wyznaczoną na następny dzień inauguracją obrad Sejmu III Kadencji. Przez cały dzień poprzedzający inauguracyjne posiedzenie Sejmu sala plenarna była zajęta do późnych godzin nocnych i dopiero po północy udało się bez zbędnych świadków zawiesić krzyż a „nocna pora” nie ma tu nic do rzeczy i jest całkowicie przypadkowa. Gdyby jednak, zastrzegał się Wójcik, musiało dojść do zawieszania krzyża „podczas jakiejś uroczystości, to wówczas mielibyśmy do czynienia ze złamaniem zasady świeckości państwa. Posłowie, którzy nie czują się chrześcijanami, byliby zmuszeni do wzięcia udziału w uroczystości, której nie akceptują” (GW 2011).

Podążając tropem tego cennego wyznania należy przyjąć, że zadaniem ustanowionej przed inauguracją Sejmu III Kadencji „grupy wieszającej krzyż” było zorganizowanie w jego sali obrad stosownej religijno-państwowej uroczystości zakończonej wprowadzeniem krucyfiksu w samo centrum parlamentarnej przestrzeni sprawowania świeckiej władzy publicznej. W sumie ta wielce złożona operacja została stosunkowo sprawnie przeprowadzona i krucyfiks pozostał w Sejmie z silnie ugruntowaną nadzieją na jego trwałą obecność, ale do sankcjonującej prawnie uroczystości a więc godnego finału nie udało się już doprowadzić. Miłościwie nam panujący Kościół Powszechny w powstałej sytuacji mimo licznych starań musiał jednak zejść z pola społecznej krytyki, a zacierając ślady udziału swoich funkcjonariuszy w operacji instalowania jasnogórskiego krzyża na sejmowej agorze, pozostawił na placu osamotnionego wojownika Tomasza Wójcika z jego lojalnym giermkiem Piotrem Krutulem. Obydwaj nie bez racji należeli do postaci nietuzinkowych i mimo wielkiego zaangażowania nie bez z trudu poradzili sobie z wykonaniem zleconego im zadania, chociaż prawdopodobnie otrzymali swoiste gwarancje bezkarności i „przymknięcia oczu” na nie licujące z godnością posła działania.

Trzeba przypomnieć, że na białostocczyźnie pochodzący z Suchowoli Krutul był ważnym działaczem katolickim, w tym kilkuletnim wójtem w tej symbolicznej gminie a wywodzący się z Dolnego Śląska, trzykrotnie internowany w stanie wojennym Wójcik był szefem regionu, członkiem Komisji Krajowej NSZZ Solidarność i wiceprzewodniczącym Międzynarodowej Organizacji Pracy w Genewie z ramienia polskiego związku zawodowego.

Należy im przyznać, że tę wielce złożoną operację doprowadzili do pomyślnego finału i pierwsze posiedzenie Sejmu nowej kadencji rozpoczęło się pod patronatem krucyfiksu umieszczonego na ścianie sali sejmowej bynajmniej nie w celach dekoracyjnych czy jedynie jako znak wiary. Zgodnie z logiką scenografii miejsca, które natrętnie określane jest jako sanktuarium państwa, przez obecność w Sejmie krucyfiks definiuje się przede wszystkim jako symbol kościelnej władzy państwowej automatycznie zredukowanej do funkcji narzędzia władzy publicznej.

Świeckie państwo

Bliższe wejrzenie w ciąg zdarzeń związany z zawieszaniem i obecnością krzyża w sali plenarnej Sejmu prowadzi do rozpoznania paradoksalnego procesu kształtowania religijnej tożsamości świeckiego państwa w katolickim społeczeństwie. Opiera się on na rozmaitych i czasami na swój sposób rozbieżnych przesłankach, które symbolizują z jednej strony „krzyż sejmowy” a z drugiej „krucyfiks sali plenarnej” Sejmu. Oczywiste, że tradycja krzyża „kaplicy sejmowej”, którą wyraża przesłanie jej kapelana kładącego nacisk na męczeństwo ks. Popiełuszki i tradycja „jasnogórska” zawarta w dołączonym do krucyfiksu narodowo zorientowanym liście ojców paulinów o państwowo-twórczej wymowie nie muszą kłócić się ze sobą. Jednak powyższe zróżnicowanie akcentów, występujących obok siebie, a nie przeciwko sobie, w budowaniu mitologii krucyfiksu czy krzyża sejmowego zdaje się wskazywać na dominację żywiołowości w procesie kształtowania religijnej tożsamości państwa świeckiego.

