Kłamstwo założycielskie


Prolegomena. Upadek komunizmu

W redakcyjnej ankiecie Pytanie tygodnia w „Przeglądzie” (13-19.08.2018) zapytano czytelników „W jakie przesądy wierzą Polacy?”. Aleksy Wójtowicz odpowiedział lapidarnie: „Że w PRL był komunizm, który obalił Karol Wojtyła”. Zawarte w tej formule sugestie mają naturalnie wieloznaczny charakter. Po pierwsze, pan Wójtowicz może uważać, że „w PRL nie było komunizmu”, a zatem i nie było czego „obalać”. Po drugie, można rozważać w jakim stopniu Karol Wojtyła brał udział w obalaniu „komunizmu”, który jednak miał w Polsce miejsce.

Nawiasem, trzeba dodać, że aktywność Watykanu, kurii, probostw i zakonów w dziele zwalczania władz PRL jest nieźle udokumentowana i opisana, zwłaszcza w kontekście zagranicznej pomocy, na przykład ze strony CIA czy izraelskiego wywiadu (Por. Peter Schweizer, Victory czyli zwycięstwo. Tajna historia świata lat osiemdziesiątych. CIA i „Solidarność”, przeł. Igor Łapiński, Warszawa 1994.). Oczywiste, że wpływ kleru na toczące się wydarzeniach był nader ograniczony, także ze względu na jego kontrolę przez rozbudowaną agenturę polskich służb.

W każdym razie Czytelnik „Przeglądu” niesłusznie uznał, że pogląd głoszący obalenie w Polsce przez Wojtyłę komunizmu jest jawnie fałszywy, a zwolennicy tej opinii oczywiście, jak normalnie szanujący się kłamcy i mitomani, znają prawdę i doskonale wiedzą, że w naszym kraju, a może i na świecie, jak dotąd, nie było komunizmu.

W dokumentacji nie sposób pominąć spektakularnej wypowiedzi aktorki Joanny Szczepkowskiej, która 28 października 1989 roku w „Dzienniku Telewizyjnym” ogłosiła, że „4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”, co dla wielu telewidzów stanowiło swoistą rewelację, jeśli zważyć, że dopiero wówczas dowiedzieli się, iż przez minione dziesięciolecia żyli w komunizmie. Wiarygodność wyznania Szczepkowskiej była o tyle niepodważalna, że jej ojciec Andrzej Szczepkowski był nie tylko jednym z najwybitniejszych aktorów czasów PRL, ale także czołowym działaczem opozycji, co nie musiało być znane szerszej publiczności.

Pojawiła się tu zatem pewna dwuznaczność losu, który tak osobliwie zarządził, że dla sporej części naszych obywateli w Polsce „komunizm” zaczął się w 1989 roku wraz z ogłoszeniem jego metaforycznego upadku; i tak już im pozostało. W tym kontekście warto sobie uświadomić, że termin „komunizm” ma w polskim świecie mediów, nauki i polityki dosyć świeżą metrykę, sięgającą zaledwie początków lat dziewięćdziesiątych i związany jest między innymi ze sprytną podmianą, używanego w opozycji lat osiemdziesiątych, słowa „czerwony” (przed wojną „bolszewik”) na „komunista”, a w dalszej kolejności „postkomunista”. Powstaje wrażenie, że intensyfikacja hasła „komunizmu” i jego pochodnych w politycznym dyskursie, jaki współcześnie obowiązuje w publicznym narzeczu przebiega zgodnie z rytmem upływu czasu, czyli im dalej od PRL, tym więcej w nim komunizmu i jego negacji.

Trzeba też przypomnieć, że kiedy w 2009 roku w związku z siedemdziesiątą rocznicą rozpoczęcia II wojny światowej w naturalny sposób nasilił się antykomunistyczny zapał wśród polityków, kapłanów i żurnalistów, Lech Kaczyński nie dołączył do grona pogromców komunizmu. Należy także przypomnieć, że w doniosłym przemówieniu na Westerplatte w rocznicę września, odpowiadając na postawione sobie kluczowe pytanie o źródła zbrodni katyńskiej, ówczesny prezydent RP stwierdził: „Można powiedzieć, to komunizm. Nie, w tym przypadku, to nie komunizm, to szowinizm”. A jako przyczynę II wojny światowej wskazał totalitaryzmy i szowinizm oraz politykę imperialną, przestrzegając zarazem przed neoimperializmem, w domyśle rosyjskim, ponieważ amerykański cieszył się wówczas jego solidnym poparciem.

