Karol Modzelewski: Ideolog z poobijaną dupą


zajezdzimy-kobyle-historii-karol-modzelewski1. Karol Modzelewski jako problem

Z Karolem Modzelewskim jest problem. Wszak to znacząca postać polskiego karnawału politycznego z lat 1980 i 1981. A po transformacji, rozpoczętej w 1989 r., poniekąd czarna owca. Sprzeciwia się bowiem jej antyrobotniczym skutkom i współorganizuje polityczną lewicę w obrębie zwycięskich solidaruchów. Z jednej więc strony zajmuje szacowne miejsce wśród nich, jako bohater ich założycielskiego mitu. Z drugiej – drażni, bo zanadto się czerwieni. Zbyt (podobno) przecenia negatywne koszta transformacji. Nie docenia zaś – jak mówią – dóbr, które zostały dla Polaków odzyskane: nie tylko niepodległości, wolności i demokracji, lecz i powrotu do Europy, szans stwarzanych przez kapitalistyczną cywilizację i wolny rynek.

Ale – jednocześnie – dystansuje się on wobec innych odmian lewicy. Zwłaszcza wobec stworzonej z części sierot po PZPR, która serca (i portfele) ma po lewej stronie, lecz poza kapitalizmem świata nie widzi. Mierzi go jej tchórzostwo, hipokryzja i faktyczna obojętność na interesy świata pracy. Jednak lewicy, która samookreśla się przez odrzucenie kapitalistycznych stosunków własności, mówi jeno „Szczęść Boże”. I wskazuje na utopijną daremność jej działań z powodu wplecenia Polski w mechanizmy kapitalizmu globalnego. Dobrotliwie więc głaska ją po główkach, zająknie się niekiedy przy nich o sprzecznościach interesów, nawet o klasach społecznych. Po czym popada w pustą zadumę i smutek z powodu jej nieuchronnego ponoć losu.

Za dawne zasługi wszakże uczyniono zeń pozłacaną i wzniosłą ikonę minionych walk. Pokazuje się go jako dawnego więźnia sumienia i męczennika „narodowej sprawy”. Ozdabia orderami. Nie znajduje się jednak na politycznym marginesie. Ponieważ wciąż pogłębia się zróżnicowanie społeczne, rosną obszary biedy, wykluczenia i bulgoce bunt pod biało-czerwonym kapturkiem aparatów państwa, od czasu do czasu zaprasza się Modzelewskiego do publicznych i prywatnych mediów jako ideologiczną figurę na pokaz, uosabiającą „wrażliwość” moralną i społeczną, której brak rządzącym solidaruchom, bo oni mają na głowie „ważniejsze sprawy”.

Ciągle więc go widać, ale tak, jakby go wcale nie było dla sprzecznych stron polskich rozgrywek politycznych. Jest i go nie ma. I może dlatego sam zbudował teraz dla tej ikony postument w postaci książki: „Zajeźdźmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”.

2. Czytanka ze wzniosłymi morałami

Gdybym pisał z niej recenzję, przedstawiałaby się ona mniej więcej tak: Może ona się znaleźć wśród szkolnych lektur. Budzić „narodowego ducha” małolatów. Tworzyć wręcz czołobitność wobec jej bohatera. Być wreszcie wzorem ideowej niezłomności i politycznej determinacji. Ukazuje bowiem drogę jednego z prominentnych przywódców „Solidarności” w dochodzeniu do „prawdy” o radzieckim i polskim „komunizmie”, odwagę w jej głoszeniu i polityczną z nim walkę. Za to zaś wszystko płacił on szykanami i więzieniem. I mimo, że w części końcowej książki wyraża rozczarowanie zmianami społecznymi i ekonomicznymi, jakie zaszły po 1989 r., przesłanie jej jest czytelne: dobro było po stronie walczących z realnym socjalizmem, zło stanowiło wytwór zbiorowego dzieła komuchów.