W tym sensie doszło do pojawienia się nowego okresu w długotrwałej epoce formowania zarówno koncepcji jak i z pewnym opóźnieniem praktyki świeckiego państwa, poczynając od oświeceniowej krytyki państwowego klerykalizmu. Problem zdaje się polegać nie na tym, że w opozycji do klerykalnego charakteru państwa zrodziła się koncepcja świeckiego państwa, ale raczej na tym, że doszło do tego w ramach stanowiska ateistycznego i agnostycznego, a więc w kulturze umysłowej z natury rzeczy nieprzyjaznej myśleniu religijnemu. Zatem wobec teoretycznej praktyki kształtowania koncepcji państwa świeckiego w łonie świeckiego światopoglądu utrwaliła się tendencja zmierzająca do wypracowania na alternatywnym gruncie myślenia religijnego odmiennej koncepcji „świeckiego państwa” jako organizmu integralnie funkcjonującego w ramach kościelnej państwowości. Takie podejście nie oznacza powrotu do jakkolwiek pojętych koncepcji państwa kościelnego czy klerykalnego, ale sprzyjanie subtelnemu przejściu od statycznie pojmowanego modelu autonomii państwa i Kościoła do dynamicznie rozwijającej się państwowości, w której przenikanie sacrum w sferę państwowego profanum jest procesem ciągłym o długofalowej perspektywie.

Znakomitym wyrazicielem tej nowej formuły myślenia o świeckim państwie z racji uczestnictwa w „wojnie krzyżowej” stał się były poseł Wójcik, który trafnie zauważył, że parlamentarzyści o chrześcijańskich korzeniach nie powinni dopuścić do zamknięcia się ze swoją religijnością w kaplicznych murach. Wójcik powiada, że kaplica sejmowa „jest miejscem modlitwy, a Sejm jest miejscem pracy. Chrześcijanin ma prawo do krzyża w miejscu pracy. W imię tolerancji proszę, by inni to uszanowali. Szacunek dla poglądów innych i wyznania jest rzeczą oczywistą” (GW 2011.), co potwierdził także w odniesieniu do podjętej przez stronnika Palikota próby zawieszenia w sali rady miejskiej w Szczecinie gwiazdy Dawida i półksiężyca. Broniąc świeckości państwa Wójcik zapewnił, że jeśli „pan Palikot i ludzie mu bliscy wyznają jakąś inną religię, która ma swoje symbole, i pomagać im to będzie w pracy parlamentarnej, to przecież my, chrześcijanie, jesteśmy ludźmi tolerancyjnymi. I nikt nie zabroni im powieszenia obok krzyża swojego symbolu” (GW 2011).

Odnosząc się do religii jako podstawy tolerancji wyznaniowej Wójcik wyraził z osobistego punktu widzenia nader stanowczą regułę generalną: „To, że uznaję swoją religię za prawdziwą i słuszną, nie oznacza, że mam potępiać kogoś, kto wyznaje inną” (GW 2011). Zatem cywilizacja chrześcijańska z wszechobecną symboliką krzyża jest podstawą świeckiego państwa i gwarantuje wolności religijne na gruncie, jak należy rozumieć, pluralizmu wyznaniowego. Z tego powodu „symbol krzyża nawet komuś, kto jest niewierzący w niczym nie przeszkadza. Niczego też nie narzuca państwu. Nie nakazuje mu konsultowania się z hierarchią kościelną. Mówienie, że krzyż narusza świeckość państwa, jest po prostu bzdurą” (GW 2011). Tym samym Wójcik, stojąc na gruncie świeckości państwa, zdecydowanie opowiada się za powszechną obecnością krzyża, którego rolę w przestrzeni publicznej porównuje z funkcją tlenu w organizmie ludzkim.

Fałszywie rozumianej „neutralności państwa” oraz „tolerancji” nie tolerującej wiary i prawa do jej publicznego wyznawania należy wedle Wójcika przeciwstawić „świeckie państwo”, które nie decyduje kto, gdzie, kiedy i jak ma wyznawać swego Boga. „Jeśli państwo zacznie regulować, gdzie może wisieć krzyż, a gdzie nie, to będzie właśnie naruszenie neutralności państwa. Staje się ono państwem ideologicznym” (ND 2011) w przeciwieństwie do „świeckości” państwa, które nie ma prawa ingerować w przekonania religijne. W odniesieniu do parlamentu, według Wójcika, wierzący posłowie i posłanki wykonują praktyki religijne w kaplicy sejmowej „bez zmuszania niewierzących do uczestniczenia w nich. Natomiast krzyż w sali Sejmu jest prawem wierzących, by w miejscu ich pracy był główny symbol ich wiary” (ND 2011).