Warto porównać, w jakiej mierze zgoła inaczej wypowiedzieli się przewodniczący Episkopatów Polski i Niemiec, stwierdzając w swoim Oświadczeniu (25. sierpnia 2009 roku), że mieszkańcy NRD musieli pogodzić się z „sowieckim zwierzchnictwem i komunistycznym systemem społecznym”, a z kolei Polacy „w wyniku załamania się komunistycznego systemu ekonomicznego w roku 1980 znaleźli się na skraju humanitarnej katastrofy”. Nie wyjaśnili jednak przywódcy kościołów po obu stronach Odry, na czym polegał „komunistyczny” charakter systemu ekonomicznego PRL, skoro opierał się na rozległej prywatnej gospodarce chłopskiej i na stosunkowo rozwiniętym prywatnym rzemiośle, co jak wiadomo jest całkowicie niekompatybilne z komunizmem.

Jeszcze ostrzej zabrzmiało oświadczenie prawie 140 niemieckich intelektualistów w związku z układem Ribbentrop-Mołotow (opublikowane 21. sierpnia 2009 roku). Odnosząc się do „komunizmu” w jego politycznej warstwie znaczeniowej zbudowali swój dokument na formułach o „zmierzchu komunistycznych dyktatur w Europie Środkowo-Wschodniej”, czterech dziesięcioleciach „komunistycznego zniewolenia” oraz „komunistycznych reżimach” i „komunistycznych dyktatorach”, a na koniec o „komunistycznym systemie”. Inicjatorami oświadczenia okazali się Marianne Birthler, szefowa Urzędu ds. Stasi i Fundacji Badań nad Dyktaturą w NRD oraz filozof Wolfgang Templin, były enerdowski dysydent. Powstaje wrażenie, że niekwestionowana zasadność używania takich terminów, jak „dyktatura” czy despotyczny reżim, chociaż „totalitaryzm” nie ma już takiej oczywistości, znacząco ułatwiło wprowadzenie do publicznego obiegu nadzwyczaj użytecznego wyrażenia „komunistyczny rząd”.

Jest rzeczą oczywistą, że w spójnej wizji bezklasowego społeczeństwa komunistycznego, bez prywatnej własności środków produkcji, nie ma bazy ekonomicznej dla jakichkolwiek rządów, a już na pewno o despotycznym czy nawet demokratycznym charakterze, ponieważ nie występuje w niej państwo jako organ zorganizowanej przemocy instytucjonalnej. Słowem, w klasycznej tradycji Marksa i Engelsa nie da się sensownie rozmawiać o „rządzie komunistycznym”, ale bełkotać można, co „widać, słuchać i czuć”, jak na wolnych ludzi, w wolnym kraju przystało. Natomiast na froncie ideologicznym i w propagandzie „komunizm” jako narzędzie walącego na oślep agitacyjnego „cepa” do mechanicznej młócki ludzkich mózgownic miał okazać się wielce przydatnym instrumentem. Jak wszystko, co dobre, w ostatnim czasie, także ten wytrych zawdzięczamy naszym niezawodnym amerykańskim sojusznikom, którzy przez dziesięciolecia z dużą wprawą posługują się antykomunistyczną retoryką na swój, nie tylko wewnętrzny użytek. Łatwo rozpoznać, że wraz kontyngentem amerykańskich wojsk, uzbrojeniem, gazem skroplonym oraz wieloma innymi bezcennymi darami, chociaż bez wiz, otrzymaliśmy przed kilkudziesięciu laty w pakiecie wzmocnioną dawkę antykomunistycznej ideologii i bezcenną ekipę fachowych budowniczych kapitalizmu. Aż dziw bierze, jak nasz mały kraj to wytrzymuje.

W każdym razie, osiągnięcia rzekomo „solidarnościowej” ekipy po sukcesach Okrągłego Stołu i wyborach parlamentarnych pozwoliły zasłużenie ogłosić totalne zwycięstwo polityczne zwieńczone zdobyciem państwowej władzy przez rząd Tadeusza Mazowieckiego. W końcu dokonało się „utworzenie pierwszego od końca II wojny niekomunistycznego rządu”, jak tryumfalnie ogłosił uczestnik wydarzeń Andrzej Wielowieyski (Losowi na przekór, Warszawa 2015, s. 423) i jego akolici a ich opinia nie była w tej mierze wyjątkowa