Słusznie więc zostały spisane i zasługują na zapamiętanie słowa jego i uczynki! Przegranych natomiast obrońców i ideologów minionego systemu – niechaj pochłonie proch zapomnienia. Boć wedle ideologii, panującej w Polsce od ćwierćwiecza, w pełni na to zasłużyli. Teraz więc małolaty mogą się od niego uczyć „jak zwyciężać mamy” i wcierać w ziemię ślady po komunie. Chociaż owoce zwycięstwa gorzkie są. I coraz częściej budzą irytację albo ironię. Najczęściej – bezradne wzruszenie ramion.

Książka Modzelewskiego nie jest bowiem po prostu zobiektywizowaną narracją, przedstawiającą to, co ważnego wydarzyło się w jego życiu. Nie stanowi też tylko pamiętnikarskiego zapisu historii, w której rozgrywał się los autora. Powiedzmy dobitniej: nie ma ona nic wspólnego z historią, jako poznaniem społecznego procesu, jego mechanizmów ekonomicznych i politycznych; uwikłań oraz sprzeczności. Pod piórem autora zmieniła się w historyjki, a więc w zdarzenia i zjawiska, w jakich uczestniczył, lecz bez faktycznie krytycznego ich rozbioru i odczytania znaczeń. Pewnie dlatego, że łatwiej mu wylewać łzy gorzkie np. nad tym, że. Gomułka rozpędził „Po prostu”, czy przeżywać wstyd z powodu udziału polskiego wojska w inwazji na Czechosłowację wraz z Paktem Warszawskim itp. itd., niż myśleć o meandrach społecznych procesów.

Dlatego wspomnienia splatają się tu z ideologicznymi deklaracjami i ocenami; refleksje ze swoistym udobitnieniem wybranych zdarzeń, aby poprzez nie uobecniało się moralno-polityczne przesłanie. Całość zaś precyzyjnie wpisuje się w znane skądinąd, już zbanalizowane, antykomunistyczne klisze, nadające jej patos. I to mimo kokietowania czytelnika dystansem oraz poczuciem humoru.

Warto jednak zauważyć, ze kiedy o swym losie w niej opowiada, nie jest już rozedrganym emocjonalnie młokosem, ale siedemdziesięciopięciolatkiem. Po ujeżdżaniu kobyły historii ma wprawdzie ewidentnie poobijaną dupę, ale nie głowę. Można się więc było po nim spodziewać jakiejś pogłębionej wiedzy o tej kobyle, wiodącej go po różnych drogach i rozdrożach najnowszej historii Polski. Pogłębionej, a nie podporządkowanej czarno-białym schematom antykomunizmu. Tym bardziej, że jest zawodowym historykiem, dla którego wyjaśnianie i poznanie nie jest wcale usprawiedliwianiem tego, co widział i czuł!

Dlaczego tego brak? Czemu więcej miejsca poświęca on np. opisowi i rozważaniom o więzieniach, w których siedział, niż procesowi zmian struktury społecznej w powojennej Polsce? Dlaczego na moment nie zastanawia się nad tym, co sprawiło, że po 1956 r. mniejsze lub większe niezadowolenie (aż po negację) wyrażały zgodnie grupy o sprzecznych interesach ekonomicznych, społecznych, politycznych, nawet te, które ewidentnie zyskały na zmianach po 1945 r.; że po sierpniu 1980 r. ruch „Solidarności” poparły nie tylko one, ale również liczni członkowie PZPR wraz z częścią partyjnego aparatu? A wreszcie: co sprawiło, że już dość wcześnie, nawet mimo panowania stalinizmu, stopniowo wypierana była klasowa, rewolucyjna legitymizacja władzy w PRL, a jej miejsce zajmowała nacjonalistyczna, akcentująca tzw. „moralno-polityczną jedność narodu”?

Odpowiedź zdaje się po lekturze jedna: gdyby z tymi pytaniami autor się zmagał, wiedza musiałaby tu zastąpić rozmaite odmiany wiary, jakiej ulegał na swej drodze życiowej. Jest więc ta książka tylko poprawną politycznie czytanką.

