Marksistowskie rozrachunki 2


Ziarno i plewy

Redaktorzy „Przeglądu Filozoficznego” oczekują, jak się wydaje, od autorów artykułów zamieszczonych w tym tomie czegoś w rodzaju mowy pogrzebowej. Cóż jednak, gdy ktoś, jak właśnie niżej podpisany, uważa, że owe (notabene od lat głoszone) pogłoski o śmierci marksizmu są nieco przedwczesne. Liczba badaczy na świecie identyfikujących się i identyfikowanych przez społeczność akademicką z prądem myślowym zapoczątkowanym przez Karola Marksa, a przede wszystkim ilość badań zrealizowanych pod tymi auspicjami nijak wprawdzie się mają do szczytowego okresu popularności tego kierunku, ale z pewnością każą tezę o jego zejściu ze sceny uznać za uproszczenie i nieporozumienie. Z punktu widzenia autora niniejszego tekstu konstatacja powyższa stawia więcej pytań, niźli ich dostarcza odpowiedzi; przede wszystkim dotyczy to kluczowej kwestii przyczyn wskazanego stanu rzeczy. Odpowiedź wiąże się, jak się zdaje, z pewną komplikacją, z jaką musi się liczyć autor tego artykułu. Z usposobienia i predyspozycji największą ochotę miałby on na ograniczenie dyskusji do ściśle naukowych aspektów tego, co się ogólnie marksizmem nazywa, a więc zapewne głównie materializmu historycznego, najbliższego też mu z racji jego socjologicznej profesji. Jednak właśnie socjolog musi zdawać sobie sprawę, że w obiegowej świadomości akademickiej, nie mówiąc już o świadomości społecznej i potocznej, pojęcie marksizmu funkcjonuje jako swego rodzaju klisza czy raczej worek, do którego dosyć dowolnie nawrzucano różnych rzeczy. Szczególną trudność sprawia odróżnienie – pomijając fakt, iż jego zapoznanie bywa dla wielu wygodne z powodów ideologicznych bądź politycznych – marksizmu i socjalizmu. Z punktu widzenia autora obecnego artykułu nie ma sensu pisanie np. o „krajach czy społeczeństwach żyjących w systemach marksistowskich” (tym bardziej, naturalnie, o „narodach w jarzmie systemów marksistowskich”). Występuje tu jaskrawe materii pomieszanie, którego przesłanki więcej mówią o społecznym funkcjonowaniu myśli Marksa i wszystkiego, co się z nią wiąże, niż o samej tej myśli. Nie da się jednak procedować dalej bez wyjaśnienia tej, dla autora raczej elementarnej, kwestii. Polska i inne społeczeństwa bloku RWPG, aby wybrać jakiś relatywnie neutralny identyfikator, stanowiły przykład formacji socjalistycznej, jaką w języku ideologii zwano „socjalizmem realnym”. Termin ten, mimo swego ideologiczno-politycznego rodowodu, miał pewne uzasadnienie – chodziło o przeciwstawienie rzeczywiście funkcjonującego systemu systemowi idealnemu, jaki można by odczytać z pism Marksa i Engelsa. Tu wszelako należy wnieść ważne zastrzeżenie. Uwagi Marksa i Engelsa dotyczą docelowego stanu ludzkości, jakim ma być komunizm, i w znacznie mniejszej mierze etapu przejściowego do tego końcowego stadium, tj. socjalizmu. W każdym razie treść tych refleksji pozwala rozprawić się z jeszcze inną interpretacją danych społeczeństw – tym razem jako komunistycznych. Jest to określenie ideologiczne w dwojakim sensie: po pierwsze, jego autorzy i użytkownicy posługują się nim, jak i innymi terminami z tej rodziny, takimi jak „komuna”, w intencjach, łagodnie mówiąc, krytycznych wobec tak ochrzczonego obiektu, a po drugie, ideologiczne w rozumieniu, jakie nadawali temu pojęciu Marks i Engels, którzy utożsamiali je z idealizmem. Taki sposób definiowania społeczeństw formacji socjalistycznej opiera się na idealizmie epistemicznym, próbie dedukowania rzeczywistości z apriorycznej idei, bez konkretnego badania owej rzeczywistości. To ostatnie, nawet w pobieżnym wymiarze, wystarcza każdemu, kto porówna jego rezultaty z wizją komunizmu w pracach klasyków (o ile zgadzamy się, iż to one mają stanowić punkt odniesienia), aby dostrzec jaskrawą nieprzystawalność do realiów owych społeczeństw ideału „wolnych wytwórców” i innych cech, jakimi powinien się odznaczać system prawdziwie komunistyczny.

Czy jednak z powyższego wynika jednoznacznie, że należy przyznać rację urzędowemu zadekretowaniu społeczeństw, o jakich mowa, jako „socjalizmu realnego”? Była to operacja prawomocna i nieprawomocna zarazem: to pierwsze o tyle, o ile termin przypominał o dystansie dzielącym realia radzieckie czy NRD-owskie od ideałów dających się wyczytać z pism klasyków. W tym sensie termin z założenia włączony jako filar urzędowej ideologii był w gruncie rzeczy wywrotowy, a co najmniej głęboko krytyczny wobec realiów, w jakich żyła na co dzień ludność danych społeczeństw. Taka zmiana funkcji nie jest z punktu widzenia socjologa niczym wyjątkowym; przeciwnie, stanowi raczej prawidłowość. Sięgając do nie tak dawnej historii, można przypomnieć robotnicze zrywy, których uczestnicy przez długi czas skutecznie wykorzystywali elementy oficjalnej ideologii opisującej i sankcjonującej podstawy systemu społeczno-politycznego do jego klasowej krytyki. Dotyczyło to również warstwy symbolicznej – dopiero po kolejnych rozczarowaniach do polityki władz, która po krótkim okresie przemian powracała w stare koleiny, robotnicy wyparli się Międzynarodówki jako symbolu zawłaszczonego przez, jak to wówczas określano, „czerwoną burżuazję”.

Chociaż pojęcia „socjalizmu realnego” nie należy przekreślać tylko dlatego, że zostało ono wymyślone przez oficjalnych ideologów, a następnie uczynione instrumentem owej ideologii, z teoretycznego punktu widzenia obronić jego zastosowania do krajów obozu się nie da. Z tego ostatniego punktu widzenia Polska, ZSRR i inne społeczeństwa tej kategorii należałoby zakwalifikować jako socjalizm formalny raczej niż realny. Za socjalizm uznajemy je ze względu na to i tylko na to, że ich podstawę stanowiły stosunki własności publicznej, społecznej, ogólnonarodowej. Jest to, socjologicznie rzecz biorąc, jedynie pierwsze przybliżenie; w różnych krajach bloku w różnych okresach zaznaczały się silniej lub słabiej tendencje do prywatyzacji majątku oficjalnie noszącego nazwę państwowego. Do czasu była to para-prywatyzacja, niemanifestująca się jawnie na powierzchni życia społecznego. Użycie słowa „państwowy” w powyższym zdaniu skłania do wyjaśnienia jeszcze jednej kontrowersyjnej kwestii, mającej zastosowanie nie tylko zresztą do sporów o naturę socjalizmu. W szczególności bowiem jako alternatywę dla „socjalizmu realnego” proponowano w naukach społecznych określenie „socjalizm państwowy”, a o „majątku państwowym” mówi się powszechnie w niemal każdej dyskusji na temat owego ustroju. Otóż termin ten wyrasta z jurydycznej koncepcji własności, a przypomnijmy, że np. Max Weber zaliczył jurysprudencję do nauk formalnych, przeciwstawianych naukom empirycznym, badającym świat realny. I też istotnie, pojęcie państwa jako właściciela to przykład zastosowania jurydycznego pojęcia osoby prawnej. Z socjologicznego i filozoficznego punktu widzenia pojęcia takie odnoszą się do pewnych fikcji, utworzonych dla wygody prawa i przez to ostatnie wyposażanych w pewne właściwości realnych, konkretnych jednostek, jakie na gruncie tej doktryny nazywa się „osobami fizycznymi”; te ostatnie, a z nimi osoby prawne, są podmiotami w rozumieniu prawa, wyposażonymi w zdolność działania oraz stosowną do tego wolę, interesy itp. Zarówno Marks, jak i niemiecka szkoła historyczna Webera oraz szkoła austriacka poddawały krytyce fikcyjność owych tworów myślowych, przestrzegając przed niebezpieczeństwami, wynikającymi z ich przedostania się na obszar myśli naukowej. Nie oznacza to, rzecz jasna, totalnej negacji tego rodzaju kategorii; przeciwnie, okazują one swoją dużą przydatność w granicach prawa i tylko w granicach prawa. Dzięki istnieniu pojęcia korporacji czy spółki jako osoby, np. pracownik, który uległ wypadkowi z tzw. winy zakładu pracy, może procesować się z tym ostatnim o odszkodowanie, mimo że, dajmy na to, kierownictwo, które dopuściło do danego zaniedbania, nie pracuje już w firmie. Jednakże przenoszenie tego rodzaju pojęć na teren życia społecznego i stosowanie zgodnie ze wskazaniami prawa na równi z pojęciami odnoszącymi się np. do konkretnych jednostek ludzkich może, bez należytej kontroli myślowej, prowadzić do najbardziej fałszywych rezultatów. Identyfikacja państwa jako właściciela nie zamyka, lecz dopiero rozpoczyna proces badawczy z punktu widzenia socjologa; pod określeniem tym mogą bowiem kryć się, i historycznie faktycznie się ukrywały, najróżniejsze stosunki: od społeczeństw formacji azjatyckiej przez narody nowoczesnego Zachodu po Europę Wschodnią i Środkową – a dokładniejsze badanie każdego z tych przypadków odkryłoby zapewne jeszcze bardziej złożoną sieć stosunków własnościowych.

Wracając zatem do zasygnalizowanej wyżej potrzeby zdystansowania się wobec określenia „socjalizm realny”, mogącego wprowadzać w błąd co do natury rzeczywistości socjoekonomicznej rozpatrywanych społeczeństw, stwierdzić należy, że bardziej adekwatna definicja określa te ostatnie mianem socjalizmu formalnego. Określenie to nawiązuje do pojęcia „kapitalizmu formalnego” wprowadzonego w Kapitale. Marks rozumiał przez to ten etap rozwoju kapitalizmu, w którym nie wykształcił on jeszcze swoistej dla siebie bazy materialnej, funkcjonując w oparciu o siły wytwórcze przeniesione z poprzedniego systemu.

Zachodzi tu analogia z dziejami socjalizmu: można nawet postawić tezę, że na dalszą metę kluczowym źródłem dziejowej klęski formacji socjalistycznej było to, iż pozostała ona do końca socjalizmem formalnym, nie wykształciła swoistych dla socjalizmu środków produkcji. Rzecz nie tylko w wielokrotnie podkreślanej małej innowacyjności danych gospodarek, która ograniczała się w zasadzie do przemysłu zbrojeniowego i związanych z nim badań kosmicznych. Słabością tego rodzaju utyskiwań jest zwykle ograniczona perspektywa krytyków, którzy ubolewając np., że socjalizm nie dał nam Coca-Coli, przykładają doń kapitalistyczną miarkę, żądają, jednym słowem, aby socjalizm był kapitalizmem, tylko jeszcze lepszym. Z perspektywy autora tego tekstu ten błąd myślenia tunelowego jest skądinąd zrozumiały i – pomnożony przez n jego ofiar – także wyjaśnia w znacznym stopniu przebieg historii najnowszej nie tylko w tym kraju. Środki produkcji specyficznie socjalistyczne są konstruowane nie jak narzędzia i maszyny w ustroju opartym na własności prywatnej – tj. pod kątem zysku, wartości dodatkowej, jaką się da z nich wycisnąć, lecz pod kątem potrzeb i interesów bezpośrednich producentów, tych, którzy najbardziej bezpośrednio mają z nimi do czynienia i odczuwają wszelkie negatywne, jak i pozytywne skutki ich funkcjonowania. To wystarcza za wyjaśnienie, dlaczego pojęcie socjalizmu formalnego w powyżej naszkicowanym pojmowaniu można uważać za adekwatnie opisujące naturę społeczeństw nazywanych przekornie „realno-socjalistycznymi”.

Zanim będzie można dotrzeć do tego, co autor traktuje jako najbardziej odpowiedni przedmiot tego tekstu, należy zwrócić uwagę na jeszcze jedno skojarzenie, często, jeśli nie powszechnie, wiązane z marksizmem. Chodzi o znane pojęcie „ideologii marksistowskiej”. Jak już stwierdzono powyżej, dla samych Marksa i Engelsa termin ten byłby jakimś dziwolągiem; nie dość, że samo pojęcie marksizmu nie budziło w nich entuzjazmu1, to pojęcie ideologii rezerwowali oni dla pewnych typów filozoficznego idealizmu – jeśli zatem przez „marksizm” rozumieć materializm historyczny, do której to sprawy wracamy poniżej, to zbitka obu wyrazów stanowi oksymoron, z tym zastrzeżeniem, iż w pewnych swoich wydaniach, zwłaszcza stalinowskim, marksizm przybierał jak najbardziej postać idealizmu obiektywnego. Jednak jeżeli dane pojęcie rozumieć jako odnoszące się do systemu idei i poglądów, stanowiących motywację działania, to przeprowadzona przed chwilą analiza daje co najmniej częściową odpowiedź na pytanie o status tej kategorii w ramach socjalizmu realnego czy, jak tu wolimy go nazywać, formalnego. Otóż formalność owa w najgłębszym swoim wymiarze oznaczała, że ośrodki decyzyjne w danych krajach bynajmniej nie kierowały się w swoich działaniach wspomnianą ideologią. Błąd perspektywy, popełniany przy rozważaniu tego zagadnienia, bierze się m.in. z zapoznawania znanego w socjologii rozróżnienia pomiędzy wartościami odświętnymi a realizowanymi. Tak więc istotnie, bonzowie partyjni mieli zawsze pod ręką odpowiednia hasełka, zaczerpnięte z obowiązującej ideologicznej dostawy; obecność marksizmu w życiu społecznym z tego punktu widzenia była widoczna, a nawet natarczywa: akademie, pochody pierwszomajowe, obowiązkowe wykłady z filozofii marksistowskiej dla studentów itp. Jednak był to jedynie ornamentowy sztafaż, którego epifenomenalność wyszła na jaw przy mającej wkrótce nastąpić zmianie ustroju, którego nikt nie bronił.

Po tych wstępnych uwagach można już przejść do merytorycznego sedna.