Mimo niewątpliwej urody formuła ta ma jedną zasadniczą wadę – jest fałszywa, i to podwójnie. Należy przypomnieć, że po pierwsze, po drugiej wojnie światowej Polska miała rząd premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego z PPS z udziałem wicepremiera Stanisława Mikołajczyka, przedstawiciela Polskiego Stronnictwa Ludowego, uprzednio premiera emigracyjnego rządu londyńskiego, których podejrzewanie o jakiekolwiek, według obowiązującego ipeenowskiego narzecza, sympatie komunistyczne równałoby się obrazie pamięci zmarłych. Dla porządku dodajmy, że rząd Osóbki-Morawskiego miał typowo koalicyjny charakter i składał się z siedmiu przedstawicieli Polskiej Partii Robotniczej, sześciu z Polskiej Partii Socjalistycznej, po trzech ze Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Ludowego „Roch”, dwóch ze Stronnictwa Demokratycznego a ciesząc się także poparciem Stronnictwa Pracy po zaprzysiężeniu 28 czerwca 1945 roku sprawował władzę, z grubsza rzecz biorąc, do 6 lutego 1947 roku. Dodajmy, że ten rząd w krótkim czasie doczekał się uznania przez liczne mocarstwa światowe i szereg innych państw.

Po drugie, zaprzysiężony w zasadzie 12 września 1989 roku, rząd Tadeusza Mazowieckiego także miał koalicyjny charakter i składał się z czterech członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, trzech członków Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, dwóch członków Stronnictwa Demokratycznego, jednego ministra niezależnego (Skubiszewski) i dwunastu przedstawicieli „Solidarności”, w tym tak egzotycznych jak Leszek Balcerowicz, Jacek Kuroń, (o którym mówiono, że nie mógł być członkiem żadnych związków zawodowych, bo nigdy nie pracował etatowo) czy Jacek Ambroziak – radca prawny Episkopatu, że pominiemy w otoczeniu plejady wiceministrów szereg innych nader osobliwych na liście członków rządu postaci.

Sumując, rząd Tadeusza Mazowieckiego nie mógł być, ze względu na swój skład i historyczne zaszłości, nazywany „niekomunistycznym rządem”, ani tym bardziej jego pierwszym wariantem po drugiej wojnie światowej. Można się zadumać w jaki sposób w naszym kraju elita polityków z przeróżnych obozów – premier, prezydent, marszałkowie Sejmu i Senatu, ministrowie, posłowie i senatorowie, szereg innych wpływowych osób, często dobrze wykształconych profesjonalnych historyków bezkarnie okłamuje bezwolne społeczeństwo, rzekomo reprezentując jego opinie.

Co gorsza, mamy wręcz lawinę masowych publikacji prasowych, programów telewizyjnych i radiowych, szkolnych podręczników, literatury pozornie wspomnieniowej polityków i tak zwanych specjalistów o politologicznym zacięciu, którzy uprawiają faktycznie historyczną propagandę kreując wygodny obraz wydarzeń i bez skrepowania karmią ludzi oczywistymi i łatwymi do sprawdzenia kłamstwami. Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że wielu z nich ma moralny obowiązek głoszenia prawdy i tylko prawdy, jak w przypadku cytowanego Andrzeja Wielowieyskiego, czołowego przedstawiciela sfer katolicko-ziemiańskich.

Generalnie, władze zmuszają nas do życia w duchowym klimacie oparów podwójnego kłamstwa założycielskiego, które legło u podstaw ideologii nowego ładu społecznego, co jak się wydaje pozornie zostało zaakceptowane przez społeczeństwo, chociaż nie bezkarnie, jak na to wskazują jego niepokojąco traumatyczne zachowania. Niezależnie od powyższego nie powinien umknąć uwadze Czytelnika rażący brak logiki w formule „niekomunistycznego rządu”, jeśli zważyć, że tego rodzaju definiowanie przez negację jest równie bezsensowne jak rozpisywanie się o nie-stole, gdy rzecz nie wiadomo czego dotyczy, gdy na przykład faktycznie chodzi o krzesło i tak dalej. Zazwyczaj za takim kamuflażem pojęciowym w odniesieniu do konkretnej charakterystyki ustrojowej kryją się nieczyste intencje, chociaż uczciwiej byłoby ogłosić wprost na jakiego rodzaju ustrój czy rząd faktycznie liczymy.

Słowem, jeśli „rząd niekomunistyczny”, to znaczy jaki?; zatem trzeba go porządnie przy pomocy pozytywnych terminów opisać. No i jak wiadomo, wkrótce się wydało, że nasi dzielni obrońcy „godności człowieka pracy” wkrótce po zdobyciu władzy pod szyldem rynkowości, czyli „normalności” wprowadzili w trybie „nakazowo-rozdzielczym” mechanizmy gospodarcze żywcem przejęte z XIX-wiecznego kapitalizmu z nieodłącznym wyzyskiem, bezrobociem, nędzą i bezdomnością. W ten sposób oszukano nawet znanego lewicowca Karola Modzelewskiego, popularnego i wieloletniego bojownika robotniczej sprawy, który jednak nie cieszył się sympatią Mazowieckiego. Okazało się zatem, że wymarzona wolność pod „niekomunistycznymi rządami” w praktyce oznacza rządy burżuazyjne, których bez stosownego „prania mózgów społeczeństwa” nie udałoby się wprowadzić w życie.