3. Od wiary do wiary

Ważne oto w niej miejsce zajmuje opis losu najbliższych i jego w nim uwikłań. Tak więc, gdy przychodzi na świat, jego biologiczny ojciec, rosyjski Żyd, niewinnie wędruje do stalinowskiego łagru. Nie ma jednak nawet jego nazwiska. Legitymuje się nadanym przez ojczyma, polskiego komunistycznego działacza, który go wychowywał. Ten z kolei, choć duszą i czynami czerwonej sprawie zaprzedany, zaciągnął się był w 1920 r. do wojska, by walczyć z bolszewikami o niepodległą Polskę. Jego więc postawa była sprzeczna. Na szczęście dlań dokumenty o tym fakcie zaginęły, bo mógł za to w czasie pobytu w ZSRR zapłacić głową. Jako działacz nie unika zresztą stalinowskich represji. Przepłaca je zdrowiem. Grozi mu czapa. Dzięki wszakże swej odwadze i rozumowi przeżył. Wrócił także w komunistyczne szeregi. A po wojnie współtworzy politykę zagraniczną PRL, choć nie wszystko w jej ustroju akceptował, zwłaszcza alienacji władzy od klas pracujących.

Bohater jednak, nieświadom niczego, był w dzieciństwie, żarliwym patriotą radzieckim. Potem, gdy z rodziną wędruje do Polski, dzięki szkole i otoczeniu, staje się Polakiem z wyboru. Przenika go też wtedy wiara w konieczność tworzenia socjalistycznego ładu. Działa w ZMP, potem w PZPR. Kiedy wszakże załamuje się stalinowski model ustrojowy, uświadamia sobie bezmiar jego wynaturzeń. Chce walczyć o niepodległość i demokratyczny socjalizm, w którym (m. in. przez system samorządów) klasa robotnicza uczestniczyłaby w sprawowaniu władzy, a wszyscy korzystali z jednostkowych wolności i politycznych praw.

Podejmuje więc działalność polityczną, aby to urzeczywistnić. Kontynuuje ją nawet wtedy, gdy partia, jak uważa, wkracza ponownie w totalitarne, poststalinowskie koleiny. Pisze wraz z Jackiem Kuroniem głośny „List do partii”, który wydaje paryska „Kultura”, i który zostaje upowszechniony w krajowych kołach opozycyjnie nastawionej inteligencji i studentów. Itp. itd.

Oznacza to jego konflikty z aparatem władzy, szykany, sankcje. Wreszcie – wyrok karny, uwięzienie i ponawiające się później powroty za więzienną kratę. Oddala się wtedy od komunistycznych idei, traci niedawną w nie wiarę. Wątpi. Oddala się też od marksizmu. Ma go za utopię, która budzi coraz większą jego niechęć. Odrzuca więc ją.

Pojawia się w nim wszakże nowa wiara: że Polska, jak i cały blok realnego socjalizmu można i trzeba radykalnie przekształcić; że należy pójść inną drogą. Jednak nie określa jasno i wyraźnie ani jej kierunku ani charakteru. Zapewne, jak wszyscy polscy dawni i dzisiejsi romantycy, wierzył, że po zwycięstwie musi powstać lepszy świat. Inna Polska. Mimo, że, jak zwykle, nadzieja była, jest i będzie matką głupich, co przecież pokazała polska historia po roku 1918 czy po 1945 i 1956. Ale, w imię tej nowej wiary, działa z pełną determinacją. Ona bowiem, jak mniema, zawiera w sobie „prawdę”, gdy dawna pochodziła z zaślepienia „kłamstwem”, legitymizowanym przez marksizm.

Modzelewskiemu nie przychodzi nawet na myśl, że przeciwieństwem kłamstwa nie jest przecież prawda, lecz wiarygodność, czyli to, co w ramach danego potocznego rozsądku za prawdę uchodzi. Ale on poza ten rozsądek z rzadka wykracza. Raczej – trzyma sie go kurczowo.