Marksizm czy materializm historyczny i dialektyczny?

Pierwszym zagadnieniem, jakim wypada się zająć, jest sprawa, którą redaktorzy „Przeglądu Filozoficznego” przesądzili z góry, tj. sensowności samego pojęcia marksizmu. Jak wspominano, sam autor Kapitału nie zachwycał się, delikatnie mówiąc, tym określeniem, co można by ewentualnie zbyć, wskazując na kontekstowy, konkretno-historyczny charakter owych zastrzeżeń. Jednak istnieją poważniejsze racje, skłaniające do krytycznego przyjrzenia się naszemu terminowi. Zasadniczą cechę – i zarazem słabość – rozpatrywanego pojęcia stanowi jego odniesienie do konkretnego myśliciela. Rola autora Kapitału jako ojca-założyciela danego prądu myślowego nie ulega dyskusji, jednakże stwierdzenie to, historycznie rzecz biorąc, przyniosło bodaj więcej szkody niż pożytku. Formuła „marksizmu” stwarza bowiem określone niebezpieczeństwa. Po pierwsze, jeśli w zakres marksizmu wchodzi twórczość Karola Marksa, to pogląd taki prowadzi w rezultacie do stawiania na jednej płaszczyźnie bardzo niejednakowych teoretycznie i filozoficznie twierdzeń i kategorii. Chodzi tu nie tylko o to, że w niektórych listach i pismach ulotnych ich autor prezentował stanowisko, jakie autor Kapitału mógłby tylko potępić; osobowość teoretyczna i fizyczna nie muszą się bowiem pokrywać – jedna osoba może być twórcą dwóch i więcej, nawet istotnie się różniących, teorii. Tak właśnie sprawy się mają z autorem Rękopisów ekonomiczno-filozoficznych z 1844 roku, znanych m.in. z powodu tzw. teorii alienacji, jaka miała być w tym dziele sformułowana. W dziejach marksizmu i socjalizmu istniał – zrozumiały socjologicznie – okres po upadku stalinizmu, kiedy to prawem akcji i reakcji stalinowski dogmatyzm ponadludzkich „żelaznych praw historii” zamieniono na humanizm świeżo odkryty we wcześniej niepublikowanych pismach Marksowskich. Rzecz w tym, że mimo genialnych intuicji, jakie spotyka się w Rękopisach paryskich, są one wyrazem stanowiska idealizmu filozoficznego, jak to szerzej udowadniano gdzie indziej. Nieprzypadkowo już w Ideologii niemieckiej za sztandarową kategorię owej ideologii zostaje uznane właśnie pojęcie alienacji, a na późniejszym etapie twórczości Marks zarysował pozytywną interpretację danej kategorii, wyrażając jej ujęcie z perspektywy materializmu historycznego. Takie bowiem miano nosi naukowa teoria społeczeństwa i historii, jaką klasycy wypracowali nie od razu, ulegając początkowo wpływom młodoheglistów, samego Hegla, Feuerbacha i innych.

Jednocześnie mianem materializmu dialektycznego można oznaczyć ogólną teorię przyrody, zręby której położył Fryderyk Engels. Dysponując oddzielnymi terminami dla oznaczenia ogólnej teorii społeczeństwa oraz przyrody, zyskujemy możność oceny w ich świetle poglądów i twierdzeń samych autorów Ideologii niemieckiej, które przestają od tej pory być automatycznie częścią zbioru pt. „marksizm”. Aby zatem nie stwarzać wrażenia, jakoby „marksizm” to wyłącznie dorobek Karola Marksa, i potrafić oddzielić w owym dorobku materialistyczne ziarno od idealistycznych plew, najlepiej by było w sumie zrezygnować z owego terminu. Oczywiście niżej podpisany zdaje sobie sprawę z utopijności takiej propozycji; termin „marksizm” jest na to zbyt zakorzeniony w świadomości naukowej i pozanaukowej. Nie będzie to stwarzać problemów, jeśli pamiętać się będzie o ograniczeniach tej formuły i uwagę zwracać na ryzyka poznawcze, jakie ze sobą niesie. W końcu w psychologii także używa się raczej terminu „psychoanaliza” niż „freudyzm” albo „jungizm”. „Teoria ewolucji” jest bardziej informatywna od „darwinizmu”; nie słyszałem też, by jakiś fizyk próbował mówić o „einsteinizmie” zamiast o „teorii względności” itd.

Takie „odpersonalizowane” postawienie sprawy jest też bardziej zgodne z intencjami redakcji „Przeglądu Filozoficznego”, o tyle że wprost zmusza do uznania faktu, że marksizm nie skończył się, a jedynie zaczął wraz z Marksem, a późniejsze pokolenia badaczy dorzucały swoje cegiełki do tego budowanego międzynarodowymi siłami gmachu. Czy Polacy także wnieśli własny wartościowy wkład do rozwoju tego, jakkolwiek by go nazwać, nurtu? Co najmniej pośrednia odpowiedź na to pytanie będzie wynikała z poniższych rozważań, które są – to zastrzeżenie jest konieczne, choć skądinąd oczywiste – naznaczone piętnem subiektywizmu; nie da się wszak wyzbyć własnego, od lat wypracowywanego stanowiska teoretyczno-metodologicznego lub, mówiąc inaczej, ontologiczno-epistemologicznego. Max Weber mógł namawiać do uprawiania nauki „wolnej od wartości”, lecz miał rację jedynie w raczej patologicznych, co nie znaczy, że niewystępujących w rzeczywistości przypadkach świadomego wypaczania przebiegu procesu badawczego pod wpływem takiego lub innego wartościującego konceptu; generalnie jednak, formuła weberowska nie docenia złożoności kulminującej się w splocie wzajemnych oddziaływań sfery wartościująco-ocennej i działaniowo-behawioralnej.

Marksizm po Marksie

Chociaż zamierzenia inicjatorów tomu zmierzają, jak się zdaje, głównie w kierunku rodzimego marksizmu, ewentualnie z rozszerzeniem na Europę Wschodnią, to kilka słów poświęcić wypada dziejom nurtu wywodzącego się od Karola Marksa po jego śmierci. W ramach artykułu nie można porywać się z motyką na słońce, próbować jakiejś alternatywnej wizji wobec historii przedstawionej w Głównych nurtach marksizmu, polemika z którą to pracą mogłaby śmiało zająć resztę tekstu. Dlatego wspomnimy tu jedynie o momentach z punktu widzenia tej historii węzłowych.

Oceniając tę historię jako całość, kontynuatorom Marksa należy sporo zarzucić. Sam autor Kapitału był niewątpliwie umysłem genialnym2, ale pracował w określonych warunkach, często brał na siebie za dużo zadań, czego efektem było niekończenie wielu kluczowych projektów. Brak teorii, ba, definicji klas stał się czymś w rodzaju klątwy ciążącej na kolejnych pokoleniach marksistowskich badaczy, przynajmniej jeśli wnioskować na podstawie wypowiedzi wielu z nich. I jest to dobry przykład, ilustrujący szerszą regułę – od kontynuatorów Marksa prędzej można było doczekać się narzekań na brak w jego dorobku tego lub owego lub wręcz otwartej krytyki myśli Marksowskiej niż rzeczywiście twórczego rozwijania teorii materializmu historycznego wychodzącej z przesłanek sformułowanych przez autora Kapitału; ale właśnie takie wychodzenie poza przesłanki obecne w dziele Marksa wymaga poważnego wysiłku i samodzielnej pracy intelektualnej; znacznie łatwiejsze jest szermowanie kilkoma cytatami, powtarzanie, że Marks nie zbudował teorii klas ani teorii formacji społeczeństwa, teorii cen towarów itd., itp. Litanie tych gorzkich żalów, mających w efekcie zasłaniać i tłumaczyć własne nieróbstwo, zajmują znaczną część spuścizny badaczy postmarksowskich. Paradygmatycznym przykładem takiego traktowania jest Marksowska teoria wartości, wśród krytyków której jest zapewne więcej nominalnych marksistów niż nie-marksistów. Nieuprzedzonemu laikowi przyszłoby prawdopodobnie do głowy, że może warto najpierw spróbować rozwinięcia tej teorii w pewnych miejscach, gdyż jej odrzucanie stanowi, jak się okazało, klasyczny przypadek wylania dziecka razem z kąpielą. Ci, którzy nie popełnili tej omyłki, śmiali się w kułak podczas ostatniego globalnego kryzysu, jaki wstrząsnął podstawami systemu kapitalistycznego, gdyż rzekomo przestarzała, nienaukowa, „metafizyczna” i bóg wie jaka jeszcze teoria okazała się nieodzownym narzędziem interpretacji przyczyn i mechanizmów kryzysu.

Nie znaczy to, że takich prób w ogóle nie było, ale ilość ta była na tyle skromna, że nie wytworzyły one masy krytycznej pozwalającej na przejście w nową jakość. W każdym razie ta skromna ilość pozwala nam wymienić tu choćby najważniejsze przykłady takich pozytywnych dokonań. Są one związane przede wszystkim z badaniami historyków, w tym nad ważnym historycznie i kluczowym teoretycznie okresem przejścia z feudalizmu do kapitalizmu. Ogólnie rzecz biorąc, godne uwagi jest, w jak znacznym stopniu te współczesne prace potwierdziły stanowisko Marksa wyrażone najpełniej w Kapitale, w rozdziale o pierwotnej akumulacji kapitalistycznej. Jednak potwierdzając tam przedstawioną teorię w ogólnym zarysie, historycy wnieśli też pewne uzupełnienia bądź korekty do obrazu nakreślonego przez Marksa. Inny nowatorski wątek w marksizmie także wiąże się ze wzmiankowaną wyżej kategorią, choć tym razem za jej rozwinięcie, przejawiające się w zastosowaniu do obszarów życia społecznego, do jakich jej dotychczas nie odnoszono, odpowiedzialni byli ekonomiści i przedstawiciele innych nauk społecznych. Ten nurt okazał się bardzo płodny szczególnie w odniesieniu do badania globalizacji, gdzie pozwolił zademonstrować swoiście materialistyczno-historyczne podejście, wychodzące poza powtarzane bez końca przez innych autorów frazesy i komunały na temat owego procesu czy raczej splotu procesów3.

Przykładem o znaczeniu historycznym są fundamentalne prace brytyjskiego badacza Erica Hobsbawma, który zdołał sobie nimi zaskarbić powszechne właściwie uznanie w obrębie społeczności naukowej, niezależnie od orientacji ideologicznej i sympatii politycznych, co nie jest, niestety, częstym zjawiskiem.

Ogólnie za przekleństwo ciążące nad dziejami marksizmu należy uznać – powiem rzecz niepopularną w tomie zrodzonym z inicjatywy filozofów – słabość nurtu naukowo-badawczego z przewagą nurtu filozoficzno-spekulacyjnego. Oczywiście autor tych słów nie separuje metafizycznie nauki i filozofii; wszak wiadomo, że do pomyślenia są różne modele tej relacji; chodzi tu o krytykę idealizmu marksistowskiego, jaki w pewnych okresach nawet przeważał.

Po zejściu z areny dwóch klasyków wydawało się, że tron po nich zajął Karl Kautsky. Jego myślenie odznaczało się jednak zasadniczymi wadami, a pozycja Kautskiego w ruchu marksistowskim sprzyjała upowszechnieniu tych wad. Tak np. Kautsky nie pojmował dialektyki, a w teorii klas promował z gruntu błędne stanowisko, sprowadzające relacje klasowe do stosunków antagonistycznych, który to pogląd będzie miał później reperkusje także pozanaukowe.

Generalnie mówiąc, idealizm przedostawał się do marksizmu dwiema drogami, związanymi, odpowiednio, z idealizmem obiektywnym oraz z idealizmem subiektywnym. Wiąże się to z obecnością w marksizmie dwóch dość wyraźnie zaznaczających się nurtów: „miękkiego” i „twardego”, czego nie należy rozumieć, jakoby ten pierwszy był pozbawiony związków z idealizmem typu obiektywnego.

Dobry przykład takiego połączenia stanowi twórczość filozoficzna György Lukacsa. Ogólnie biorąc, należy go zaliczyć do kierunku humanistycznego, antropologicznego, jednak realizacja tych zasad wikłać go mogła w idealistyczno-obiektywne rozwiązania, czego koronnej egzemplifikacji dostarcza jego najważniejsze dzieło, Historia i świadomość klasowa, interpretująca kapitalizm wedle schematu bliskiego młodomarksowskiej koncepcji alienacji. Tę ostatnią zastępuje u węgierskiego filozofa zasada reifikacji, którą uznaje on za fundamentalną dla systemu kapitalistycznego. Jest to esencjalizm w czystej postaci; świat rządzony jest przez jedną idealną zasadę, której status nie odbiega od idei (form) platońskich; jedna zasada przenika wszelkie przejawy życia społecznego w systemie kapitalistycznym. Nie ma tu żadnego badania realnych społeczeństw burżuazyjnych, jest jedynie garść refleksji i obserwacji dobranych tak, aby zgadzały się z a priori ustanowioną ideą.

Nasz wykład nie ma koniecznie charakteru ściśle chronologicznego, kieruje nim raczej merytoryczna logika wywodu. Przejdziemy dlatego do drugiego bieguna, wspominając wprzódy o nadzwyczaj płodnym okresie, jakim zarówno dla praktyki politycznej, jak i myśli teoretycznej była rewolucja rosyjska. Powstało wtedy wiele znaczących prac, w tym filozofów przyrody i materialistów historycznych (taki właśnie był tytuł podręcznika napisanego przez Mikołaja Bucharina). Polemika Lenina, który wytykał Bucharinowi w niesłychanie dowcipny sposób przede wszystkim niezrozumienie dialektyki, zachowuje po dziś dzień doniosłość metodologiczną. Ogólnie biorąc, polemiki Lenina wypadały lepiej, kiedy ich autor posługiwał się w boju skalpelem, a nie młotkiem, choć trzeba pamiętać o historycznie kontekstowym politycznym ciśnieniu, niemogącym nie wywierać wpływu na treść owych tekstów. Dla nauki największą wartość ma chyba socjologiczna praca o rozwoju kapitalizmu w Rosji, oparta na rozległym materiale empirycznym poddawanym interpretacji teoretycznej.