Należy dodać, że tak jak formuła „niekomunistycznego rządu” nie wytrzymała konfrontacji z praktyką podobnego losu doczekała się pozornie przeciwstawna gra słów „rząd komunistyczny”. Na przykład, nabrzmiały problem mieszkaniowy, który stał się przedmiotem obrad V Plenum KC PZPR (10-11 maj 1972 roku), zaczęto pod dowództwem gierkowskiej ekipy rozwiązywać likwidując państwowe budownictwo przy równoczesnym wprowadzeniu na masową skalę wyprzedaży państwowych i spółdzielczych zasobów mieszkaniowych na własność prywatną, w tym także za waluty wymienialne, zarazem usilnie wspierając prywatne budownictwo jednorodzinne. Te jak widać typowo „komunistyczne metody” rozwiązywania problemów gospodarczych, w tym przypadku mieszkaniowych, ułatwiły przebiciau się na plenum absurdalnej opinii, wedle której w komunizmie każdy będzie prywatnym właścicielem mieszkania. Co ciekawe, aktywiści rzekomo komunistycznej partii, kierującej się statutowo „marksizmem-leninizmem” nie byli uprzejmi zauważyć, że dokładnie sto lat wcześniej, niejaki Fryderyk Engels w interesującej publikacji W kwestii mieszkaniowej wykpił w druzgocącej krytyce tego typu pomysły, które w jego czasach kwalifikowano jako „socjalizm drobnomieszczański”, jak najdalszy od komunizmu.

Marek Bryx, gierkowski herold polityki totalnego utowarowienia mieszkalnictwa, między innymi na łamach partyjnego organu teoretycznego „Nowe drogi”, dopiero po upływie kilkudziesięciu lat niepowodzeń partyjnej polityki mieszkaniowej na początku tego wieku wycofał się z błędnego stanowiska w tej kwestii. W efekcie stał się rzecznikiem hasła obywatelskiego prawa do „dachu nad głową” o zdecydowaniu socjalistycznej proweniencji w miejsce prywatnej własności mieszkania. W trybie aneksu do tej kwestii należy uzupełni ć, że w rozwiniętym kapitalizmie europejskiego chowu, zgodnie z obowiązującym od lat trendem, mieszkania i domy na wynajem zajmują dominującą pozycję w polityce gospodarowania zasobami mieszkaniowymi. Zbędne dodawać, że nasz bohater zrobił na fali transformacji ustrojowej błyskotliwą karierę.

Cenzurowanie cenzury

Problem funkcjonowania cenzury, jednego z filarów władzy, należał do jej bolących miejsc w kontaktach ze światem mediów a z pojawieniem się wydawnictw „drugiego obiegu” i prasy „podziemnej” nabrał szczególnej ostrości. Znamienne, że pułkownik Władysław Kuca, naczelnik Wydziału III KW MO w Gdańsku (nadzorujący między innymi redakcje prasowe i „Solidarność”) interesując się, w trakcie pierwszego ogólnopolskiego zjazdu legalnej „Solidarności” we wrześniu 1981 roku w hali Olivii, głównie Posłaniem do ludzi pracy Europy Wschodniej, tuż za nim, na swojej liście priorytetów, umieścił „wystąpienia delegatów domagających się zniesienia cenzury” (Bożena Aksamit, Piotr Głuchowski, Uzurpator. Podwójne życie prałata Jankowskiego, Warszawa 2019, s. 108), które pozostały jednak bez wyraźnego odzewu ze strony naszych opozycyjnych „wolnościowców”.

Dopiero po ośmiu latach, przy Okrągłym Stole, w najmniej oczekiwany sposób, kwestia zniesienia cenzury powróciła do publicznego obiegu, ale to już całkiem odrębna zaskakująca historia, którą barwnie i wiernie relacjonuje Julian Bartosz, w latach osiemdziesiąty naczelny redaktor zniszczonego przez miejscowe władze wrocławskiego tygodnika „Sprawy i Ludzie”, aktywny uczestnik opisanych przezeń niżej wydarzeń.