Każdorazowe tedy przejście od jednej wiary do kolejnej prowadzi go li tylko do innego „pola wiarygodności”, które (jak i wszystkie wcześniejsze) tak się ma do poznania i wiedzy, jak piernik do wiatraka. Dlatego wciąż pozostaje w ideologicznych praktykach i umysłowych oparach, jakie fundują mu te „pola”: stalinowskim, realnosocjalistycznym (niewiele zresztą mające wspólnego z ideami Marksa), wreszcie nacjonalistycznym w antykomunistycznym sosie. Wątpliwości zaś, jakie przeżywa, mają zawsze tylko charakter aksjologiczny i emocjonalny. Nie mają wiele wspólnego z rozrachunkiem intelektualnym, poznawczym przenikaniem realiów ekonomicznych, społecznych czy politycznych. Rozrachunek ten zastępuje u niego wartościowanie z punktu widzenia wiary aktualnej i jej zasad. To także kwalifikuje jego narrację do horyzontu i – właśnie – poziomu uczniowskiej czytanki.

I tak wewnętrznie uposażony staje się np. jedną z głównych postaci studenckiego ruchu w marcu 1968 r. Za to też siedzi w więzieniu. Potem w latach siedemdziesiątych zajmuje się nauką i kibicuje ruchom opozycyjnym.

Po sierpniu zaś w 1980 r. nie tylko współtworzy struktury organizacyjne „Solidarności”, lecz i jej ideologię. Myli przy tym (ironizując) marksistowskie wnoszenie świadomości klasowej przez rewolucyjną partię do klasy robotniczej, nad którą duchowo panuje ideologia kapitalizmu, z  własnym „pójściem w lud”, aby poprowadzić go przeciwko siłom politycznym, które władały wtedy państwem.

W stanie wojennym natomiast zostaje internowany i znowu uwięziony. Gdy opuszcza celę – jest autorytetem podziemnej pani „S”. Aż w końcu po 1989 r., jak śliwka w kanalizacyjny ściek, wpada, z podobnymi sobie, w muliste nurty dzikiego, polskiego kapitalizmu.

Napełnia go on wprawdzie niesmakiem, lecz nie widzi dobrego zeń wyjścia.

Zmienia się wszakże jego wiara. Próbuje więc znowu działać politycznie. Jest senatorem, współtwórcą Unii Pracy. Ale sytuacja jest już inna. Gdy bowiem w czasach politycznego karnawału w latach 1980 – 1981 budził respekt i entuzjazm w szeregach „Solidarności” (był wszak urodzonym trybunem, utalentowanym politykiem i jej ideologiem), to po transformacji wzbudzał tylko zdziwienie i (niekiedy) zażenowanie, bo nie stał się apologetą nowego ustroju. Nie odpowiada mu jego neoliberalna praktyka i ideologia, rażące rozwarstwienie społeczne, masowe bezrobocie, pauperyzacja klas pracujących.

W końcu więc wycofuje się. Ale nie do końca, bo przecież pisze i wydaje książkę o sobie, jako jeźdźcu na kobyle historii, w której wraca do momentów swego losu. Prowadzi też ideologiczne spory i celebruje „prawdziwe” wartości.

4. Kwesta odpowiedzialności i Kościoła

Czyni to teraz w spokoju ducha. Mimo wszystko z poczuciem zwycięstwa, bo upadł zwalczany przezeń ustrój. Nie czuje się jednak odpowiedzialny za ten, jaki nastał. Kto inny odpowiada za jego kształt. Na pytanie bowiem: jak to się stało, że po 1989 r. te same klasy pracujące, które w 1980 i 1981 roku pod szyldem „Solidarności” chciały świat ruszyć z „komunistycznych” posad, pozwoliły biernie narzucić sobie neoliberalne zniewolenie, prostodusznie odpowiada: to przez Jaruzelskiego i jego stan wojenny. Bo odebrał nadzieję. Internował przywódców i wgniótł w ziemię aktywność mas. On i jemu podobni mają czyste sumienie.

Przedziwne to rozumowanie. Wynika z niego, że Balcerowicz, z hordą gotowych na wszystko solidaruchów, pojawił się nie wiadomo skąd, jak deus ex machina. Sprawił, że z pokorą przyjęto rozwalenie PGR-ów, bezrobocie, zmiany prawa pracy, prywatyzację i reformy rynkowe. A Modzelewski nic z tym nie miał wspólnego. Komuchy wszystkiemu winne. Takie postawienie sprawy ma przynajmniej dwa źródła. Pierwszym jest jego wiara, że dobry ruch, w którym działał, nie mógł być źródłem zła, bo uosabiał je tylko PRL, rządząca w nim partia i jej kolaboranci. Tam zatem należy upatrywać powodów pojawienia się ułomności kapitalizmu na polskiej ziemi.