Pazur teoretyczny w zastosowaniu do empirycznych faktów demonstruje Lenin także w pracy o imperializmie. Wreszcie, do historii myśli marksistowskiej weszła triumfalnie jego definicja klasy społecznej. Autorytet Iljicza jako wodza rewolucji został przeniesiony na jego dorobek intelektualny, który tym samym przestał w środowisku marksistów wschodnioeuropejskich podlegać dyskusji. Oczywiście mowa tu już o erze zastoju, jeśli nie regresu stalinowskiego i poststalinowskiego. Rzecz jasna w nauce, w tym marksistowskiej, nie może być żadnych innych autorytetów poza autorytetem prawdy. Wszelkie próby ograniczenia wolności wypowiedzi, a nie brakowało ich – od zakazu publikacji określonych prac zarówno Marksa, jak i innych, w tym rodzimych autorów, po sztuczne duszenie polemiki, dyskryminację myślicieli nieortodoksyjnych i poszczególne interwencje cenzorskie, a także wiele innych. Ale akurat kwestia owej definicji, choćby z uwagi na jej niesłabnącą popularność, jest doniosła; definicja, mimo że sformułowana – to już urok rewolucyjnych czasów – w ramach wiecowego przemówienia, nakłaniającego robotników do, by użyć późniejszej nomenklatury, czynów społecznych, odznacza się określonymi zaletami: uznaje istnienia klas poza produkcją, chociaż w ramach gospodarki, oraz traktuje jako czynnik klasogenny własność siły roboczej. Jednocześnie jednak Lenin powtarza wspomniany wyżej błąd Kautskiego, uznając stosunek wyzysku, czyli przyswajania produktu dodatkowego, za konieczną cechę stosunków klasowych. Otóż można mówić, że Marks nie zbudował koherentnej teorii klas, jednak z tego nie wynika, aby w jego dziele nie można było znaleźć wyraźnych wskazówek odnośnie do tego, jak autor chciał klasy pojmować. Otóż wbrew nader częstemu poglądowi, przypisującemu autorowi Kapitału dwubiegunową koncepcję klas (interpretacji takiej dokonuje się zazwyczaj na podstawie oderwanych cytatów z Manifestu komunistycznego), w rzeczywistości jego pogląd na strukturę klasową był z pewnością bogatszy; wystarczy wspomnieć prace historyczne, jak Walki klasowe we Francji czy 18 Brumaire’a Ludwika Bonaparte, gdzie zarysowana zostaje znacznie szersza panorama klasowa. Bo też w rzeczy samej, nieuleczalny defekt definicji klas jako grup antagonistycznych, pozostających ze sobą w stosunku wyzyskiwacza i wyzyskiwanego, jak np. przez dłuższy czas głosił najgłośniejszy współczesny badacz stosunków klasowych, Erik Olin Wright4, jest kontrfaktyczny; we wszystkich znanych historycznie społeczeństwach klasowych (których dzieje, przypomnijmy, stanowią znikomy ułamek historii ludzkości) oprócz klas podstawowych, złączonych wymienioną relacją, występują inne klasy społeczne, niemieszczące się w tym schemacie, przede wszystkim prywatni posiadacze środków gospodarowania niezatrudniający cudzej siły roboczej. Prawdą jest, że ich produkt może podlegać wtórnemu zawłaszczaniu, jednak jest to stosunek o zasadniczo innym charakterze niż ten definiujący klasy na poziomie podstawowym.

Jednak patrząc z perspektywy czasu, już wkrótce będzie można się przekonać, że rozwój marksizmu został obciążony skazami znacznie cięższego kalibru. Te intelektualne wydarzenia są fragmentem realnej historii, w której występuje wyraźna różnica między, nazwijmy tak w skrócie, epoką leninowską a erą Stalina. Nie tylko intelektualnie epoki te dzieliła przepaść; jej miarą może być autentyczne i wcale nie niezwykłe w tym czasie wydarzenie, kiedy to na jednym ze zjazdów partii bolszewickiej, po wystąpieniu Włodzimierza Lenina na trybunę wszedł tzw. zwykły robotnik i wypalił bez ogródek, że on rozumie, że towarzysz Lenin może być zmęczony, ale… i był to wstęp do ostrej krytyki ze strony przedstawiciela tzw. opozycji robotniczej. Stenogramy tych zjazdów to istna kopalnia wiedzy o tym okresie kipiącej aż demokracji, a także o zadziwiająco wysokim poziomie teoretycznym zjazdowych debat. Naturalnie w czasach Stalina takie zjawisko byłoby nie do pomyślenia, a nawyki wyuczone w okresie stalinowskim nie dały się wykorzenić z życia partyjnego i w okresie poststalinowskim.

Stalin i potomkowie Stalina

Klasyczny przykład poglądu reprezentującego idealizm obiektywny w teorii procesu dziejowego stanowi system stworzony przez Hegla. Duch, rozum występuje tu nie tylko jako siła niezależna od ludzi, ich myślenia, motywów działania itd.: „niezmierzony ogrom aktów woli, interesów i działań ludzkich – to jedynie narzędzia i środki ducha świata”, ducha, który jest rzeczywistym podmiotem dziejów, głównym sprawcą ruchu historycznego. Mimo że wprawdzie niewielu chyba dzisiejszych socjologów, ekonomistów i historyków podpisałoby się pod poglądem, że świat zawisły jest od nadprzyrodzonego ducha, to jednak pewne odpowiedniki heglizmu, rozumianego jako określony styl myślenia, określona struktura teoretyczna, są bardzo żywe we współczesnej, w tym uchodzącej za marksistowską, myśli o społeczeństwie. Aby dostrzec możliwości przenikania idealistycznej koncepcji ducha na teren teorii z założenia empirycznych, wystarczy zwrócić uwagę na fakt, że dla samego Hegla duch ten objawia się w społeczeństwie i historii pod postacią praw. Prawa rozwoju dziejów to nic innego jak prawa działania ducha. Istnieją one niezależnie od ludzi, ich świadomości i woli, jako idealne, rozumowe zależności rządzące rzeczywistością historyczną. Widać więc, że koncepcja Hegla może mieć całkowicie świecki, niewyznaniowy sens; w myśleniu o społeczeństwie z rozumowaniem analogicznym do niej spotykamy się – jak wspomniano – wszędzie tam, gdzie mówi się (lub częściej milcząco zakłada się taką tezę) o występowaniu w dziejach praw, idei ujmowanych na obraz i podobieństwo ponadludzkich podmiotów, determinujących działania ludzi, wyznaczających kierunek rozwoju historycznego. Rzeczywistość historyczna dzieli się w takich koncepcjach na działających ludzi, ich motywy, zamiary itd. oraz prawa jako odrębny element historii. Obecność w danej koncepcji tak pojmowanych praw historii zdradza często sam jej język; charakterystycznymi pojęciami są tu „nieubłagane wyroki (koła) historii”, „(żelazne) konieczności dziejowe”, „historyczne przeznaczenie” itd.

Z pozycji socjologii wiedzy nietrudno pojąć, dlaczego nowy sekretarz generalny partii rządzącej Kraju Rad najchętniej zapewne otwarcie przedstawiałby się jako jeden z „wielkich ludzi”, którym w systemie Hegla przypada rola wcielania ducha dziejów na danym etapie jego samorozwoju; bo też omawiana poniżej koncepcja stanowiła idealne narzędzie uzasadniania i sankcjonowania bieżących decyzji podejmowanych przez Józefa Stalina: od polityki ekonomicznej po posunięcia w dziedzinie politycznej i innych sferach życia. No cóż, Stalin nie był ani pierwszym, ani ostatnim w historii dyktatorem, poszukującym intelektualnej racjonalizacji swych bieżących posunięć, a „twórczo zaadaptowana” koncepcja heglowska służyła temu celowi doskonale.

Taki quasi-heglowski charakter ma zatem m.in. koncepcja czterech praw dialektyki J. Stalina: prawa współzależności wszystkich zjawisk, prawa ciągłej zmienności świata, prawa rozwoju polegającego na przechodzeniu ilości w jakość oraz odbywającego się w drodze walki przeciwieństw. Prawa te tak się mają do rzeczywistości jak prawa dialektyki Hegla (których substancją jest duch). Historia jawi się na gruncie koncepcji Stalina jako wynik działania owych praw. Wszystkie zjawiska rzeczywistości są wyjaśniane jako element, konsekwencja rządzących nimi praw. „Wszystko ulega zmianie”, jak głosi drugie prawo dialektyki, dlatego socjalizm zastąpi kapitalizm, „podobnie jak ustrój feudalny został w swoim czasie zastąpiony przez ustrój kapitalistyczny”. Ponieważ „prawem rozwoju jest przejście powolnych zmian ilościowych w szybkie i nagłe zmiany jakościowe”, to „przejście od kapitalizmu do socjalizmu i wyzwolenie klasy robotniczej spod jarzma kapitalistycznego może być urzeczywistnione nie drogą powolnych zmian, nie drogą reform, lecz jedynie drogą jakościowej zmiany ustroju kapitalistycznego, drogą rewolucji” (Stalin 1949, s. 541). W „wyjaśnieniach” Stalina występują wprawdzie terminy teorii struktur społecznych, nie ma jednak rzeczywistego badania tych struktur. Co więcej, jest tu ono właściwie zbędne, skoro prawidłowości rozwoju owych struktur, mechanizmy przechodzenia jednych w drugie itd. są już zawarte w czterech prawach „diamatu”5, dla ich poznania wystarczy „rozciągnięcie zasad materializmu dialektycznego na życie społeczne”. Mimo więc, iż Stalin traktuje swoje stanowisko jako „przeciwieństwo idealizmu”, który uważa, że świat jest wcieleniem „idei absolutnej”, „ducha świata”, „świadomości”, w rzeczywistości jest ono niczym więcej niż zawoalowanym idealizmem, podwajającym świat, wyróżniającym w nim obok ludzi, ich stosunków i działań także zawiadujące nimi, traktowane jako samoistne byty – prawa.

Do owych praw rozwoju należą także, nazwane tak przez Stalina, „pierwsza i druga cecha szczególna produkcji”. Pierwsza cecha szczególna produkcji polega na tym, że nie stoi ona nigdy przez dłuższy czas na jednym miejscu, lecz zawsze znajduje się

w stanie przeobrażenia i rozwoju, przy czym przeobrażenia w sposobie produkcji wywołują nieuchronnie zmianę całego ustroju społecznego, idei społecznych, poglądów politycznych, instytucji politycznych, wywołują przebudowę całego układu społecznego i politycznego (Stalin 1949, s. 542).

Druga cecha szczególna produkcji polega na tym, że

zmiany w produkcji i jej rozwój zaczynają się zawsze od zmian i rozwoju sił wytwórczych, a przede wszystkim – od zmian i rozwoju narzędzi produkcji. Siły wytwórcze są przeto najbardziej ruchliwym i rewolucyjnym czynnikiem produkcji. Najpierw zmieniają się i rozwijają siły wytwórcze społeczeństwa, potem zaś, w zależności od tych zmian i odpowiednio do nich – zmieniają się stosunki produkcji między ludźmi, stosunki ekonomiczne ludzi (…); wcześniej czy później stosunki produkcji muszą zostać – i rzeczywiście zostają – dostosowane do poziomu rozwoju sił wytwórczych, do charakteru sił wytwórczych. W przeciwnym razie mielibyśmy do czynienia z zasadniczym naruszeniem jedności sił wytwórczych i stosunków produkcji w systemie produkcji.

Nie mówimy tu już o okresie stalinowskim jako takim, kiedy to wierność wobec owoców myślenia „wielkiego językoznawcy” była traktowana jako coś bezdyskusyjnego, przynajmniej w oficjalnym życiu naukowym i akademickim. Co ciekawsze jednak, ani zgon Stalina, ani słynne przemówienie Chruszczowa, które złamało kręgosłup utrzymującemu się przez lata systemowi, ani następująca później „odwilż” i destalinizacja nie położyły kresu popularności, jaką w kręgach marksistowskich do dzisiaj, można rzec bez przesady, cieszy się wspomniana wyżej teoria Stalina.

Rozwinięciem idei cech szczególnych produkcji stała się szeroko znana koncepcja słynnego polskiego ekonomisty6 Oskara Langego „trzech podstawowych praw socjologii”. Koncepcja ta, bez zmian lub z niewielkimi modyfikacjami, została przyjęta przez większość działających w XX w. polskich marksistów, urastając do rangi podręcznikowego kanonu.

Zmiana w historii dokonuje się, zgodnie z koncepcją Langego, w następujący sposób: działanie prawa postępującego rozwoju sił wytwórczych7 podważa zgodność stosunków produkcji z charakterem sił wytwórczych. Ponieważ jednak obowiązuje prawo „koniecznej zgodności stosunków produkcji z siłami wytwórczymi”, ludzie muszą podjąć niezbędne działania w celu przywrócenia tej zgodności. Tym samym jednak zmieniają stosunki produkcji, co wprowadza dysharmonię w stosunkach między bazą a nadbudową społeczeństwa. Znowu więc musi zadziałać prawo, na mocy którego dokona się usunięcie owej sprzeczności. Wypada dodać, że wzmianki o ludziach stanowią pewną niekonsekwencję wobec koncepcji Langego: w oryginalnym sformułowaniu mówi się w niej wyłącznie o samych „prawach”, w całkowitej abstrakcji od „czynnika ludzkiego” (Lange 1978, s. 44). „Ta hipoteza nie była mi potrzebna” – mógłby powtórzyć autor odpowiedź, którą francuski uczony Laplace dał Napoleonowi, gdy ten pytał go, dlaczego w swojej Mechanice nieba ani razu nie wspomniał o stwórcy świata. Jeśli wprowadziliśmy do koncepcji Langego w gruncie rzeczy zewnętrznego w stosunku do niej człowieka, to dla uwypuklenia zasadniczo biernej roli, jaką przypisuje się człowiekowi w tym schemacie. Jest tu on jedynie – jak u Hegla – realizatorem pewnych nadrzędnych imperatywów, nieubłaganych nakazów sformułowanych w prawach koniecznej zgodności.

Jak pisze Lange, są one „prawami konserwacji formacji społecznych” (Lange 1978, s. 40). Źródła wszelkich zmian są tu sprowadzone do jednego czynnika: owego nieubłaganego rozwoju sił wytwórczych. On właśnie powoduje zachwianie wewnętrznej równowagi formacji, przywracanej następnie w wyniku działania dwóch następnych „praw dostosowujących” stosunki produkcji do sił wytwórczych oraz nadbudowę do bazy. Skąd jednak ten dynamiczny charakter sił wytwórczych?