Przypominając szereg epizodów ze swej wieloletniej walki przeciw cenzurze zarówno jako szeregowy, wielokrotnie wyrzucany z różnych redakcji, dziennikarz jak i niejednokrotnie redaktor naczelny Julian Bartosz, już jako zasłużony emeryt na prasowej niwie, tak wspomina po wielu latach ten okrągłostołowy epizod. „Ujmę to w tym miejscu bardzo skrótowo. Należąc do grona nieformalnych, społecznych doradców Alfreda Miodowicza, pisałem nieraz teksty publikowane potem pod jego nazwiskiem lub przez niego wygłaszane. Tak też było z tekstem, który Miodowicz miał wygłosić na otwarcie obrad Okrągłego Stołu. Wprawdzie oficjalnie mieli się tym zajmować ludzie delegowani do tych spraw i uczestniczący w Magdalence w przygotowaniach do obrad, jednakże ich pisanie było tylko dla zmyłki. Miodowicz napisanie tego przemówienia powierzył grupie ludzi, do której należeli autorzy z kręgu »Spraw i Ludzi« – Wacław Martyniuk, Marek Zagajewski, Leon Podkaminer i Ja. Pisaliśmy w prywatnym mieszkaniu na mieście. Brudnopis mowy przechowuję do dziś w swym archiwum. Było charakterystyczne, że Miodowicz chciał, żebym odczytał mu swój nabazgrany tekst w kąciku za jego gabinetem. Czytałem dwa razy, gdyż rzekomo robiłem to za szybko. Prawda zaś zdaje się polegała na tym, że w tym kąciku był podsłuch bezpośrednio do generała. Miodowicz swą decyzję na »tak« zakomunikował nam dopiero nazajutrz. Chciał odczekać na placet samego »szefa szefów«. W tekście tym zawarłem żądanie zniesienia cenzury, pisząc, że demokracją najbardziej zainteresowana jest klasa robotnicza, w związku z czym w jej interesie leży wolność prasy, a więc zniknięcie cenzury. Miodowicz bardzo się ucieszył, że może z czymś wyjść przy Okrągłym Stole. Wygłaszając swe przemówienie na inauguracyjnym posiedzeniu, zaskoczył wszystkich, także tzw. stronę społeczną, czyli solidarnościową. Zasiadając przy podstoliku prasowym, powtórzyłem to żądanie, co jest udokumentowane protokołem, który posiadam. Choć była to swoista powtórka, uczestnicy podstolika również nie kryli zdziwienia, sami bowiem takiego postulatu wówczas nie wysuwali, opowiadali się jedynie za ograniczeniem tej szkaradnej instytucji.

No i potem przyszła wolność, a ja, jako się rzekło homo sovieticus, pisząc tekst we własnej gazecie, pytałem zalękniony: »A czy mi to puszczą?«. Godna zaś odnotowania w całym tym kontekście jest podana już po 1989 roku przez Iwonę Zielińską we wrocławskiej »Gazecie Robotniczej« informacja, że wedle danych cenzury liczba ingerencji w teksty »Spraw i Ludzi« Była w latach 1982-1990 dwukrotnie wyższa od ingerencji we wszystkich wrocławskich i dolnośląskich tytułach łącznie. Przekraczała 3000. (Julian Bartosz, Ostatnie zapiski zgryźliwego dogmatyka, Wrocław 2009, s. 38-39).

Bezspornie, autorem całości wystąpienia Miodowicza był Julian Bartosz, natomiast uprzejmie wspomniane przez niego osoby uczestniczące w pracy nad tekstem dla szefa OPZZ pełniły co najwyżej rolę lojalnych konsultantów, nie wyłączając autora niniejszego artykułu; zresztą w ten sposób chętnie pracował niezwykle przez nas ceniony i ukochany Redaktor.

Zaskakuje jednak pasywna postawa uczestników prasowego podstolika w kwestii zniesienia cenzury, przy którym zasiadły takie tuzy niezależnego dziennikarstwa jak: Kazimierz Dziewanowski, Janina Jankowska, Zygmunt Kałużyński, Marcin Król, Tadeusz Mazowiecki, Krzysztof T. Toeplitz, Jerzy Urban, Maciej Szumowski czy sam Adam Michnik. W efekcie rodzi się zapewne mocno dyskusyjne przekonanie, że naszym medialnym „wolnościowcom” w gruncie rzeczy cenzura nie przeszkadzała, natomiast mogli się obawiać, że po jej zdjęciu będzie im znacznie trudniej ideowo konkurować na medialnym rynku. W każdym razie, od tamtych czasów żaden z uczestników Okrągłego Stołu nie objaśnił publicznie swojego zachowania, kiedy faktycznie były wystarczające warunki do tego, aby jedną decyzją doprowadzić do zniesienia cenzury. Zresztą takie rozwiązanie wkrótce zapewnił sejm kontraktowy ustawą z 11 kwietnia 1990 roku.