Drugim źródłem natomiast jest swoista ślepota polityczna Modzelewskiego. Pochodzi ona stąd, że akceptował on po sierpniu 1980 r. wszystkie społeczne i ideologiczne siły, chętne i gotowe do walki z ustrojem. Nie pytał ani o ich rzeczywiste interesy, ideologię, ani intencje polityczne. To był dlań po prostu obudzony naród, lud „tej ziemi”. Tak myśli zresztą do dzisiaj. Dlatego w książce brak refleksji nad nimi.

Wśród tych sił zaś prześlepił najpotężniejszą: Kościół jako ideologiczny aparat. Być może dlatego, towarzyszące sierpniowym i posierpniowym strajkom emblematy religijne i nabożeństwa zdawały mu się tylko mało ważnym folklorem, a sam Kościół – jedynie życzliwym i bezinteresownym orędownikiem i duchowym dopełnieniem „Solidarności”?  Może. Niewiele, a właściwie nic na ten temat nie da się z książki wycisnąć. Autor zamknął oczy na kryjące się za nim problemy.

Tymczasem, jak się zdaje, Kościół ani przez moment nie był tylko jedną z sił ruchu, która wspomagała go swym autorytetem i pośredniczyła w relacjach z władzami państwa. Był siłą samoistną. Osobnym niejako organizmem, który z wolna odrabiał straty i zdobywał nowe dla siebie rubieże władzy ideologicznej w społeczeństwie. I nie chodziło mu wtedy o odzyskanie wielkich majątków, odebranych w PRL, choć w końcu o to także. Ważniejsze było odbudowanie pozycji religii wśród praktyk ideologicznych państwa.

Po wojnie bowiem, zwłaszcza w 1949 r. i w latach późniejszych, było z tym kiepsko. Aparat kościelny bywał represjonowany, a praktyki religijne wypierane z życia publicznego. Wyrzucono religię ze szkół i ograniczono skutecznie jej obecność medialną, wydawniczą i kulturalną. Laicyzacja zawłaszczała terytoria jej niedawnego panowania. Wypierała tradycjonalizm obyczajowy. Stępiła wpływ na instytucję rodziny. Praktyki religijne zaś często skutecznie zastępowano innymi działaniami ideologicznymi o świeckim, postępowym i socjalistycznym charakterze.

Ale po 1956 roku sytuacja się zmienia. Na skutek kłopotów z rozwiązywaniem sprzeczności ekonomicznych i społecznych, trudności w kontynuowaniu socjalistycznych przeobrażeń itd., uznano, że trzeba się zadowolić uzyskanym po wojnie ustrojowym status quo. Obroną utrwalonych już struktur władzy i ich ekonomiczną bazą. Postępowi politycy stawali się tylko pragmatycznymi biurokratami. Wymagało to zmian ideologicznych. Zwłaszcza – rezygnacji z klasowej, robotniczej legitymizacji władzy i zastąpienia jej narodową. Religijny aparat ideologiczny mógł realnie i potencjalnie być jej źródłem i narzędziem.

Kościół wtedy, za zgodą i aprobatą władz, powoli i cierpliwie zaczął odrabiać straty. Zgodził się na uczestniczenie w tej legitymizacji, bo to pozwalało mu na odbudowę schematu Polaka-katolika i stopniowe zwiększanie obecności w życiu publicznym. Dlatego starał się wpisywać narodowe imponderabilia w sieć wyobrażeń i przedstawień religijnych. Czynnie współkształtował nacjonalizm. Podejmował też (raz bardziej, raz mniej udane) próby uzyskania autonomii politycznej wobec państwa (np. akcja z listem do biskupów niemieckich w latach sześćdziesiątych). Gromadził niezadowolonych i przebierał ich stopniowo w baranią skórę chrześcijanina.