W tłumaczeniu tego faktu Lange wprowadza elementy idealizmu, tym razem o charakterze subiektywnym. Mianowicie „powszechną prawidłowością zachowywania się ludzi jako biopsychicznych organizmów” jest, że wykazują oni skłonności do rutyny, powielania określonego rodzaju zachowań. Dlatego też „stosunki i cała świadomość społeczna odznaczają się konserwatyzmem, swoistą inercją, polegającą na tym, że zmiany następują tylko wskutek zewnętrznych bodźców”. Bodźców tych dostarcza wyjęta spod działania podwyższonej „powszechnej prawidłowości” sfera stosunków człowieka z przyrodą. O ile w stosunkach z innymi ludźmi człowiek jest konserwatystą, o tyle wobec przyrody występuje on jako rewolucjonista, niespokojny duch, nieustannie zmieniający siły wytwórcze. Człowiek ze swej natury zmierza do podtrzymywania stosunków społecznych; inny charakter ma ta strona natury ludzkiej, która wyraża się w stosunku do przyrody. Włodzimierz Wesołowski, tłumacząc fakt, że „wobec przyrody człowiek jest bardziej giętki niż wobec zwyczajów, norm i ustalonych stosunków międzyludzkich”, odwołuje się do takiej właściwości wiecznej natury ludzkiej, jaką jest „stan niedosytu” – jedyna, według tego autora, „nieodłączna cecha człowieka” (Wesołowski 1964, s. 34–35)8.

Lange podejmuje próbę wyjaśnienia owej aktywności wykazywanej przez człowieka w kontaktach z przyrodą. Mianowicie konieczność ciągłego rewolucjonizowania sił wytwórczych uznaje on za „wynik powstawania coraz to nowych bodźców, które – zmieniając sztuczne środowisko materialne, tworzone przez człowieka w społecznym procesie produkcji – zmieniają też sposób wzajemnego oddziaływania człowieka i przyrody” (Lange 1978, s. 43). Jednakże wcześniej owo „sztuczne środowisko materialne” zostało przez niego określone jako „bodziec powodujący zmianę postępowania w dalszym procesie społecznej produkcji” (Lange 1978, s. 41–42). Tym samym konieczność ciągłych zmian sił wytwórczych ma wynikać z powstawania „coraz to nowych bodźców”, które zmieniają bodźce tworzone przez człowieka, jako że to on przecież „wytwarza sobie nowe środowisko materialne” (Lange 1978, s. 41–42).

Zatoczyliśmy zatem pełne błędne koło, ukazujące, że wyjaśnienie rozwoju sił wytwórczych jest na gruncie koncepcji Langego niemożliwe bez przypisania im z góry tendencji do takiego rozwoju. Procesowi społecznemu nadaje się w niej w sposób ukryty i aprioryczny teleologiczną strukturę. Czy jesteśmy tu daleko od finalizmu heglowskiego?

Wątki zarówno idealizmu obiektywnego, jak i subiektywnego występują także w wychodzącej pozornie z odmiennych założeń niż koncepcja Langego, popularnej wśród części marksistów tzw. adaptacyjnej teorii materializmu historycznego. O jej intelektualnym zapleczu będzie jeszcze mowa poniżej, więc na tym miejscu ograniczamy się do własności powiązanych z zagadnieniem rozważanym wyżej.

Również zatem i na gruncie tej koncepcji utrzymuje się, że rozwój sił wytwórczych ma decydujące znaczenie dla procesów rozwoju społecznego, stanowi dla nich niejako „czynnik główny”, ale mechanizm tego procesu rozwoju społecznego przybiera jednak nieco inną niż u Langego postać zewnętrzną. Określa się go wprawdzie podobnie jak w koncepcji Langego, jako mechanizm „adaptacji stosunków produkcji do stanu sił wytwórczych” (odpowiednio adaptacji nadbudowy polityczno-prawnej do bazy ekonomicznej). Jednakże sposób jego działania polega na tym, że spośród różnych systemów produkcji zwycięża zawsze ten, który zapewnia właścicielom środków produkcji największy produkt dodatkowy. Innymi słowy, przejście od jednego do drugiego sposobu produkcji dokonuje się tu wskutek istnienia „prawa historii” (maksymalizacji produktu dodatkowego); nic tu do rzeczy nie mają ludzie, ich potrzeby, stosunki i konflikty – „prawo” realizuje się poza i ponad walką klas. Gdy natomiast reprezentanci omawianego sposobu pojmowania materializmu historycznego podejmują próbę „głębszego” wyjaśnienia przyczyn rozwoju sił wytwórczych, schodzą wówczas nieuchronnie na pozycje subiektywnego idealizmu (por. Kasznia 1978, s. 79). Jeden z przedstawicieli „adaptacyjnej interpretacji materializmu historycznego” daje psychologistyczny portret realizatora owych zmian, właściciela, który „chce zwiększenia produktu dodatkowego”, „wybiera taki system organizacji pracy produkcyjnej, o którym sądzi, że zapewni wzrost produktu dodatkowego”, „dochodzi do wniosku, iż się pomylił” itd. (Nowak 1973).

„Adaptacyjna” wykładnia materializmu historycznego nie była jednak na gruncie dwudziestowiecznej polskiej myśli marksistowskiej jedyną alternatywą wobec koncepcji Langego. Być może częściowo pod wpływem uzasadnionej krytyki tej ostatniej teorii, wskazującej na zastąpienie centralnej kategorii dialektyki, kategorii sprzeczności, sprzyjającym myśleniu mechanistycznemu pojęciem „koniecznej zgodności”, inni autorzy podjęli próbę „udialektycznienia prawa postępującego rozwoju sił wytwórczych”. Na przykład wielu marksistów ujmuje rozwój sił wytwórczych jako rezultat konfliktu między potrzebami ludzkimi a możliwościami ich zaspokojenia. Jeden z przedstawicieli tego stanowiska w następujący sposób uzasadnia pogląd, według którego „siły wytwórcze są bezwzględnie dynamicznym elementem życia społecznego, który dzięki temu stanowi fundamentalne (ostateczne czy pierwotne) źródło dynamizmu wszystkich pozostałych elementów życia społecznego, całości życia społecznego”:

proces ludzkiej pracy wytwarzający środki zaspokajania ludzkich potrzeb rodzi potrzeby nowe, a tym samym potrzebę nowych środków działania i nowych sposobów działania, pociągając za sobą z bezwzględną koniecznością rozwój narzędzi pracy ludzkiej i rozwój ludzkich dyspozycji wytwórczych. Z drugiej strony rozwój narzędzi pracy w sposób konieczny pociąga za sobą przemiany w stosunkach wytwarzania (Cackowski 1977, s. 324).

Dyskusyjna jest już wyjściowa przesłanka tej koncepcji, zakładająca istnienie stałego wzrostu potrzeb ludzkich. Zamiast wydumanej koncepcji dialektyki i dialektyczności, zwolennicy powyższego ujęcia lepiej by zrobili, poświęcając czas na przestudiowanie faktów rzeczywistej historii ludzkości.

Na przykład w społeczeństwach przedburżuazyjnych o żadnej uniwersalnej tendencji tego rodzaju wzrostu nie może być mowy; potrzeby były reglamentowane tradycją, a sama ich zmiana wielce utrudniona. Nawet jednak przyjęcie prawomocności tej podstawowej przesłanki nie ratuje omawianej koncepcji. Wszak sama sprzeczność między potrzebami a możliwościami ich zaspokojenia nie wystarcza bynajmniej do tego, aby stworzyć nowe środki pracy (które to pojęcie jest szersze od pojęcia narzędzi pracy). Sprzeczność ta była w praktyce bardzo różnie rozwiązywana. Można wskazać na takie przykłady z dziejów społeczeństw ludzkich, w których niemożność zaspokojenia potrzeb za pomocą aktualnie danych środków produkcji nie prowadziła do rozwijania sił wytwórczych, lecz do ograniczania i redukowania samych potrzeb, aż do zamarcia egzystencji. Zjawisko to występuje zwłaszcza w przypadkach dużej zależności gospodarki od stanu i zmian przyrody, tj. przede wszystkim w kulturach opartych na rolnictwie. Ponadto procesu powstawania i rozwiązywania sprzeczności między potrzebami a produkcją nie można analizować niezależnie od struktury klasowej danego sposobu produkcji. „Zapotrzebowanie społeczne, tzn. to, co stanowi o zasadzie popytu – pisał Marks – uwarunkowane jest w głównej mierze przez wzajemny stosunek poszczególnych klas i przez ich sytuację ekonomiczną, określoność tych potrzeb jest nad wyraz elastyczna i chwiejna” (Marks 1957, s. 193, 201). Każdy system ekonomiczny zaspokaja potrzeby ludzkie, kształtuje je i tłumi zgodnie z charakterystyczną dla siebie strukturą własnościowo-klasową. Gospodarka kapitalistyczna reaguje wzrostem produkcji na takie tylko potrzeby, które zapewniają zysk. Pewne potrzeby mas, niepoparte dostateczną siłą nabywczą, nigdy nie doprowadzą do stworzenia środków produkcji mających służyć ich zaspokojeniu. Mogą natomiast mieć tego rodzaju efekt potrzeby grup najsilniejszych ekonomicznie. Na produkcję wpływają nie potrzeby – pojęcia antropologiczne, lecz efektywny popyt – kategoria ekonomiczno-socjologiczna.

Niezależnie od takich lub innych różnic w wyjaśnianiu naczelnego „prawa rozwoju” jego zwolenników łączy to, że uznają je za rzeczywiste prawo rozwoju społeczeństw ludzkich. Tymczasem analiza historii tych społeczeństw wykazuje dowodnie, że żadne prawo ciągłego rozwoju sił wytwórczych w niej nie obowiązuje. Wszyscy zwolennicy tego prawa uważają się za marksistów. Dlaczego więc nie dostrzegają tych wypowiedzi Marksa w Kapitale, w których podkreśla on, że „rewolucyjność technicznej bazy” społeczeństwa kapitalistycznego stanowi raczej osobliwość niż regułę historyczną, że różni je ona radykalnie od „bazy wszystkich poprzednich sposobów produkcji, która była z istoty swej konserwatywna” (Marks, Engels 1968, s. 579). „Pierwszym warunkiem istnienia wszystkich dawniejszych klas przemysłowych – formułuje dobitnie tę myśl Marks – było zachowanie bez zmian starego sposobu produkcji. Ustawiczne przewroty w produkcji, bezustanne wstrząsy ogarniające całość życia społecznego, wieczna niepewność i wieczny ruch odróżniają epokę burżuazyjną od wszystkich poprzednich”. Oczywiście krytyka pod adresem zwolenników „prawa ciągłego rozwoju sił wytwórczych” dotycząca braku znajomości podstawowego dzieła marksizmu nie wyczerpuje zagadnienia. Znacznie poważniejszy charakter ma zarzut wskazujący na ich nieznajomość historii. W ten sposób powracamy do już sygnalizowanego wątku: krytyki idealistycznych koncepcji praw rozwoju dziejowego; dla sformułowania tych koncepcji historia jest w zasadzie niepotrzebna, nie nakłaniają one do analizy konkretnej rzeczywistości historycznej, lecz przeciwnie, odwodzą od jej badania. Konfrontacja z faktami realnego rozwoju ekonomiczno-społecznego musiałaby wszak prowadzić do ich odrzucenia – jako będących sprzecznymi z tymi faktami.

W pracach autorów stosujących koncepcję „trzech praw materializmu historycznego” rzadko występuje jakiekolwiek odniesienie do rzeczywistego procesu historycznego, a jeśli tak, to jedynie dla celów oderwanych, pojedynczych ilustracji, nigdy zaś w zamiarze rzetelnego studiowania owego procesu w całym bogactwie i skomplikowaniu. Koncepcja ta może bowiem pełnić wygodną funkcję zwalniania od obowiązku rzetelnej analizy społeczeństwa: po co je badać, skoro i tak wiadomo, że rozwija się zgodnie ze „świętą trójcą” podstawowych praw?

Jakkolwiek oczywiście rozwoju marksizmu tak w Europie Wschodniej, jak i Zachodniej nie da się zredukować do roli jedynie dalszego ciągu bądź dopisków do stalinizmu, to jednak wpływy tego ostatniego, zdogmatyzowanego sposobu myślenia okazały się bardziej trwałe, niż wielu sądziło. Interesująca kwestia, w jakiej mierze trwanie to odzwierciedlało pewne realne tendencje w życiu społecznym, wykracza poza ramy tego artykułu, choć tu można zasygnalizować, że w pierwszym z tych rejonów okres nominalnie poststalinowski naznaczony był silnym piętnem wszechstronnej zależności (pomijając najbardziej złowrogie przejawy terroru państwowego) od mechanizmów rządzących życiem tych narodów w poprzednim okresie dziejowym. O ile zaś o społeczeństwach włoskim czy francuskim jako całości tego orzec się żadną miarą nie da, to partie lewicowe, w tym komunistyczne, których znaczenie dla rozwoju myśli marksistowskiej w tych krajach było oczywiste, z trudem wyzwalały się z okowów stalinowskiego dogmatyzmu.

Jeśli mowa o marksizmie zachodnim, to na wyróżnienie zasługuje z pewnością niemała liczba badaczy i myślicieli, lecz my znowu, poprzednim zwyczajem, ograniczymy się do punktów najbardziej krytycznych z punktu widzenia tematu artykułu, co nieuniknienie musi prowadzić do pewnej pobieżności i niesprawiedliwości, z jaką będzie się traktować (lub pomijać) takich lub innych teoretyków.

Upadek stalinizmu nieprzypadkowo – w kategoriach socjologii wiedzy – dał początek popularności czy raczej odrodzeniu się mody na humanistyczne, par excellence antropologiczne podejście do marksizmu, w czym celowali m.in. różni autorzy francuscy. Intelektualną podstawą tych przedsięwzięć stało się odkrycie dla opinii publicznej wczesnych tekstów Karola Marksa, w tym szczególnie wzmiankowanych powyżej Rękopisów ekonomiczno-filozoficznych z 1844 r. Teoria alienacji i kategorie jej pokrewne okazały się dobrym środkiem do rozładowania napięć gromadzonych przez lata stalinowskiej ciemni, odreagowania ich w sposób, który przy tym na zewnątrz przynajmniej wydawał się konweniować z myślą Marksowską, tyle że myślą nową, świeżą, traktowaną przez wielu niemalże jak objawienie. Istniały – jak częściowo sygnalizowano powyżej – bardziej prozaiczne i nie tak wzniosłe powody tak szerokiego zainteresowania ideami antropologii filozoficznej. Takie ustawienie ośrodka zainteresowań sytuowało autora wygodnie w łańcuchu tradycji myśli filozoficznej, pozwalając na wykorzystanie nabytej wiedzy. Poirytowani czytelnicy mogą na to odpowiedzieć, że przecież nie każdy ma predylekcję do ekonomii, do zagłębiania się w tajniki mechanizmów życia ekonomicznego. Niby prawda, ale nieuwzględniająca podstawowego faktu uwarunkowania kierunku zainteresowań badawczych nie tyle przez nieuchwytny wrodzony „talent” czy tym podobne czynniki, lecz warunki społeczne, stwarzające zapotrzebowanie lub co najmniej skłaniające do wyboru takich a nie innych opcji; są to sprawy dobrze znane socjologii nauki. Nie przesądza się tym samym, rzecz jasna, że motyw wskazany powyżej działał w odniesieniu do każdego przedstawiciela nurtu antropologicznego w marksizmie, jednak jako ogólną prawidłowość jestem skłonny twierdzenie to podtrzymywać.