W tym kontekście godzi się odnotować jednoznacznie krytyczną reakcję Bronisława Geremka na wyrażone przez Miodowicza w trakcie inauguracji „okrągłego stołu” żądanie zniesienia cenzury. Wieczorem, tego samego dnia Geremek po obradach spotkał się z dziennikarzami, gównie zagranicznymi, w celu przeprowadzenia zaimprowizowanej konferencji prasowej na pięterku Hotelu Europejskiego, który znajduje się niemal naprzeciwko będącego w centrum wydarzeń Pałacu Namiestnikowskiego. Geremek ostro zaatakował Miodowicza traktując żądanie zniesienia cenzury wręcz jako swoistą prowokację wymierzoną przeciwko porozumieniu władzy z opozycją.

W reakcji na tę wypowiedź Geremka obecny na konferencji współpracownik agencji „Prensa Latina” Carlos Gonzalez Tejera zadał pytanie dlaczego demokraci mają cokolwiek przeciwko zniesieniu cenzury? Geremek odparł, że w naszej prasie zniesienie cenzury prewencyjnej stworzyłoby sytuację dającą sposobność zakwestionowania opublikowanych już materiałów i nawet w przypadku popełnienia drobnego błędu ryzyko narażenia na procesy, konfiskatę nakładu i dotkliwe kary finansowe. W efekcie groziłyby duże straty i powstałoby poważne ryzyko znaczącego ekonomicznego osłabienia opozycji.

W replice, Carlos wyraził zdziwienie i zaskoczenie obroną cenzury jako, że sam był wychowany w kulcie postulatów Wielkiej Rewolucji Francuskiej i wywodzącego się z niej lewicowo-demokratycznego etosu, w którym cenzurę uważano za twór przeciwny naturze.

Miodowicz (OPZZ) szczegółowo wspomina okoliczności swojego wystąpienia w kolejności jako trzeci mówca po Czesławie Kiszczaku (Rząd) i Lechu Wałęsie (NSZZ Solidarność) na inauguracyjnym posiedzeniu Okrągłego Stołu. „Moje przemówienie na otwarciu »okrągłego stołu« wywołało zaskoczenie. Z nikim nie było konsultowane, powstawało w małym zespole, w pełnej tajemnicy. W postulatach poszedłem bardzo daleko – nawet jak na marzenia opozycjonistów. Nasze żądania jednak były konsekwentne – najpierw pluralizm polityczny, potem związkowy. Domagałem się: całkowicie wolnych, niekontraktowych najbliższych wyborów do parlamentu, natychmiastowego zniesienia wszelkiej cenzury słowa i publikacji oraz izby samorządowej parlamentu, zamiast Senatu.

Czytając tekst – widziałem reakcję siedzącego naprzeciw Adama Michnika, który nie umiał opanować spontaniczności. Aż nogi podniósł z uciesznej aprobaty. Wałęsa natomiast podszedł do mnie w przerwie, uścisnął dłoń i powiedział: »No, panie Miodowicz, jak nam tu nie wyjdzie to ja będę panu paczki do kryminału posyłać. Może pan na mnie liczyć!«.

Odparłem: »Bardzo się cieszę, bo panowie macie wprawę i doświadczenie w sprawach kryminalnych«.

Krótko po inauguracji »stołu« gen. Jaruzelski zaprosił kierownictwo OPZZ i naszą delegację na spotkanie do KC dla – jak to określił »zasypania rowów, które między nami wykopano«. W wystąpieniu stwierdził, że może poszliśmy za bardzo do przodu, bo nawet Michnik nie żądał wolnych wyborów – oni wszyscy wstępnie zgodzili się na wybory kontraktowe. Nawet Kuroń nie żądał zniesienia cenzury. »Skąd u was taki radykalizm?«. Izba samorządowa wzbudzała mniej emocji – dogadali się wcześniej co do Senatu.

Wówczas zaatakował nas Mieczysław Rakowski. Stwierdził, że związki muszą mieć więcej wyobraźni, że tu nie chodzi o spektakularny interes partii, a o rzeczywistość i przyszłość Polski. Nawet ZSRR się zmienia – pierestrojka, głasnost. Nie wolno spychać »Solidarności« do roli podrzędnej, bo może niebawem nawet tow. Gorbaczow będzie chciał z nią rozmawiać. »A wy, tow. Alfredzie, patrzycie tylko na własne podwórko – idzie wam tylko o to, byście trwali i nadal istnieli. A partia ma inne zdanie – ja stoję na czele rządu i nie dopuszczę do likwidacji cenzury. Już raz wprowadziliście bez zgody rządu Wałęsę do telewizji, co zbyt ponagliło sprawy«. (Alfred Miodowicz, Zadymiarz, spisał Ryszard Naleszkiewicz, Warszawa 1993, s. 132-133).