Podstawą świeckiego państwa w ujęciu katolickim jest jego demokratyczny charakter, w tym poszanowanie religijnych przekonań obywateli, polegające na wzajemnym ich uznawaniu oraz równoprawnym traktowaniu niewierzących. Formuła brzmi dobrze, ale jej praktykowanie przez Wójcika ma już dosyć dwuznaczny charakter. Okazało się, że niewierzący posłowie powinni być na swój sposób chronieni i nie mogą być zmuszani do uczestniczenia w jednorazowej uroczystości wieszania krucyfiksu w sali plenarnej Sejmu. Jednak ich długotrwała praca parlamentarna pod krucyfiksem, którego zawieszenia zażyczył sobie przynajmniej jeden wierzący poseł czy posłanka, znakomicie mieści w Wójcika koncepcji „państwa świeckiego”. W związku z tym należałoby uznać za niedopuszczalne zmuszanie niewierzących bądź wyznawców innej wiary do uczestniczenia w uroczystościach religijnych, przyjmując równocześnie za stosowny taki rozwój wydarzeń, kiedy świeckie przedsięwzięcie z udziałem niewierzących czy innowierców zostanie niekoniecznie „z zaskoczenia” w czasie jego trwania nasycone religijną symboliką z właściwymi jej treściami i rytuałami. Widać, że takie rozumowanie legło u podstaw decyzji o sposobie umieszczenia krucyfiksu w sali plenarnej Sejmu.

Te zawiłe konstrukcje słowne mimowolnie odsłaniają istotę katolickiej koncepcji świeckiego państwa, która sprowadza się do stanowczej ochrony wyznawców katolicyzmu zapewnienia jego rozwoju z prozelityzmem włącznie. W ramach tej koncepcji katolicy, ze względu na zajmowaną hegemoniczną pozycję państwową, mają dbać o swobody religijne dla innych wyznań. Nieco inaczej należy traktować niewierzących, ponieważ w warunkach świeckiego państwa nadaje się im status wyznawców quasi-religii, swoistej „nie-wiary” ze swoimi rytuałami, „biskupami” czy księgami głoszącymi Słowo o nieistnieniu Boga. Ta zgrabna, na poły literacka konstrukcja, mając oczywiście pewne odniesienie do rzeczywistości, zawiera w sobie pewien element manipulacji, bowiem abstrahuje od istoty postawy niewierzących, którzy zwykle zajmują znacznie groźniejszą dla wiodącego kościoła postawę religijnej „abstynencji” bądź areligijności czy swoiście pojmowanej obywatelskiej „neutralności” wobec religii i kościołów wszelkich wyznań.

Odnosząc się do szeroko formułowanych zarzutów władczych ingerencji Kościoła w działania państwa, Wójcik podkreślił, że nie spotkał się po 1989 roku „ani razu z sytuacją, by kapłani czy biskupi byli uczestnikami struktur władzy państwowej i podejmowali decyzje należące do kompetencji państwa” (ND 2011). Jednak to nie wskazane przez Wójcika, typowe dla klerykalnego państwa, którego w Polsce oczywiście nie ma, zachowania funkcjonariuszy kościelnych stanowią przedmiot społecznej krytyki, ale ich zakulisowe działania i wynikające stąd owoce w postaci określonych decyzji kadrowych, finansowych, gospodarczych czy edukacyjnych na państwowej niwie. Kapłani nie muszą wcale pełnić żadnych funkcji w instytucjach świeckiego państwa, jak wskazuje godne rozważenia zdarzenie, wcale nie wyjątkowe, kiedy to dziekan jednego z ważnych wydziałów zachodniopomorskiej uczelni konsultował z wiadomym skutkiem z biskupem ordynariuszem miejscowej diecezji kwestię zatrudnienia byłego zakonnika na profesorskim etacie a biskup innej diecezji wręcz zakazał przyjęcia go do pracy na swoim terenie. To bez żadnej przesady klasyka gatunku, znana także byłemu posłowi Wójcikowi.