Dodamy, że równe, jeśli nie większe zainteresowanie rzeczony nurt wzbudził w niektórych krajach Europy Wschodniej, w tym szczególnie w Polsce, gdzie jego znaczącymi eksponentami byli m.in. Adam Schaff, Tadeusz Marek Jaroszewski i inni. Jak wskazano wyżej, podłoże owego zainteresowania wydaje się naturalne, a etyczne pobudki wielu autorów piszących w tym nurcie – niepodważalne. Oceny moralne nie przekładają się jednak na naukowe; reprezentanci marksistowskiego antropologizmu, niezależnie od swych bardziej lub mniej szczytnych intencji, przyczynili się do zarażenia kierunku, jaki chcieli uprawiać, silnymi wątkami idealistycznymi. Na przykład bazując na koncepcji alienacji Leszek Kołakowski zreinterpretował marksizm w całości jako w gruncie rzeczy świecką teologię. W tej charakterystyce bez trudu odnajduje się cechy heglowskiej koncepcji samoalienacji ducha jako motoru dziejów. W identyczny sposób Kołakowski ujmował obecną u Marksa wizję komunizmu – jako konieczny wynik działania prawa heglowskiej triady, zwieńczonej syntezą, którą miałby być, w tej interpretacji, komunizm wedle Marksa. Trafiamy tu na kolejną kwestię, potwierdzającą owocność dokonanego wcześniej rozróżnienia między marksizmem rozumianym jako całokształt wypowiedzi Marksa a materializmem historycznym jako ogólną teorią społeczeństwa, której zręby ten myśliciel położył. Wedle pierwszego sposobu rozumowania należałoby stoczyć walkę na cytaty – praktykę aż nazbyt dobrze znaną z dorobku wielu autorów minionego i nie tylko minionego okresu, co często jest zadaniem jałowym, gdyż może okazać się, że obie strony sporu mają na poparcie swoich argumentów równie mocne potwierdzenie w słowach wypowiedzianych przez Marksa. Tyle tylko, że zaciera się wówczas przy okazji różnicę między młodym a starym Marksem, tzn. myślicielem zdradzającym silne przejawy uzależnienia od myśli idealistycznej a dojrzałym twórcą własnej teorii społeczeństwa w postaci przełomowego pod wieloma względami materializmu historycznego, czyli – mówiąc w kategoriach teoretycznych, filozoficznych – pomiędzy idealizmem a materializmem. Jeśli natomiast wyjdzie się z perspektywy, jaką otwiera struktura teoretyczna materializmu historycznego, pojawia się całkowita sprzeczność z podstawowymi założeniami teleologicznego schematu, o jakim była mowa wyżej. W dialektycznej koncepcji życia społecznego rozwijanej przez autora Kapitału jedynym prawomocnym odnośnikiem pojęcia praw rozwoju historycznego są sprzeczności – oczywiście nie te postulowane z góry czy narzucane materiałowi empirycznemu, lecz odkrywane w samym tym materiale, co notabene nie daje się sprowadzić do modelu prostej indukcji już choćby dlatego, że teoretyczna kategoria sprzeczności zostaje przyjęta jako przesłanka i narzędzie badania (por. szerzej Tittenbrun 2012).

Jak sygnalizowano, ten i podobne wątki metodologiczno-badawcze w twórczości Marksa nie doczekały się wyraźnie zauważalnej kontynuacji w dziele jego następców. Proszę wybaczyć motyw poniekąd osobisty, ale – na co także zwrócił uwagę anonimowy autor recenzji wydawniczej mojej książki – musiałem z niejakim skonsternowaniem po wydaniu Gospodarki w społeczeństwie skonstatować, że co najmniej w kilku miejscach okazałem się eksplorować tereny dziewicze, nietknięte lub ledwie muśnięte tak przez samego twórcę materializmu historycznego, jak i jego późniejszych kontynuatorów. Podejście reprezentujące swoistą ontologię i epistemologię społeczną zostało ochrzczone mianem strukturalizmu socjoekonomicznego, aby z góry wykluczyć jałowe spory o zgodność przedstawianych przez autora rozwiązań z jakkolwiek pojmowanym marksizmem. Zarówno w tej pracy (Tittenbrun 2012), jak i wszystkich licznych moich książkach wydawanych zagranicą, dług zaciągnięty wobec Marksa czyni się dla czytelników oczywistym. Zarazem jednak nie ukrywa się, że wspomniane stanowisko teoretyczne zawdzięcza też wiele innym klasykom, takim jak Max Weber, Georg Simmel, Emil Durkheim czy Talcott Parsons. W każdym razie do obiektywnych faktów należą – jako się rzekło, nieistniejące dotąd w ogóle lub niewystępujące w tym wymiarze – szczegółowe prezentacje teorii poszczególnych formacji społeczeństwa oraz odpowiadających im struktur klasowo-stanowych, jak i analizy konkretnego ważkiego fragmentu rzeczywistej historii: rewolucji przemysłowej – w kategoriach sprzeczności, ilustrujące zatem płodność tej kategorii jako narzędzia badań. Powyższa enumeracja odpowiada w znacznej mierze na pytanie, jakie obszary w marksizmie niżej podpisany uważa bądź uważał za niedostatecznie rozwinięte, nie rezygnuje przy tym z niestety niezbędnego zadania sprzątania stajni Augiasza, tzn. krytyki innych stanowisk (por. m.in. Tittenbrun 2011, 2013a, 2015a, w druku). Za bardziej praktyczne podejście niż zwyczajowe wylewanie krokodylich łez nad rzeczonymi lukami i brakami w Marksowskiej spuściźnie, niewypełnionymi przez pokolenia jego następców, uznał on podjęcie próby załatania tych dziur samemu. Ponieważ bliższa mi jest kultura angielska niż amerykańska, usiłowania owe zostały zrealizowane bez akompaniamentu autoreklamy i marketingu, z których to umiejętności znani są niektórzy autorzy także rodzimego chowu.

Jak wynika z powyższego, należało oczekiwać, iż w ramach wypełniania białych plam w marksizmie, tu pojętym jako zbiór wypowiedzi Karola Marksa, znaczna część usiłowań jego następców skieruje się na teorię klas, której znaczenie (przynajmniej dla samych zainteresowanych) jest oczywiste dla każdego, kto liznął choć odrobinę marksizmu. Wysiłki te przyniosły jednak mieszane rezultaty, m.in. ujawniając zasadnicze słabości teorii i metodologii przyjmowanych przez badaczy identyfikujących się z marksizmem. Za podsumowanie mogłaby wystarczyć już ta jedyna konstatacja, że przez te wszystkie lata w marksizmie zachodnim pojawił się zaledwie jeden autor nastawiony na badania empiryczne. Chodzi tu o amerykańskiego socjologa Erika Olina Wrighta, a wynikiem tej luki jest opanowanie socjologii empirycznej przez alternatywny, mało wartościowy schemat klas autorstwa Johna Goldthorpe’a i jego współpracowników. Schemat ten nie ma niewiele wspólnego z myślą Marksa, więcej już – Webera, chociaż sam Goldthorpe odżegnuje się od takiego zaszeregowania9.

Ujmując rzecz w dużym skrócie, wadą poważnej części rozważań marksistów zachodnich nad definicją i teoriami klasy społecznej jest formalizm. Ten ostatni nie wziął się oczywiście znikąd; „idee nie spadają z nieba”, jak trafnie zauważył włoski marksista, Giorgio Labriola. Można, jak sądzę, wskazać dwa główne źródła owego stylu myślenia panującego wśród niemałej grupy marksistów. Od pogrzebu Stalina mogły już upłynąć lata, lecz idee nie dają się tak łatwo składać do grobu. Wśród innych swoich cech, pisarstwo Józefa Stalina miało i tę, będącą dziedzictwem specyficznego wykształcenia autora, który młodzieńcze lata spędził w seminarium, wynosząc stamtąd łatwo rozpoznawalny w jego pismach styl pytań i odpowiedzi: Dlaczego zachodzi zjawisko X? – Bo jest ono wyrazem takiej a takiej ogólnej prawidłowości – brzmiała najczęstsza odpowiedź. Na ile wyjaśniała ona sprawę, to już odrębna kwestia. W każdym razie wedle tego katechizmowego schematu, który ani nie zdradza przesadnego ogromu pracy intelektualnej autora, a tym bardziej nie wymaga takiego wysiłku od czytelnika bądź słuchacza, Stalin konstruował swoje prace, których pozycja była ongiś niepodważalna. Złe nawyki nie ustępują tak łatwo i stalinowski dogmatyczny sposób myślenia przeżył o lata swego nosiciela, znajdując – naturalnie niekoniecznie w tej dosłownie postaci – naśladowców wśród wielu marksistów, skądinąd szczerze uważających się za antystalinistów i takoż przez otoczenie identyfikowanych. Jednakże potępienie Gułagu i innych praktyk okresu stalinowskiego nie musi bynajmniej wykluczać przejmowania znamion sposobu rozumowania Wielkiego Inżyniera10.

Drugie źródło wspomnianego formalizmu uobecniło się w nieco późniejszym okresie, w innej przestrzeni kulturowej. Jednym z najbardziej znaczących kierunków myślowych w powojennej Europie był niewątpliwie strukturalizm, w naukach społecznych, najbardziej nas tu z oczywistych powodów interesujących, reprezentowany przede wszystkim przez antropologa i filozofa społecznego Claude’a Lévi-Straussa. Najwybitniejszym marksistowskim strukturalistą był niewątpliwie Louis Althusser, postać ważna nie tylko dla swoich własnych dokonań, choć tych nie należy bagatelizować, lecz – co widać z perspektywy czasu – może przede wszystkim ze względu na wpływ, jaki wywarł na liczne grono badaczy11. Niezależnie od zasług, jakie Althusser i jego uczniowie położyli na polu popularyzacji marksizmu, przemożną wadę ich myślenia stanowił dotkliwy formalizm, adialektyczność. Właśnie owa cecha przede wszystkim uległa, by użyć terminu antropologicznego, dyfuzji, rozprzestrzeniając się zresztą nie tylko wśród samych marksistów z nazwy, bowiem oddziaływanie kręgu Althussera było szersze. W dziedzinie teorii klas działał uczeń Althussera, Nicos Poulantzas12. Jego podejście do przedmiotu podziela pewne formalistyczne własności z szerszym gronem autorów, wśród których wymienić można m.in. socjologa i ekonomistę Guglielmo Carchediego, ekonomistę Charlesa Bettelheima i innych.

Jak powiedziano, wpływy szkoły Althussera, a zatem strukturalizmu były szerokie, wykraczając nawet poza Francję. Bardzo wyraźne oznaki tego samego typu formalizmu można odnaleźć w myśli np. E. Castellsa, a nawet E. Wallersteina, nie mówiąc już o E.O. Wrighcie.

Formalizm ten przypomina w wielkim stopniu poczynania Lévi-Straussa, nazywane przezeń metodą strukturalną, przez co termin ten nabrał niewątpliwie złej sławy. Tak jak „papież strukturalizmu” konstruował mniej lub bardziej arbitralne atomy konceptualne, z jakich potem tworzył szerszą analizę czy to związków pokrewieństwa, czy mitów, czy innych fenomenów, tak też marksistowscy badacze klas strukturalistycznej proweniencji wyodrębniali swoje „atomy definicyjne”, z których usiłowali zbudować mniej lub bardziej spójne definicje klas13. Merytorycznie rzecz biorąc, kardynalnym defektem owych koncepcji było niedocenianie, albo też – co na jedno wychodzi – nieumiejętność teoretycznego poradzenia sobie z kategorią własności. Wielu spośród tych autorów zdawało sobie mniej lub bardziej jasno sprawę ze związku łączącego teorię klas w marksistowskim rozumieniu z koncepcją własności, lecz na tym zgoda się kończyła. Teorie własności formułowane w pracach, o jakich mowa, odznaczały się niemal bez wyjątków przedmiotowym ubóstwem, teoretycznym formalizmem, w szczególności wyrażającym zależność myślenia autorów od doktryn prawniczych; ekonomiczne pojęcia własności odznaczały się nieusuwalnymi wadami, m.in. myląc treść kategorii własności z jej przesłankami oraz następstwami14.

Przechodząc teraz do oceny sytuacji we współczesnym marksizmie polskim, autorowi tych słów można oczywiście zarzucić tendencyjność, subiektywizm itp., lecz wedle jego uczciwej oceny, opierającej się na znajomości odpowiedniej literatury, stwierdzić można, iż oryginalny wkład do marksizmu pojmowanego jako materialistyczno-historyczna teoria społeczeństwa, a więc tym samym do socjologii i nauk społecznych w ogólności, wniosła szkoła poznańska badań nad własnością, skupiona wokół Stanisława Kozyr-Kowalskiego. Do grupy tej należeli przede wszystkim Jacek Tittenbrun, Zbigniew Klupś, Jerzy Heymann, Michał Chmara i inni, których związek z intelektualnym trzonem środowiska był luźniejszy bądź własny wkład badawczy do dorobku szkoły był wyraźnie mniejszy w stosunku do wymienionych. W opisywanym przypadku można śmiało mówić o szkole nawet nie tyle ze względu na obecność uczniów, chociaż i ona rzeczywiście miała miejsce, lecz z uwagi na przeważająco zbiorowy tryb pracy zogniskowany wokół wspólnych seminariów, na których w ogniu długich nierzadko dyskusji wykluwały się później artykułowane w druku stanowiska teoretyczne.