Kolejna akcja naszych „demokratów” wiązała się z zakończeniem obrad Okrągłego Stołu poprzedzonego sporem o indeksację, ponieważ OPZZ nie podpisało protokołu stolika ekonomicznego, uważając, że „wynegocjowana forma indeksacji stanowi stryczek dla rządu, likwidację możliwości jakichkolwiek reform, a ponadto pogłębia różnice między najmniej i najwięcej zarabiającymi, krzywdząc najbiedniejszych. […] Żądaliśmy nie indeksacji równej dla wszystkich, ale dającej najwięcej najbiedniejszym.[…] Twierdziliśmy, że indeksacja gwarantowana przez budżet jest bombą położoną pod rząd, bo najgorsze firmy będą dostawać pieniądze od państwa.

[…] Obie strony zaczęły nas jawnie lekceważyć, gdy nie podpisaliśmy protokołu stolika ekonomicznego. Nastąpił niebywały sojusz: strona rządowo-koalicyjna i solidarnościowo-opozycyjna z równą niechęcia wyrażały się o OPZZ.

Kulminacja nastąpiła po nie uzgodnionej z nami zmianie ustaleń o kolejności wystąpień na zakończeniu »okrągłego stołu«. Dowiadujemy się nagle, że moje wystąpienie zamiast trzeciego, przed przerwą, w czasie najlepszej oglądalności telewizji – ma być przesunięte na piąte czy szóste miejsce po przerwie. […]

Postanowiliśmy stanąć okoniem. Albo zostanie zachowana ustalona od początku kolejność – mój głos jako trzeci, przed przerwą – albo nie podpisujemy kontraktu »okrągłostołowego« w ogóle i cała delegacja nie przyjeżdża na zakończenie. A Polska to widzi. […]

Wybuchła awantura.

Na ul. Kopernika czeka w napięciu pełny skład Komitetu Wykonawczego OPZZ.

Nasza delegacja przyjeżdża do Pałacu Namiestnikowskiego z pięciominutowym opóźnieniem […], by dać możność Kiszczakowi – przewodniczącemu obradom – do przekazania naszych obiekcji jako ostatecznego warunku – stronie opozycyjno-solidarnościowej.

Podchodzi do mnie Kiszczak i przedstawia nowy porządek wystąpień. Na to nie wyrażam zgody. Proponuję kolejność taką, jaka na inauguracji »stołu« – czyli trzeci głos.

– Na to nie ma zgody.

Sugeruję więc przerwę na negocjacje. Nasze stanowisko – mamy decyzję Komitetu Wykonawczego – nie może ulec zmianie. I tak zaczęła się rozróba.

W kuluarach spotkała się ze mną ekipa »Solidarności« z |Mietkiem Gilem, proponując podpisanie protokołu »stolika ekonomicznego«. Pod tym warunkiem zostanę dopuszczony do głosu jako trzeci.

Łapówka była smakowita, ale gorzka. Goryczy nie lubię, więc odmówiłem będącą swoistym szantażem wobec nas.

Miałem rację. »Solidarność« wróciła. Geremek wyraził publiczne ubolewanie z powodu

»obstrukcji« OPZZ, ale kierując się »racjami dla Polski« – opozycja ustępuje. Odzyskaliśmy więc należną nam kolejność wystąpień, a »stolika ekonomicznego« i tak nie podpisaliśmy.

Kontrakt został przyklepany. Także przez nas. W pałacu, w którym przyklepano III rozbiór Polski… (Alfred Miodowicz, Zadymiarz, spisał Ryszard Naleszkiewicz, Warszawa 1993, s. 134-136).

Nieco odmiennie przedstawia przebieg Okrągłego Stołu małżeństwo historyków Darii i Tomasza Nałęczów o specyficznie lewicowych poglądach. Pierwsze posiedzenie plenarne w ogóle nie zostało przez nich zrelacjonowane, co automatycznie usuwa z pola widzenia kwestię likwidacji cenzury w ujęciu Miodowicza. Natomiast opis drugiego i zarazem ostatniego posiedzenia rozpoczyna się od przedstawienia „incydentu sprowokowanego przez Miodowicza. Zażądał on zabrania głosu po Wałęsie, chociaż uzgodniony wcześniej scenariusz lokował go w dalszej kolejności. W razie odmowy zagroził zerwaniem obrad. Wybuchł skandal, bo awanturę relacjonowała na żywo telewizja i jej widzowie taką sensację widzieli po raz pierwszy. Zwrócono się do Jaruzelskiego. Namawiał on Miodowicza do opamiętania, ale bezskutecznie. Zaparli się też liderzy »Solidarności«, nie reagując po raz pierwszy na perswazje towarzyszących obradom duchownych. A ponieważ Jaruzelski nie chciał kończyć obrad bez udziału Miodowicza i OPZZ, wydawało się, że po Okrągłym Stole pozostaną tylko drzazgi.