Własność społeczną miał przy tym raczej za niczyją. Prawdziwą dlań była prywatna. Pracę wszakże propagował jako wartość. Podkreślał również godność i konieczność szacunku do ludzi pracy. Znaczenie dla państwa tradycyjnej rodziny. To zaś pozwalało mu legitymizować system ustrojowy i zarazem dystansować się wobec niego. Umiejętnie schlebiać i dyskredytować rządzących. Rozszerzać strefy wpływów. Budować autorytet. I ganić władze nie tylko za nadużycia, błędy, ale za to, co choćby pachniało wrażym socjalizmem. Gorzej mu szło z walką z laicyzacją i jej skutkami, ale i na tym polu liczne odnosił sukcesy.

Gdy zaś wydarzyła się „Solidarność”, ujrzał w niej narzędzie do swych celów. Nie miał jednak nad nią pełnej władzy. Musiał ją dzielić z laickimi liberałami, co prowadziło do konfliktów. Przecież niejednokrotnie zdarzało się, że kiedy słowa hierarchów były nie po myśli jego przywódców, odrzucali je i robili swoje. Zmienił to dopiero stan wojenny.

Modzelewskiemu się wydaje, że rozgniótł on ten ruch, zniewolił. Przeciwnie. Wepchnął go jedynie w szeroko rozstawione ramiona Kościoła, który uważał się za jego prawowitego i jedynego właściciela! A niedawni jego przywódcy (poza nielicznymi) stali się jego sługami i wasalami. Miejscem bezpośredniej aktywności politycznej i ideologicznej stały się odtąd parafie i świątynie. Tam opracowywano taktykę i przygotowywano opozycyjne działania. Ale jednocześnie pilnie dbano, by nie został odbudowany ruch zawodowy, który byłby faktycznie bronił ludzi pracy. Nie było to w jego interesie. Tylko bowiem zatomizowane, zamknięte w jednostkowych horyzontach troski owieczki dają się bez reszty podporządkować swym pastuchom. Trwać w stadzie i usypiać swój lęk w kadzidlanych oparach. Pragnąć nadziei, zbawienia i wzajemnej miłości.

Władza PRL akceptowała to, bo dzięki temu nie tylko przestały jej zagrażać pistolety strajkowe. Zdawało się jej również, że chroni ją i legitymizuje płynący w pieśniach i modłach „duch narodu”, który i jej samej zdawał się bliski. W partii ogłoszono więc odnowę moralno-polityczną. Przychylnie patrzono na pełne kościoły i liczne, bogoojczyźniane pielgrzymki. Zezwalano na budowę coraz nowych świątyń. Przygotowując zaś prokapitalistyczne reformy, liczono, że nie napotkają one oporu wśród zbaraniałych mas.

Kiedy więc w 1989 r. nastąpiła zmiana władzy – wystarczyło zebrać polityczne owoce tej aktywności Kościoła. I stało się to, co się stało: wygarbowana w klerykalnych machinach, z ojczyzną, honorem i Bogiem na ustach, z uśpienia znowu powstała „Solidarność”. Już nie interesy świata pracy ją obchodziły, ale tylko naród, państwo, rynek. Kapitalistycznego zniewolenia tego świata nie widziała. A jeśli nawet, to nie było jej  straszne, bo ono funduje godną aprobaty pokorę wobec Kościoła. A on jest dobrem największym i funduje wszelkie dobro wspólne.

To właśnie (choć nie tylko, ale długo by o tym mówić) prześlepił Modzelewski w swej książce. Ale szczęść mu Boże w krainie cudnych wartości, z której trudno mu ruszyć poobijaną na kobyle historii dupę!

Jan Kurowicki


O Jan Kurowicki

Filozof, krytyk literacki, poeta, eseista i prozaik. Ukończył Wydział Filozoficzny na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował jako poeta w 1966 roku na łamach tygodnika „Kultura”. Od 1983 roku był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Wrocławskiego. Kierownik katedry Nauk Społecznych Akademii Ekonomicznej im. Oskara Langego we Wrocławiu na Wydziale Gospodarki Regionalnej i Turystyki w Jeleniej Górze. Członek Stowarzyszenia Marksistów Polskich i Polskiego Towarzystwa Hegla i Marksa.

Dodaj komentarz