Wójcik stwierdził, że świeckie państwo bezspornie nie ma prawa ingerować w „przekonania religijne obywateli”. Jego demokratyczny charakter zapewnia poddawanie osądowi obywateli działań wszystkich szczebli władzy państwowej, „niezależnie od tego jaką pełnią funkcję czy rolę. Jedni specjalizują się w ocenie politycznej, inni w ekonomicznej, a kapłani są m.in. po to, by dokonywali oceny moralnej. Osobiście chcę wiedzieć, jak od strony moralnej są oceniane pociągnięcia premiera, prezydenta, Sejmu czy też poszczególnych polityków” (ND 2011).

Ta pociągająca teza o traktowaniu funkcjonariuszy Kościoła jako specjalistów w formułowaniu moralnych ocen instytucji demokratycznego państwa daje się obronić przed zarzutem uzurpacji jedynie pod warunkiem uznania także innych systemów wartości i koncepcji etycznych. Tymczasem u podłoża kapłańskich ocen władz publicznych z moralnego punktu widzenia, nie tylko w tym przypadku, leżą wartości religijne artykułowane pod hasłem systemu wartości chrześcijańskich utożsamianych w praktyce z zasadami etyki katolickiej, której podstawę stanowią uniwersalne zasady etyki.

Zadaniem całej tej słownej ekwilibrystyki jest ostatecznie wykazanie, że jedynie system wartości chrześcijańskich zapewnia słuszną kwalifikację moralną życia publicznego i jego władz, ponieważ ma za kryterium faktyczne dyrektywy etyczne katolickich hierarchów. Tym samym świeckie państwo znajduje się w stałej konfrontacji ze światem wartości chrześcijańskich, których dominacja opiera się na znacząco liczebnej przewadze wyznawców katolickiej wiary a niewierzący etyk czy moralista jest całkowicie marginalizowany w świeckiej przestrzeni publicznej. Mimo tych uzależnień nie jest jasne dlaczego społecznie zaangażowany katolik rzymski nie mógłby mieć sposobności wyjścia poza system wartości chrześcijańskich w stronę odmiennych konstrukcji etycznych i świeckich systemów wartości. Byłoby także interesujące zobaczyć w jakiej mierze i skali „świeckość” zabezpiecza swobodę dyskursu etycznego między współwyznawcami a funkcjonariuszami Kościoła, kiedy wiadomo, że w społecznej relacji z kapłanem wiernym pozostaje w swej masie wyłącznie rola biernych słuchaczy i pasywnych uczestnika wydarzeń religijnych.

Zebrany materiał dotyczący „jasnogórskiego krzyża sejmowego” jest stosunkowo ubogi, ale dostatecznie przekonujący w ukazywaniu determinacji, planowości i zaangażowania szeregu ważnych osobistości i instytucji w przeprowadzeniu operacji ewangelizacji parlamentu za pomocą ważkiego symbolu religijnego. Kampania medialna daje wiele do myślenia o roli dziennikarzy, publicystów i „ekspertów” oraz nie gardzących hipokryzją i manipulacją polityków bez względu na szaty w jakich publicznie odgrywają swoje role. Wszak łatwo dostrzec, o czym się nie wspomina, że bez krucyfiksu na sejmowej sali, a tak było przecież przez pierwsze osiem lat III Rzeczypospolitej, kierownicza rola Kościoła katolickiego posiadała doniosłą i stale rosnącą moc urzędową. Także w czasach sejmowego „bezkrzyżewia” nasilały się publiczne głosy pełne niepokojących informacji o licznych próbach dyscyplinowania polityków, w tym także parlamentarzystów, przez kapłanów różnych szczebli od biskupów do proboszczów w imię rozmaicie egzemplifikowanych wartości chrześcijańskich.

Jednak warto przypomnieć w tym miejscu pewną chronologię, wedle której po upływie ponad czterech lat od daty podpisania konkordatu doszło wkrótce po „ukrzyżowaniu” Sejmu do uchwalenia ustawy o wyrażeniu zgody na ratyfikację konkordatu (8.01.1998.) oraz podpisania dokumentu ratyfikacyjnego (23. 02. 1998.), który spowodował wejście konkordatu w życie (25.04.1998). Jak okazało się po latach konkordat był jednym z wielu ważnych wydarzeń umożliwiających udaną budowę na fundamencie wartości chrześcijańskich świeckiego państwa w ujęciu katolickim i ugruntowaniu miejsca Kościoła jako parapaństwowej organizacji życia społecznego.