Jak wspomniano, za największe osiągnięcie tej grupy badaczy należy uznać wypracowanie istotnie nowego spojrzenia na własność, kluczową kategorię materializmu historycznego, a przede wszystkim kluczową strukturę życia społecznego, bez znajomości której trudno wyobrazić sobie rzetelne badanie jakiegokolwiek zjawiska w obrębie społeczeństwa. Jakkolwiek przełomowo nowy, sposób pojmowania własności przyjęty przez dane środowisko stanowił zarazem odnowienie i przypomnienie tradycji myślowej obejmującej Hegla, Simmla, Marksa, ale także np. A. Berlego i G. Meansa, którzy swe miejsce w historii myśli zawdzięczają istotnie przełomowemu pod wieloma względami traktatowi The Modern Corporation and Private Property, wydanemu po raz pierwszy latach 30. ubiegłego stulecia. Z wielu powodów ośrodek powyższy znajdował się poza tzw. głównym nurtem, oznaczającym aktualnie aprobowane przez władze wersje marksizmu, za czym szły różnorakie profity i beneficja. Tych ostatnich nie było dane zakosztować grupie, którą opatrywano mianem „rewizjonistów”, co z punktu widzenia czysto intelektualnego było zapewne per saldo korzystne, pozwalało bowiem na większą swobodę, niż by to było możliwe w sytuacji przyjęcia na siebie takich lub innych zobowiązań łączących się z wymogami partyjno-państwowymi.

Nazwę „szkoły poznańskiej” z dodatkiem „metodologiczna” stosuje się zwykle w stosunku do innej, konkurencyjnej grupy badaczy i twórców z tego samego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i tego samego Wydziału Nauk Społecznych, obejmującego także filozofię, której adeptami byli w większości przedstawiciele owej grupy. Chodzi tu o szkołę wyposażoną w ramy niemal quasi-instytucjonalne, które nadał jej, zamieniając ją w nader wydajną fabrykę doktoratów, tekstów naukowych, publikacji itp., Leszek Nowak, chociaż wielką rolę intelektualną w ukształtowaniu założeń metodologicznych owego zgrupowania odegrał Jerzy Kmita. Wyżej wspomniano o ocenianiu jakości marksistowskiej produkcji podług stopnia jej formalizacji w postaci aparatu matematycznego czy logicznego; albowiem podstawowy problem stanowią pojęcia, jakie mają być oblekane w ową z założenia nowoczesną szatę, a dokładniej mówiąc, ich przedmiotowość; jeśli pojęcie jest puste albo mętne, to ubranie go w jakąkolwiek szatę nic mu nie pomoże, pozostanie żałosnym epatowaniem formą przysłaniającą nieistniejącą lub ledwo dającą się odcyfrować treść. Nie znaczy to naturalnie, że samo przez się zastosowanie aparatu logiki formalnej czy matematyki należy z miejsca traktować jako podstawę zarzutu o formalizm. Istota rzeczy kryje się w relacji pomiędzy ową bardziej lub mniej skomplikowaną formą a treścią. I to jest właśnie casus tego odgałęzienia marksistowskiego ośrodka poznańskiego, odważymy się suponować.

Owa nowoczesność środków wyrazu bardziej zapewne niż sama substancja proponowanych rozwiązań okazała się niezwykle atrakcyjna dla ówczesnych decydentów życia naukowego. Oto władze mogły się pochwalić przed towarzyszami z zagranicy posiadaniem oryginalnego myśliciela marksistowskiego, artykułującego przy tym wyniki swoich deliberacji w zmodernizowanym języku mało przypominającym skostniały język diamatu i hismatu. Taka była przynajmniej opinia wspomnianego głównego nurtu, łaskami którego Leszek Nowak i jego grupa przez dłuższy czas się cieszyli. Poparcie to ustało dopiero z chwilą przejścia Nowaka na nowe pozycje polityczne, co łączyło się wprawdzie z rozwinięciem pewnych względnie nowych koncepcji, jednak metodologicznie rzecz biorąc mieściło się w ramach tego samego paradygmatu, co uprawiany do tej pory.

W tym pierwszym, „marksowsko-marksistowskim” okresie rozwoju grupy, jej filar metodologiczny stanowiła początkowo koncepcja idealizacji spopularyzowana w wersji Leszka Nowaka, choć, jak zaznaczano, osoby będące bliżej tego środowiska potrafiłyby zapewne powiedzieć dokładniej, jaka konkretnie była rola Jerzego Kmity w powstaniu owej teorii. W wersji zaprezentowanej przez Nowaka czytelnik miał odnieść wrażenie, iż dana teoria zrodziła się z bezpośredniej inspiracji marksowskiej. W istocie rzeczy chodziło głównie o jeden cytat, który nie bez pewnej tolerancji wprawdzie dawał się tak interpretować, ale w ujęciu Nowaka wyinterpretowana czy wypreparowana z owej wypowiedzi koncepcja idealizacji została zgeneralizowana, urosła do rozmiarów uniwersalnego narzędzia, stosowalnego w każdej dziedzinie, jako rodzaj panaceum. Samo pojęcie idealizacji nie było, prawdę rzekłszy, niczym nowym; Max Weber pisał o „typach idealnych”, a inni badacze wyodrębniali podobne kategorie, takie jak „czyste typy” itp. Formalizm podejścia do tej kategorii ze strony Leszka Nowaka przejawił się nie tyle oczywiście w zapisie treści wyeksplikowanej koncepcji w sposób formalny. Świadczyły o nim raczej pozostałe kroki wykonywane w stosunku do rozpatrywanego konceptu. Z materialistycznego punktu widzenia – a sam Nowak, nawet na etapie, kiedy, jak uważał, porzucił już stanowisko Marksa, nadal używał w stosunku do własnej teorii określenia „materializm” – droga obrana przezeń była wyjątkowo mało płodna; stanowiła w gruncie rzeczy ćwiczenie intelektualne, którego wykonanie można by zlecić komuś znajdującemu się na znacznie niższym szczeblu akademickiej drabiny niż profesor filozofii. Miast tego upajano się perspektywami roztaczającymi się przed grupą po „odkryciu”, że metoda idealizacji obowiązuje w zasadzie wszędzie, co istotnie może i było atrakcyjne z punktu widzenia potrzeb awansu akademickiego i przyznać trzeba, że pod tym względem metodologiczna szkoła poznańska funkcjonowała jak dobrze naoliwiony mechanizm, regularnie wypuszczając na świat nowe doktoraty i habilitacje. Jednak trudno nie zauważyć, że takie podejście do kryteriów sukcesu w nauce grzeszy wielokroć wzmiankowanym tu formalizmem; abstrahując od aspektu zawodowych karier danych osób, z punktu widzenia ich wkładu do nauki tym, co się liczy, nie są ich stopnie i tytuły, lecz przedmiotowe treści zawarte w tych i innych pracach: czy pozwalają one na odkrycie jakichś nieznanych dotąd aspektów życia zbiorowego, czy rzucają nowe światło na znane skądinąd zjawiska?

Uprzedzając wywód, odpowiedź niżej podpisanego na te pytania jest negatywna. I znowu, podobnie jak we wcześniejszych przypadkach, dyskusja nie może nie być ograniczona i podobnie jak w owych innych sytuacjach, istnieją teksty autora, poszerzające artykułowany tu krytyczny punkt widzenia (Tittenbrun 1982, 1986).

By zatem powrócić do klejnotu koronnego omawianej szkoły, jaki w jej wczesnym zwłaszcza stadium stanowiła koncepcja idealizacji, zacząć wypada od przypomnienia, iż do jej zalet na pewno nie należała oryginalność czy tym bardziej rewolucyjność myślowa; wystarczy wskazać bliźniacze pojęcie typu idealnego Maxa Webera, a szerszy przegląd pozwoliłby poszerzyć tę listę o różne „czyste typy” i tym podobne kategorie proponowane przez innych autorów. Oczywiście stwierdzenie to samo przez się nie pogrąża bynajmniej rzeczonej teorii; o absolutną oryginalność czy nowatorstwo w nauce, w tym w naukach społecznych, niełatwo, więc nie taki powinien być podstawowy zarzut kierowany pod jej adresem. Poważniejszy jednak charakter ma oskarżenie o pasywność intelektualną. Po wypreparowaniu, jak głoszono, z tekstu Marksa, pewnego konceptu, dalsza praca nad nim ograniczała się do klonowania go w celu uzyskiwania zwierciadlanych odbić w różnych przedmiotowych dziedzinach, które odpowiadały mniej więcej zainteresowaniom rosnącego zbioru badaczy gromadzących się wokół Leszka Nowaka. Nie podjęto natomiast żadnej ambitniejszej próby przemyślenia tej kategorii, niekoniecznie w duchu obiegowego pojmowania typów idealnych, czystych itp. Jak wspominano, materializm, za jakim Nowak się zawsze opowiadał, dawał takie możliwości; z tej perspektywy pojęcia oznaczane cytowanymi wyżej nazwami nie opisują, wbrew dominującej interpretacji, istniejących stanów rzeczy. Już bardziej właściwe byłoby ich określenie jako oczyszczonych od zależności i relacji przesłaniających zasadniczą strukturę, której poznaniu służy owo pojęcie. Nie jest to też sprawa jedynie eksperymentów myślowych; warunki skrajne, graniczne, jak wiadomo, uzyskuje się w określonych środowiskach, np. w kosmosie, gdzie można wytwarzać pewne pierwiastki czy związki ze względu na możność utworzenia układu izolowanego, jakiego na Ziemi nie da się stworzyć. Listę takich przykładów można by ciągnąć dalej, ale jest to zbyteczne, chodzi o pewien kierunek rozumowania, niestety zupełnie nieobecny w omawianej grupie marksistów. Nie, wbrew pompie, jaka otaczała w swoim czasie Leszka Nowaka i jego metodę idealizacji, nie uważam, iżby szkoła ta mogła uznać tę metodę za swoje szczególne osiągnięcie; prawdę mówiąc, jak pokazał powyższy komentarz, przechwałki z nią związane mogą być nieco ryzykowne z uwagi na to, że bliższa analiza pozwala ujawnić raczej ogólne słabości danego środowiska intelektualnego: unikanie trudnych problemów naukowych i zastępowanie nieprzyjemnego zadania konfrontacji z nimi poprzez ucieczkę w rozwiązania formalne, co ma w sobie coś z myślenia magicznego, tak jakby sam język był zdolny rozwiązywać problemy, a przynajmniej sugerować, że się je rozwiązało. O ile to pierwsze nie mogło się powieść, drugi cel istotnie był osiągany, a dani autorzy nie są skądinąd jedynym przykładem ilustrującym możliwość takiego oddziaływania na opinię publiczną koncepcji, których sukcesy i powodzenie mają więcej wspólnego z szatą zewnętrzną, w jaką je obleczono, niż z substancjalną treścią i poznawczą wartością. Dobry przegląd takich „znakomitości” na polu nauk społecznych daje Stanisław Andreski w swej dowcipnej książce Nauki społeczne jako czary. Nie we wszystkich sądach autor ten, chłoszczący niemiłosiernie każdego, u kogo dopatrzył się tego, co uznaje za żargon, jest, uważam, sprawiedliwy, a ponadto od jego czasów tendencja ta rozpleniła się niesłychanie, czego głośną egzemplifikacją jest moda na wszelkiego rodzaju „kapitały”: mamy kapitał społeczny, kulturowy, ale także naturalny, językowy, prawny, erotyczny i bóg wie jakie jeszcze. I w tym wypadku mogę odesłać czytelników do swojej monografii, w której dokonałem krytycznego przeglądu całej panoramy owych „kapitałowych” pojęć (Tittenbrun 2013b), cieszących się również, nie trzeba przypominać, popularnością w kręgach marksistowskich; dość powiedzieć, że uważany przez wielu za marksistę Pierre Bourdieu był z pewnością najbardziej produktywnym fabrykantem całej plejady „kapitałów”, daleko wyprzedzając na tym polu noblistę Gary’ego Beckera, któremu też skądinąd umiejętności w tej dziedzinie nie można odmówić.

Metoda idealizacji nie była naturalnie jedynym dokonaniem metodologicznej szkoły poznańskiej. Wyżej wspomniano już o powstałej w tym kręgu tzw. adaptacyjnej interpretacji materializmu historycznego, która, jak wykazywano, obciążona była poważnymi wadami niezgodnymi z ową materialistyczną etykietą. Jednak również przymiotnik „historyczny” w skojarzeniu z kształtem, jaki przybrała owa adaptacyjna koncepcja, nie wydaje się być na miejscu. Jak dowodziłem w artykule pod znamiennym tytułem Materializm historyczny czy biologiczny?, do wcześniej wyliczonych grzechów doszedł nieukrywany biologizm, mający w tle dyskusyjną co najmniej, łagodnie mówiąc, wykładnię nauk biologicznych, co jednak nie będzie nas tu zajmować. Po szczegóły tej krytyki można odesłać czytelnika/czytelniczkę do stosownej pracy (Tittenbrun 1981), a zaoszczędzone tą drogą miejsce możemy poświęcić innym składnikom konstrukcji teoretyczno-metodologicznej wzniesionej przez omawiany krąg badaczy. Analiza ta pogłębia wrażenie, iż za zasadniczą cechę, chciałoby się rzec, wręcz cechę rozpoznawczą owej szkoły można uznać formalizm. Szersze uzasadnienie znajduje się w powoływanych wyżej publikacjach, więc na tym miejscu zajmiemy się wątkami w tamtych pracach wprost nieporuszanymi.

Otóż kolejny element wspomnianej struktury myślowej stanowiła tzw. dialektyka kategorialna, zakładająca ze swej strony esencjalistyczną ontologię.

Zdaniem autora, niektóre pojęcia znalazły się w tym wykazie w sposób jawnie nieuprawniony – dotyczy to przede wszystkim terminu „dialektyka”, z jakim omawiana koncepcja, jak i zresztą cały dorobek poznańskiej szkoły metodologicznej, nie ma wiele wspólnego (w najlepszym razie da się tu mówić o efekcie krzywych zwierciadeł, w których zniekształconym obrazie na upartego można doszukać się jakichś szczegółów trudno rozpoznawalnego lub zgoła nierozpoznawalnego oryginału). Sami zwolennicy omawianej orientacji zaczęli posługiwać się pojęciem marksizmu analitycznego jako zapewne z założenia podnoszącym prestiż ich poczynań. Nie ma tu miejsca na dogłębne eksplorowanie tematu, więc tylko ogólnie powiemy, że, po pierwsze, przyjmowana przez ten kierunek logika racjonalnego wyboru, m.in. jako pociągająca za sobą indywidualizm metodologiczny, jest nie do pogodzenia z materializmem historycznym; po drugie, bardziej szczegółowa analiza Wrighta jednej z dość wpływowych odmian tej orientacji, manifestującej uderzający formalizm, znajduje się w odpowiedniej pracy (Tittenbrun 2011, 2014b).