[…] Trwającą już blisko trzy godziny przerwę zakończono i po wznowieniu obrad Geremek oświadczył, że »Solidarność« została poddana niedopuszczalnemu szantażowi, ale w interesie państwa ustępuje. Obrady Okrągłego Stołu szczęśliwie dobiegły końca”. (Daria i Tomasz Nałęcz, Czas przełomu. 1989-1990, Warszawa 2019, s. 52).

Nałęczowa spółka autorska, jak widać, bez skrępowania przyjęła punkt widzenia Geremka w opisie przebiegu okrągłostołowych wydarzeń. OPZZ wraz ze swoim liderem zostali otoczeni przez zgodny front partyjnych i solidarnościowych „demokratów” pod kościelnym parasolem. Okazało się, że na inauguracji Okrągłego Stołu Miodowicz mógł występować, jako reprezentant „trzeciej siły”, po Kiszczaku i Wałęsie, ale na zakończenie obrad już nie; ten porządek obrad miał być samowolnie zdecydowanie odrzucony. Na tę okoliczność organizatorzy finałowego posiedzenia przygotowali szefowi OPZZ, pod fałszywym zarzutem „prowokacji”, elegancki szafot . Tymczasem rzuca się w oczy, że rolę „prowokatorów” wzięła na siebie Geremkowa ekipa przywódcza wyznaczając dla OPZZ termin zbiorowej egzekucji na zakończenie okrągłostołowych negocjacji, zarazem domagając się głów „reżimowych” związkowców, którzy na dodatek mieli sami je położyć pod topór. Uważni obserwatorzy toczących się wydarzeń nie bez trudu jednak zauważyli zamianę ról na związkowym polu, gdzie »Solidarność« truchcikiem przeszła, kosztem OPZZ, z opozycyjnych plebanii i zakrystii na reżimowe „salony władzy”. Ten nowy ład ustrojowy należało tylko z czasem usankcjonować i w efekcie dobić się statusu „kierowniczej roli” dla szeroko pojętej »Solidarności« pod patronatem w jeszcze większym zakresie władczego niż dotychczas Kościoła.

Jest ważne, że OPZZ doprowadziło do obalenia rządu Messnera 19 września 1988 roku, któremu nie udało się wdrożyć rok wcześniej „II etapu reformy gospodarczej”, na co z kolei związki odpowiedziały własnym programem gospodarczym pod nazwą „Alternatywa”. Po pięciu latach Miodowicz tak skrótowo ocenił ten program: „Nie odrzucaliśmy socjalizmu, jako istoty pomysłu na gospodarkę i nie sądzę, by trzeba było ten pomysł stale odrzucać. Miała go przecież Szwecja i nieźle na tym wyszła”. (Alfred Miodowicz, Zadymiarz, spisał Ryszard Naleszkiewicz, Warszawa 1993, s. 101). Niestety, to też był wyrok na związkowców, czego dowodzi wstrzymanie przez cenzurę druku „Alternatywy” we własnym wydawnictwie OPZZ. Trzeba przypomnieć, że od początku „transformacji”, jak się dziś powiada, „leżał na stole” model szwedzki i był on konsekwentnie odrzucany przez kolejne ekipy rządzące. Jednak gospodarcza wolnoamerykanka pod szyldem „gospodarki rzekomo rynkowej” w efekcie bez trudu pokonała Polskę częściowo Ludową, po drodze skutecznie likwidując ruch związkowy. Doskonałym przykładem tej sytuacji jest polityka mieszkaniowa, która wymownie utuczyła lobby deweloperskie i bankowe. Jak stąd zdaje się wynikać „kłamstwo założycielskie” w krótkim czasie zaczęło być masowo „kserowane” i objęło swym zasięgiem praktycznie wszystkie obszary naszego życia nie wyłączając ochrony zdrowia czy edukacji a zwłaszcza środków masowego przekazu.

Trzeba kolejny raz przypomnieć, że realny kapitalizm państwowy, występujący w naszym kraju od lat czterdziestych pod szyldem socjalizmu, został poddany pod osłoną państwa stanu wyjątkowego przymusowej prywatyzacji w procesie własnościowej transformacji. Rzecz jasna, jak się wkrótce okazało, taka charakterystyka epoki Polski rzekomo Ludowej nie leży jednak w zrozumiałym interesie wielbicieli ideologii „kłamstwa założycielskiego”.

Marek Zagajewski

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.