Wartości chrześcijańskie

W dyskusji wokół wartości chrześcijańskich nie można pominąć wypowiedzi Krzysztofa Kozłowskiego, byłego senatora I-IV kadencji, ministra spraw wewnętrznych (1990) i redaktora „Tygodnika Powszechnego” (1956-2007) na jubileuszu 80. urodzin 10 września 2011 w Muzeum Manghha w Krakowie. Szczególnie pouczający wydaje się ten jej fragment w którym szacowny jubilat opowiedział o swoich niedobrych doświadczeniach związanych z pracą nad ustawą o mediach publicznych, gdy kolejny raz przekonał się jak poważnym zagrożeniem dla demokracji są wybrani na stanowiska parlamentarne czy rządowe ludzie, którzy uchylają się od odpowiedzialności. „Obserwowałem to przez lata, wspominał Kozłowski, i wzbierało we mnie przekonanie, że – przy całym szacunku dla demokracji – coś tu nie gra.

Aż wreszcie cisnęło mną o fotel w Senacie. Zerwałem się z niego i wybiegłem z sali. Było to wtedy, gdy uchwalaliśmy ustawę o mediach publicznych. W ramach poprawek twórczości senackiej jeden z moich kolegów wstał i powiedział: »No tak, ale w tej ustawie nie ma wartości chrześcijańskich«. Pomyślałem sobie, że może rzeczywiście, jakąś rację może ma. No to wpiszmy, że media publiczne mają strzec i przestrzegać wartości chrześcijańskich. Ale po chwili zerwał się drugi senator i mówi: »To nie wystarczy w jednym artykule, to co najmniej musi być w dwóch«. Wytrzymałem jeszcze i to. A jak trzeci powtórzył to samo, zrozumiałem, że są granice absurdu. A może i cynizmu” (K. Kozłowski, Coś tu nie gra, „Gazeta Wyborcza”, 14.09.2011.). W tej sytuacji Kozłowski zwrócił się do swego przyjaciela ks. Józefa Tischnera o pomoc w znalezieniu odpowiedniego miejsca w pismach Kościoła, gdzie są spisane wartości chrześcijańskie. W wielce znamiennej odpowiedzi ks. Tischner zwrócił uwagę, że „»z tym jest kłopot, a jeżeli to zostało gdzieś skodyfikowane, to chyba w jednym tylko miejscu, w Kazaniu na Górze, w Ośmiu Błogosławieństwach«”.

Faktycznie w Kazaniu na Górze, w przesłaniu sprzed dwóch tysięcy lat jest „siedem błogosławieństw skierowanych do konkretnych ludzi bądź stosunkowo niewielkich grup: utrudzonych, sponiewieranych, skrzywdzonych, borykających się z losem. I tylko jedno błogosławieństwo odnosi się do życia publicznego, do tych, którzy działają publicznie”. Jubilat właśnie to jedno publiczne błogosławieństwo zaleca politykom jako przedmiot poważnego namysłu: „Błogosławieni pokój czyniący, albowiem nazwani będą synami Bożymi”1. W ten sposób Kozłowski, przy wsparciu autorytetu ks. Tischnera, doszedł do wniosku, że poszukiwane przezeń wartości chrześcijańskie, poza jednym małym fragmentem o tych, którzy wprowadzają pokój, nie występują w źródłowej tradycji formowania początków chrześcijaństwa. Nie jest to wszakże sytuacja wyjątkowa, jeśli przypomnieć, że także krzyża rozumianego na sposób upowszechniany we współczesnym życiu religijnym katolików nie da się odnaleźć u jego chrześcijańskich korzeni.

Odnosząc się konkretnie do ustawy o radiofonii i telewizji z 29 grudnia 1992 r., wedle zawartej w rozdziale 3. dyspozycji „audycje powinny szanować uczucia religijne odbiorców, a zwłaszcza respektować chrześcijański system wartości” (art. 18.2.), chociaż w poprzedzającym cytowany fragment art. 18.1. wyraźnie stwierdza się, że „audycje nie mogą propagować działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym”2, co wydaje się w całości konsumuje cytowaną wyżej kodyfikację. Dodatkowo w kolejnym rozdziale 4. „Publiczna radiofonia i telewizja” zapisano, w art. 21.2. pkt 6., że jej programy powinny „respektować chrześcijański system wartości, za podstawę przyjmując uniwersalne zasady etyki”3.