Aby nie stwarzać podejrzenia o tendencyjną interpretację, posłużę się oryginalnym cytatem jednego z przedstawicieli tego ośrodka myśli marksistowskiej.

Esencjalistyczna ontologia przyjmowana w ramach kategorialnej interpretacji dialektyki zakładała, że na badane zjawisko wpływa szereg czynników, które w różny sposób nań oddziałują. Tworzą one strukturę esencjalną danego zjawiska, składającą się co najmniej z dwóch poziomów. Na jej poziomie głębokim występują jedynie czynniki główne, na poziomie powierzchniowym – czynniki główne wraz ze wszystkimi czynnikami ubocznymi. W analogiczny sposób można odtworzyć strukturę nomologiczną badanego zjawiska, czyli zależności zachodzące między czynnikami a determinowanymi przez nie zjawiskami (Brzechczyn 2005, s. 389–390).

Jak wynika nie tylko z przytoczonego tekstu, mamy tu po prostu do czynienia ze starą teorią czynników, której istnienie, i dodajmy, raczej nieuleczalne wady, zostały zidentyfikowane dość dawno temu. Ale w końcu przecież wiadomo, że natłok literatury jest tak olbrzymi, że nie ma takiego mądrego, który by to wszystko zdążył przeczytać, a na dodatek jeszcze zrozumiał. Nie miejmy zatem zbytnich pretensji, pamiętając też o różnorakim rodowodzie członków PSM, że użyję tego samooznaczenia jako świadectwa mej dobrej woli, braku chęci do obierania łatwej drogi łapania za słówka. Niestety jednak, trudno będzie tezę powyższą podważyć; w konkretnych aplikacjach wspomniana teoria przybiera postać szeregu „czynników”, takich jak czynnik ekonomiczny, polityczny i inne, wyróżnianych raczej dowolnie, bo żadnych wyraźnych kryteriów w tej mierze nie sposób się doszukać; badacze z kręgu PSM mogliby pewno odrzec na to, że wszak – przynajmniej gdy chodzi o najistotniejsze dla badacza czynniki główne, są one, jak wiadomo, ukryte przed okiem niepowołanych i jedynie zapewne filozof, w dodatku wyszkolony na tekstach poznańskiej szkoły metodologicznej, ma szansę, by się do owej głębinowej struktury dostać, odsłaniając prawdziwe sprężyny procesów obserwowalnych na powierzchni życia społecznego. Ponownie, tak jak to bywało już co najmniej kilkakrotnie, potwierdza się zasadność rozróżnienia zobiektywizowanej struktury teoretycznej pod nazwą materializmu historycznego i „marksizmu”, do jakiego to godła roszczą sobie prawo autorzy reprezentujący najrozmaitsze kierunki myślowe i tendencje teoretyczne czy orientacje filozoficzne, w dodatku często mogąc istotnie powołać się na tę lub inną wypowiedź samego Karola Marksa. Także zatem i w tym kontekście nie należy wątpić, że nie tak wiele wysiłku wymagałoby odnalezienie w pismach autora Grundrisse cytatu zewnętrznie odpowiadającego powyżej naszkicowanej „esencjalnej” wykładni. Jednak twierdzi się tutaj, że jakkolwiek by interpretować takie pojedyncze cytaty, oderwane od całości struktury teoretyczno-metodologicznej, jaką stanowi materializm historyczny, ten ostatni jest, nomen omen, głęboko niezgodny ze wzmiankowanym podejściem. Esencjalizm, im bardziej uczciwy, tym mocniej pachnie idealizmem. O ile ten ostatni był historycznie nierzadki pośród marksistów, a i w twórczości samego Marksa niemało jest idealistycznych ześlizgów, o tyle, jak informuje sama nazwa, jest jaskrawo sprzeczny z kształtem, jaki myśl Karola Marksa przybrała na dojrzałym etapie jego ewolucji intelektualnej, czyli z materializmem historycznym.

Nawet abstrahując od powyższej kwestii, teoria czynników, także w wersji PSM, nie jest w stanie się obronić; jest to koncepcja niezwykle uboga przedmiotowo i upraszczająca rzeczywistość do granic, gdzie kończy się już myślenie naukowe, a zaczyna potoczne, zdroworozsądkowe. Zastępowanie pojęcia struktury ekonomicznej, rozumianej jako jedna z podstruktur społeczeństwa jako całości, a zarazem będącej złożoną strukturą, zawierającą w sobie wiele podlegających analizie strukturalnych komponentów, pojęciem „czynnika ekonomicznego” woła wprost o pomstę do nieba. Za pomocą tak ubogiej kategorii nie da się powiedzieć nic interesującego o rozważanej rzeczywistości, pozostają komunały, półprawdy lub niedopuszczalne symplifikacje i to tego rodzaju, że zaczyna się nabierać wrażenia, że autorom brakło najwyraźniej samowiedzy teoretycznej – zamiast metody idealizacji jako swój filar epistemologiczno-metodologiczny powinni oni przyjąć otwarcie metodę symplifikacji z jej produktem finalnym w postaci „typów prostych” – mających wszelako istotnie pewną zasadniczą cechę wspólną z idealizacją w ich pojmowaniu: mianowicie owe twory myślowe stanowią też myślowe fikcje, dla których nie sposób wskazać konkretnego przedmiotowego odnośnika w rzeczywistości społecznej. To samo dotyczy innych „czynników”. Państwo to nie jakiś tam „czynnik polityczny”. Badacze PSM nie mówią, dlaczego tyle i takich właśnie a nie innych „czynników” należało wyodrębnić, która to dowolność jest oczywiście niesłychanie wygodna dla każdego posługującego się tą aparaturą. Pozostawia drogę otwartą do dowodzenia niemal każdej tezy, jaka się spodoba, granicę stwarza tu jedynie wyobraźnia badacza.

Polemikę tę także można by ciągnąć długo, lecz przecież nie powinno się stwarzać wrażenia, jakoby Poznań stanowił jedyny znaczący ośrodek myśli marksistowskiej, bo byłoby to bardzo dalekie od prawdy. Dlatego nie przedłużając powyższej polemiki, przejdziemy do innych tematów, choć początkowo jeszcze związanych z rozważanym poprzednio15, jako że filozof, o jakim będzie mowa, Wacław Mejbaum, był przez znaczny czas, choć luźniej, związany z PSM. Ogólnie jednak biorąc, reprezentował on, nadając inne znaczenie terminowi pochodzącemu z tytułu słynnej książki równie sławnego, a wzmiankowanego już wyżej antropologa francuskiego, „myśl nieoswojoną”. Pod tym względem, choć nie z punktu widzenia szczegółowej orientacji teoretycznej, gdzieś niedaleko sytuuje się Jan Kurowicki, osobowość iście renesansowa, imająca się poezji i wielu innych dziedzin, mająca znaczące dokonania m.in. na polu estetyki. W następnym pokoleniu badaczy tą dziedziną zajmuje się m.in. Ryszard Różanowski, którego teksty przeczytać można m.in. w czasopiśmie filozoficznym „Nowa Krytyka”, wydawanym na Uniwersytecie w Szczecinie przez tam działającego Jerzego Kochana. Autor ten ma szersze zainteresowania i taki także charakter posiada wspomniane czasopismo, w którym można znaleźć teksty różnej natury, ale nawiązujące bądź do marksizmu, bądź do innych postępowych prądów myślowych, takich jak feminizm (który zresztą posiada, jak wiadomo, swoją silną odnogę marksistowską). Redaktor naczelny wczesne szlify naukowe pobierał w ramach zasługującej na miano szkoły grupy skoncentrowanej wokół Jarosława Ładosza na Uniwersytecie Wrocławskim. Ośrodek ten dzięki wymienionemu myślicielowi okazał się nader efektywną fabryką produkującą zdolnych marksistów, obecnie rozsianych w różnych punktach akademickich i nieakademickich struktur w kraju. Sam Ładosz bardzo dobrze czuł się w materializmie historycznym – w tę stronę popychał go często nacisk chwili bieżącej, bo niedawna polska historia była, jak wiadomo, dość burzliwa. Opublikował m.in. bardzo klarowny wykład marksistowskiego stanowiska w kluczowej kwestii walki klas oraz napisał wraz z S. Kozyr-Kowalskim podręcznik pt. Dialektyka i społeczeństwo. Jednak naszym zdaniem, najwybitniejsze jego osiągnięcie stanowi praca z dziedziny materializmu dialektycznego raczej, mianowicie poświęcona filozoficznym podstawom matematyki. Nie została ona właściwie doceniona, czemu w zasadzie dziwić się nie należy; zawodową filozofią wszystkich chyba matematyków jest platonizm; tu zaś próbowano udowodnić, że abstrakcyjne twory matematyki mają w rzeczywistości realne podłoże materialne. Praca ta do dzisiaj zaskakuje świeżością spojrzenia i śmiałością myślenia autora, przypominającego może nieco brytyjskiego marksistę Chistophera Caudwella, równie śmiało poczynającego sobie na polu estetyki czy socjologii sztuki.

Powyższe dzieło nie zamyka listy dzieł wybitnych powstałych w marksizmie polskim w okresie poprzedzającym, że użyjemy tej kliszy pojęciowej, przełom ustrojowy.

Zygmunt Bauman, który później miał się stać wraz z innymi ofiarą niesławnych „porachunków marcowych”, podczas których motywy walki frakcyjnej w łonie partii rządzącej walczyły o lepsze z nigdy niewykorzenionym do końca antysemityzmem i zwykłymi socjologicznymi motywacjami grup pokoleniowych, które były dotąd odstawione od ustrojowych beneficjów (wtedy narodził się termin „docent marcowy”), a teraz ujrzały szansę, z której należało skorzystać, opublikował Wstęp do socjologii, zdaniem niżej podpisanego swoją najlepszą pracę – choć zapewne sam autor nie byłby skłonny zgodzić się z tą oceną. Późniejszy, brytyjski okres twórczości Baumana nie miał już charakteru marksistowskiego, choć autor pozostawał na pozycjach lewicowych, stając po stronie „skrzywdzonych i poniżonych”. Ale lewicowości nie należy mylić z materializmem historycznym jako systemem teoretycznym, którego kierunek praktycznych zastosowań nie jest bynajmniej z góry przesądzony i ograniczony jedynie do postępowej, lewicowej orientacji. Nic podobnego, wiedza z zakresu materializmu historycznego może być równie dobrze wykorzystywana w interesie zachowania, a nie przemiany status quo, przez myśl konserwatywną, a nie rewolucyjną. Natomiast we wspomnianej wyżej pracy Bauman rozwija marksistowską teorię społeczeństwa, wprowadzając w tym celu szereg innowacji terminologicznych, które jednakowoż nie dają się zakwalifikować – w myśl „metody Andreskiego” – jako jedynie udziwnienia, za którymi nie stoi żadna przedmiotowa treść.

Ten krótki przegląd stanu marksizmu w Polsce Ludowej, w którym z konieczności pominięto wiele nazwisk, ukazuje jedno – że myśl rodzima nie rozwijała się w izolacji od szerszych prądów intelektualnych kształtujących oblicze marksizmu, i to zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym sensie tego słowa. Zaczynając od mniej przyjemnej strony, pół żartem rzec można, iż rodzime wydanie formalizmu marksistowskiego nie ustępowało w niczym wersji prezentowanej przez marksizm zachodni. Więź rodzimego marksizmu z zagranicznym otoczeniem miała na szczęście i inny aspekt. Oprócz rzeczywistej wymiany myśli na wielu forach, z których można tu wymienić poświęconą tematowi zróżnicowania społecznego międzynarodową konferencję w Rydzynie, zorganizowaną przez pierwszy z wymienionych powyżej zespołów poznańskich, na której pojawiło się wielu znanych uczonych z kraju i zagranicy, m.in. Margaret Archer, Ralph Miliband, Guglielmo Carchedi, Reinhard Krckel, Margaret Betilsson i wielu innych, a także bardziej bezpośrednie konfrontacje, kiedy to na zaproszenie tego samego ośrodka zjeżdżali do Poznania na dyskusje Jürgen Habermas i kilka innych „gwiazd” nauki, należy tu skupić się przede wszystkim na merytorycznym wkładzie tego i innych zespołów polskich marksistów do korpusu światowej myśli marksistowskiej; powyżej wskazywano, że pod tym względem na swoim koncie marksizm krajowy może, przy rzetelnym rachunku, zanotować określone osiągnięcia.

Dowodem omawianych dokonań, tak w ramach marksizmu zachodniego, jak i pozostałego, jest fakt iż, jak podkreślano, na pisanie epitafiów dla marksizmu na pewno jeszcze za wcześnie. Wielokroć skądinąd grzebana już teoria żyje ciągle (złośliwy przeciwnik powie, że życiem wampira albo zombie), czego namacalnym przejawem są takie lub inne struktury instytucjonalne istniejące w obu tu omawianych rejonach. Wydawane są z powodzeniem czasopisma naukowe o wyraźnie marksistowskim obliczu, jak „Capital and Class”, „Monthly Review” czy „Science and Society”, by wymienić tylko kilka najbardziej znanych, bo lista jest znacznie dłuższa. W Polsce obok wspomnianej „Nowej Krytyki” nieco zbliżony profil posiada wydawany w Internecie „Recykling Idei”, a sieć z powodzeniem wykorzystuje też dla wymiany idei grupa dyskusyjna pod nazwą „Marxistaxis”, której poszczególne posty to nierzadko teksty na wysokim poziomie teoretycznym i zajmujące się najróżniejszymi sprawami, bynajmniej nie tylko związanymi z bieżącą sytuacją polityczną. Wznowiło działalność w nowym składzie i pod nowym zarządem (dawniej kierowane przez Jarosława Ładosza) Stowarzyszenie Marksistów, które nie tylko dysponuje własną stroną internetową, ale prowadzi także sieciowe Centrum Badań i Studiów Marksistowskich (CBSM), do którego należy m.in. biblioteka stale poszerzająca zbiory, w tym także o przekłady dzieł autorów zagranicznych. Stowarzyszenie przymierza się do działalności publikacyjnej, jak i badawczej. Słowem, watch this space!