Uwaga Kozłowskiego pokazuje, że obok przedstawionego wcześniej krucyfiksu, na „wartości chrześcijańskie” spadło doniosłe zadanie budowania katolickiej tożsamości naszego państwa w ramach opartej na świeckości władzy publicznej nowego typu. Dobrym przykładem tego rodzaju nowej polityki katolickiej stało się umiejscowienie formuły „wartości chrześcijańskich” w nowej ustawie o mediach publicznych świeckiego państwa, czego jak widać klasyczny katolik, bez niczyjej winy, nie był w stanie uznać.

Zdaje się być bliższe prawdy traktowanie Polski minionego półwiecza jako dobrego przykładu wspólnego funkcjonowania państwa świeckiego i kościelnego czyli dwóch państw w ramach jednej społeczności jednego kraju niż tradycyjne ujmowanie Kościoła jako „państwa w państwie”, świeckiej organizacji życia społecznego.

Katolicka racja stanu”

Romuald Kukołowicz, wieloletni współpracownik i osobisty doradca ds. społecznych i gospodarczych Prymasa Stefana Wyszyńskiego, w przeprowadzonym z nim przez Piotra Bączka wywiadzie-rzece W cieniu Prymasa Tysiąclecia przypomniał rozważania Prymasa o tym, co „polityka trwogi” może zrobić z ludzi, a także do jakiego stopnia ludzie są „niewolnikami błędu, gdy już zatracą wrażliwość na to, co jest nakazem »katolickiej racji stanu«”4. Kukołowicz, starając się wiernie przedstawić stanowisko Prymasa Wyszyńskiego w tej kwestii, powołuje się na jego wykładnię „Bożej racji stanu”, jaką formułował w trudnym okresie internowania. Trudno odnaleźć jej systematyczne opracowanie, ale w Zapiskach więziennych w kontekście heroicznego apostolstwa biskupa antiocheńskiego, świętego Ignacego Męczennika, pod datą 1 II 1955 Prymas umieścił szereg spostrzeżeń odnoszących się do „Bożej racji stanu” i rozumienia nieubłaganych następstw „pierwszego kroku kapłańskiego. Właściwie kapłan nigdy nie może się cofać, nawet gdyby posłannictwo jego wiodło pod zęby zwierząt. Bóg ma prawo wszystkiego żądać. Może z lękiem, może z trwogą i przerażeniem – a jednak jest to położenie bez wyjścia. I cała praca nasza ma iść nie w tym kierunku, by uniknąć tych ostatecznych następstw, ale – by dojść do nich z usposobieniem ufności, pogody i pełnego zrozumienia, że tak musi być, bo tego wymaga »Boża racja stanu«”5. Według Prymasa nigdy nic nie jest do końca rozstrzygnięte, bowiem także prześladowcy mogą się nawrócić i zyskać w ten sposób, o czym zwykle sami nie wiedzą, ostatnią szansę ratunku, której nie wolno ich pozbawiać.

Paradoksalne odwrócenie tej relacji ludzkich losów można odnaleźć w stosunku Stalina do Prymasa Wyszyńskiego, o czym w formie niemal anegdotycznej, ale nie budzącej wątpliwości co do wiarygodności przekazu zapamiętał Kukołowicz i przedstawił w formie wypowiedzi prymasa w pierwszej osobie w wywiadzie. Przy jakiejś okazji na pytanie Kukołowicza, którego z pierwszych sekretarzy KC PZPR Prymas ceni najwyżej usłyszał, że „Pana Bieruta”. W kontynuacji tego wątku Prymas stwierdził, że „z Bierutem wszystko było jasne. Kiedyś był on w Moskwie na uroczystościach rocznicy rewolucji październikowej. Gdy powrócił, spytałem jak się udała wyprawa do Moskwy. Bierut odrzekł na to, że się nie udała się. »Wie Ksiądz Prymas, rozmawiałem ze Stalinem i powiedziałem mu, że chcę Księdza Prymasa wsadzić do więzienia«. Gdy Bierut powiedział to otwarcie Księdzu Prymasowi, to On – jak mi sam opowiadał, prawie podskoczył do góry, ale opanował się i spokojnie spytał: – I co na to Stalin? I wtedy Bierut ze smętną miną odpowiedział:

Stalin powiedział tak: wot, ty durak. Co za sztuka wsadzić Prymasa do więzienia, to każdy dureń potrafi. Ty zrób z Prymasa Wyszyńskiego komunistę. To dopiero będzie sztuka!I za to właśnie cenię Bieruta – kontynuował Ksiądz Prymas. Uczciwie i szczerze przyznał się, że już dawno wsadziłby mnie do więzienia, choć odradzał mu to Stalin. Później Stalin umarł i jak wiesz po sześciu miesiącach znalazłem się w areszcie”6

„Boża racja stanu” wymaga od stanu kapłańskiego pełnego oddania w spełnianiu misji apostolskiej Kościoła a wywodząca się zeń „katolicka racja stanu” zobowiązuje wiernych do prowadzenia wszelkiej działalności publicznej, w tym politycznej oparciu o troskę o naród i ojczyznę z korzystaniem w jak najszerszej skali z państwowych instytucji i struktur. „Podstawowym zadaniem misyjnej działalności Kościoła jest przekazywanie treści Pisma Świętego i przekazywanie Tradycji”7, bez względu na jakiekolwiek ofiary, okoliczności, bariery kulturowe czy granice państwowe. W tym sensie Kościół spełnia misję apostolską w perspektywie globalnej, rozwijając na religijnej niwie stosunki zwłaszcza między narodem polskim i niemieckim, w niezbyt odległej epoce w postaci dyplomacji epistolarnej.

W jeszcze większym zakresie, zgodnie z „katolicką racją stanu”, Prymas przywiązywał szczególne znaczenie do misji na Wschodzie, także w wyjątkowej homilii w gorącym Sierpniu 1980 na Jasnej Górze. Najpierw jednak Prymas Wyszyński, powołując się na zakorzenienie polskiego narodu podkreślał, że „skoro od wieków trwamy tutaj między Odrą, Wisłą i tak dalej… to jest to nasze miejsce. Z tym miejscem łączą się nasze obowiązki wobec innych: Czyńcie sobie ziemie poddaną (Rdz 1,28). Z tym też miejscem związane są nasze prawa”8. Wykorzystanie przez Prymasa nowej nazwy geograficznej „i tak dalej…”, być może jakiejś dotąd nieznanej rzeki czy krainy na odległym Wschodzie, w tak doniosłej publicznej mowie, wskazuje na własne priorytety Kościoła w polityce zagranicznej wynikające z nieuznawania na płaszczyźnie wyznaniowej istniejących aktualnie granicznych podziałów, co oznacza inne rozumienie „zakorzenienia” narodu niż powszechnie się sadzi. „Katolicka racja stanu”, nie tylko w tym przypadku, zdominowała rację stanu państwa polskiego albo wręcz się nią stała. Może jedynie zaskakiwać dynamika tempa zlewania się w niektórych regionach świata dyplomacji państwa i Kościoła w wysoce skoordynowaną politykę międzynarodową, która może wyrażać ze wszech miar wartą starannej obserwacji nową tendencję historyczną w procesie oddziaływania dwóch państw w jednym kraju.

Marek Zagajewski

Źródło pierwodruku: „Zdanie”, 1-2 (152-153), 2012, s. 28-37.

Przypisy:

1 Biblia w przekładzie księdza Jakuba Wujka z 1599 r., Oficyna Wydawnicza Vocatio, wyd. III, Warszawa 2000, s. 1958.

2 J. Sobczak, Prawo prasowe. Ustawa o radiofonii i telewizji, Toruń 1996, s. 70.

3 Ibidem, s. 71.

4 W cieniu Prymasa Tysiąclecia. Z profesorem Romualdem Kukołowiczem rozmawia P. Bączek, Warszawa 2001, s. 238.

5 Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski, Zapiski więzienne, Paris 1982, s.131.

6 W cieniu Prymasa Tysiąclecia, op. cit., s. 85, 87.

7 Ibidem, s. 239.

8 Stefan kardynał Wyszyński Prymas Polski, Odpowiedzialność – Obowiązki – Prawa w życiu narodu. Podczas uroczystości Matki Boskiej Częstochowskiej na Jasnej Górze 26 VIII 1980, w: idem, Nauczanie społeczne 1946-1981, Warszawa 1990, s. 953.

Dodaj komentarz