Należy też odnotować, że z szeregu powodów nie tylko badacze o orientacji marksistowskiej rozsiani są po całej Polsce, ale w dodatku niektórzy z nich funkcjonują poza strukturami akademickimi. Dotyczy to np. Włodzimierza Bratkowskiego, którego celne pióro zna każdy, kto trafił na portal internetowy dyktatura.info, prowadzony przezeń razem ze związaną z Instytutem Politycznym PAN Ewą Balcerek. Wspomniane wyżej fora publikują, jako się rzekło, teksty nie tylko o wymowie bieżącej, ale także stawiające przede wszystkim pewne cele teoretyczne. Oczywiście marksiści pojawiają się i w innych miejscach kosmosu Gutenberga, tak w sieci, jak poza nią (vide czasopisma „Le Monde Diplomatique”, „Praktyka Teoretyczna”, „Rewolucja” i inne).

Uwagi końcowe

Jakie jest więc ostatecznie saldo tego bilansu? Kwestie jakościowe nie są przekładalne na język liczb, zatem ścisłej odpowiedzi na postawione pytanie pewnie udzielić się nie da; problem jest bowiem złożony, wieloaspektowy i w zależności, na jakie elementy położy się nacisk, końcowe wnioski będą przedstawiały się inaczej. W każdym bądź razie da się powiedzieć tyle, że ci, co już zacierają ręce, widząc „oczyma duszy swej” rozlepione klepsydry z wieściami o definitywnym zejściu z areny marksizmu, wysunęli się przed szereg. Dzisiejszy żywot marksizmu nie przypomina także jakiegoś widma czy zombie; do tej orientacji przyznają się tuziny badaczy na wszystkich kontynentach: piszemy o tuzinach z ostrożności, by nie pisać o setkach, choć można się założyć, że i to drugie określenie nie byłoby dalekie od prawdy. Co najważniejsze, nie zachowują się owi badacze na wzór i podobieństwo owych widmowych upiorów – prowadzą wartościowe badania, publikują interesujące prace, a że z ich perspektywy ciągle można o świecie powiedzieć coś takiego, czego myśl czy nauka konwencjonalna nie jest w stanie zaoferować, można było zaobserwować na przykładzie ostatniego globalnego kryzysu. Z pewnym rozbawieniem obserwowałem powtarzającą się cyklicznie sytuację, gdy system kapitalistyczny wchodzi w określoną fazę cyklu ekonomicznego właśnie przejawiającego się jako załamanie lub kryzys. Nagle wszystkie teorie samoregulacji rynku, automatycznego equilibrium itp. idą w kąt i okazuje się po raz kolejny z rzędu, że nauka oficjalna czy głównonurtowa nie jest zdolna wyjaśnić podłoża i mechanizmów kryzysu w kapitalizmie, że jedynie marksiści traktują go jako coś organicznie przynależnego temu systemowi, zakorzenionego w socjoekonomicznych sprzecznościach, które są jego wewnętrzną siłą napędową. Ale tak daleko żadna myśl burżuazyjna nie może się posunąć bez utraty gruntu pod nogami. Przypomina się powiedzenie kapitana Lebiadkina z Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego: „Jeśli Boga nie ma, cóż ze mnie za kapitan?!” W adaptacji do naszej problematyki, jeśli się zaakceptuje tezę o sprzecznościach tkwiących w samym sercu systemu, to kapitalizm już nigdy nie będzie wyglądał jak kiedyś i żadna kuracja odmładzająca czy inna mu nie pomoże. Otwiera się natomiast perspektywa do uznania nienaturalności i nie wieczystej konieczności kapitalizmu, a jego historycznej przejściowości. Czy ktoś, łącznie z największymi sowietologami, liczył serio na to, że system radziecki kiedyś upadnie? Nic podobnego. Wydawało się to niemożliwe, a w latach przyspieszonej industrializacji ZSRR (który to kraj odgrywał na arenie światowej mutatis mutandis rolę Chin z ich piorunująco szybkim wzrostem gospodarczym) znany ekonomista, laureat Nagrody Nobla i autor wielu podręczników z ekonomii, Paul Samuelson, pisał w jednym z nich w latach 50., że wedle zamieszczonego tamże wykresu ZSRR dogoni gospodarczo USA za określoną, nie tak wielką liczbę lat. Nie bądźmy więc tacy pewni trwałości kapitalizmu, który dzisiaj rzeczywiście zajmuje niekwestionowaną pozycję dominującą na kuli ziemskiej. Możemy jedynie suponować, że w ewentualnym upadku tego systemu marksiści odegrają swoją rolę.

Powyższe przekonanie pozwala nam ustosunkować się do jeszcze jednego kontrowersyjnego problemu wiązanego z marksizmem. Mianowicie wielu krytyków, od Poppera po Kołakowskiego, zarzuca marksizmowi – niezgodny z zapowiedziami jego twórcy – brak mocy predyktywnej, który sytuuje go poza granicami myśli naukowej, na terenie ideologii. W tym kontekście ponownie przydatne jest rozróżnienie między marksizmem a materializmem historycznym. Nie warto oponować, że wśród wielu wypowiedzi Marksa, a tym bardziej późniejszych marksistów, są i takie, które pasują do zarysowanego wyżej modelu, w jakim podnosi się zazwyczaj z triumfem, że socjalizm narodził się nie tam, gdzie przewidywano, czyli na rozwiniętym Zachodzie, a zapowiadany komunizm w ogóle nie nadszedł itp.

A jednak zarzuty te, głoszone tak często, że pogodziła się z nimi i spora część samych marksistów, opierają się na nieporozumieniu, u korzeni którego leży przenoszenie na nauki społeczne modelu praw nauki obowiązującego w naukach przyrodniczych, a zatem nieprawomocna uniwersalizacja tego modelu. Tematowi można by poświęcić odrębną rozprawę, więc tu ograniczymy się do wskazania na węzłowy punkt, w jakim owa linia krytyki załamuje się. Najważniejsza różnica między światem społecznym a światem przyrody i swoistość tego pierwszego polega na tym, iż jego materia utkana jest z działań ludzkich. Niby fakt ten nie jest nieznany, ale nie uświadamia się często wszystkich jego konsekwencji. W interesującym nas kontekście rozróżnienie powyższe przypomina różnicę między modelem przewidywania astronoma z jednej strony a szachisty albo brydżysty z drugiej. Ta pierwsza sytuacja to klasyczny przypadek, w jakim obserwator nie ma wpływu na zjawiska obserwowane, choćby takie jak niedawne przejście planety Merkury na tle tarczy słonecznej. Astronomowie wiedzą, że zjawisko takie może wystąpić tylko na początku maja albo listopada, co daje im mocną podstawę do przewidywania konkretnych uobecnień danego fenomenu. Badacz społeczeństwa generalnie nie ma takiego luksusu, jeśli ktoś uważa to za ideał – tu bowiem wydarzenia dokonują się na zasadzie splotu efektów nieraz masowych działań ludzkich, które krzyżują się między sobą, tworząc niezwykle skomplikowane konfiguracje. Nic w tym dziwnego, skoro najbardziej skomplikowaną strukturą w całym wszechświecie jest mózg ludzki, którego związek z owymi działaniami został dokładnie nakreślony – naturalnie jednak zgodnie z ówczesnym stanem wiedzy – w Kapitale. Krótko mówiąc, przewidywać w życiu społecznym można jedynie z pozycji jego uczestnika, to znaczy można przewidywać częściowo efekty własnych działań, biorąc pod uwagę łańcuchy przyczynowo-skutkowe, jakie mogą one uruchomić w bliższym i dalszym otoczeniu. Jest to zadanie skomplikowane, mające tym więcej szans na względne powodzenie, w im większym stopniu podmiotem danego działania są duże, zorganizowane grupy ludzi, którym przypisuje się na ogół moc sprawczą tworzenia historii, przede wszystkim klasy społeczne. Można spróbować przymierzyć ten model do konkretnych realnych sytuacji historycznych, by sprawdzić jego efektywność poznawczą. Tak zatem zarzuty przeciwników marksizmu biorą się w tym punkcie z totalnego niezrozumienia natury nie tylko materializmu historycznego, nie tylko natury nauk społecznych w ogólności, ale i świata społecznego. I aby na koniec oddać Marksowi, co Marksowskie, warto przypomnieć, iż ten wątek działaniowy czy praxistyczny był wielekroć podnoszony przez twórców materializmu historycznego.

Co, nawiasem mówiąc, wskazuje, że Marks przynajmniej nie miał szczególnych kłopotów z rzekomo nieprzezwyciężalną opozycją znaną w naukach społecznych pod nazwą antynomii structure vs. agency. A to z kolei oznacza, że późniejsze rzekome rewelacje twórców takich jak Bourdieu, przechwalających się, iż rozwiązali te i wszelkie inne podstawowe dylematy nauk społecznych, należy brać z przymrużeniem oka16.

Jacek Tittenbrun

Bibliografia:

Brzechczyn K. (2005), Dynamika formacji. O Piotra Buczkowskiego koncepcji marksizmu analitycznego, http://www.staff.amu.edu.pl/~brzech/artykuly_do_pobrania_pdf.html (dostęp 26.07.2017).

Cackowski Z. (1977), Główne pojęcia materializmu historycznego, Warszawa: Książka i Wiedza.

Kasznia P. (1978), Struktura formacji społeczno-ekonomicznej w ujęciu klasyków marksizmu, w: Założenia materializmu historycznego, „Poznańskie Studia z Filozofii Nauki”, t. 3, Warszawa–Poznań.

Kliman A. (2007), Reclaiming Marx’s „Capital”: A Refutation of the Myth of Inconsistency, Lanham, MD: Lexington Books.

Lange O. (1978), Ekonomia polityczna. Warszawa: Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne.

Marks K. (1957), Kapitał, t. 3, cz. 1, Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks K., Engels F. (1968), Dzieła, t. 23, Warszawa: Książka i Wiedza.

Nowak L. (1973), Teoria formacji społecznej jako teoria adaptacyjna, „Studia Socjologiczne” nr 4, s. 5–21.

Stalin J. (1949), Zagadnienia leninizmu, Warszawa: Książka i Wiedza.

Tittenbrun J. (1980), Czytając Balibara, „Studia Filozoficzne” nr 9, s. 45–61.

Tittenbrun J. (1981), Materializm historyczny czy biologiczny?, „Studia Socjologiczne” nr 2, s. 235–253.

Tittenbrun J. (1982), O tak zwanym nie-marksowskim materializmie historycznym, Poznań: Krajowa Agencja Wydawnicza.

Tittenbrun J. (1983), Cztery koncepcje państwa, „Studia Nauk Politycznych” nr 1–2, s. 7–32.

Tittenbrun J. (1986), Dialektyka i scholastyka, Warszawa: Książka i Wiedza.

Tittenbrun J. (1990), Stanisława Brzozowskiego krytyka „engelsizmu”, „Człowiek i Społeczeństwo” nr 10.

Tittenbrun, J. (2011), Economy in Society. Economic Sociology Revisited, Cambridge Scholars Publishing.

Tittenbrun J. (2012), Gospodarka w społeczeństwie. Zarys socjologii gospodarki i socjologii ekonomicznej w ujęciu strukturalizmu socjoekonomicznego, Poznań: Zysk.

Tittenbrun J. (2013a), Anti-Capital (Human, Social and Cultural): The Mesmerising Misnomers, Farnham: Ashgate.

Tittenbrun J. (2013b), A Critical Handbook of ‘Capitals’ Mushrooming Across the Social Sciences, Saarbrucken: Lambert Academic Publishing.

Tittenbrun J. (2014a), The EGP Class Scheme: In Search of a Theory, „International Letters of Social and Humanistic Sciences”, Vol. 44, s. 29–44.

Tittenbrun J. (2014b), Some Problems in Erik Olin Wright’s Theory of Class, „International Letters of Social and Humanistic Sciences”, Vol. 33, s. 20–40.

Tittenbrun J. (2015a), Concepts of Capital. The Commodification of Social Life, New Brunswik, N.J.: Transaction Publishers.

Tittenbrun J. (2015b), Kolonizacja nauki i świata przez kapitał. Teoria światów równoległych w wydaniu socjologii wiedzy, Poznań: Zysk.

Tittenbrun J. (2016a), Concepts of capital in Pierre Bourdieu’s theory, „Miscellanea Anthropologica et Sociologica”, Vol. 17, nr 1, s. 81–103.

Tittenbrun J. (2016b), The Middle Class or You Only Live Twice, Munich: Grin Academic Publishing.

Tittenbrun J. (w druku), From Marx to Warner: Class and Stratification Under Scrutiny, Cambridge Scholars Publishing.

Wesołowski W. (1964), Klasy, warstwy i władza, Warszawa: PWN.

Wesołowski W. (1977), Klasy, warstwy, władza, Warszawa: PWN (wyd. zmienione).

Przypisy:

1 Jak wiadomo, Marks, by zaakcentować fakt, iż teoretycznie niewiele ma wspólnego z identyfikującym się w ten sposób gronem jego zwolenników, ogłosił rozpaczliwie: „Co do mnie, nie jestem marksistą”.

2 Dowody szerokiej świadomości tego faktu są liczne; jakieś parę lat temu BBC przeprowadziła za pośrednictwem Internetu plebiscyt na największego filozofa wszechczasów. Zwyciężył nie Arystoteles, Platon czy Kant, lecz brodaty mędrzec z Trewiru.

3 Tej tematyce jest także poświęcony rozdział w jednej z moich książek (Tittenbrun 2011).

4 Por. szerszą krytykę poglądów Wrighta w: Tittenbrun (2012 i w druku).

5 W swojej niepublikowanej pracy magisterskiej (ale por. Tittenbrun 1990) zajmowałem się filozofią pracy Stanisława Brzozowskiego, m.in. poruszając temat jego krytyki „engelsizmu”, charakterystyka którego odpowiada modelowi myślenia para-heglowskiego zarysowanego w tekście. Brzozowski uznał obiekt swej krytyki za rozciąganie praw kosmosu na rzeczywistość społeczną, z ducha będąc fichteanistą, któremu na pewno było dużo bliżej do antropologicznego niż strukturalistycznego odczytania marksizmu, a tym bardziej materializmu dialektycznego, zwłaszcza w jego bardziej lub mniej nieuniknionym charakterze „teorii skaczącej”, jak transponując terminologię Ludwika Petrażyckiego można by nazwać tę koncepcję, której faktyczny zakres stosowania jest szerszy od tego wytyczanego ścisłą definicją jej przedmiotu.

6 Wzmianka o ekonomistach pozwala poruszyć szerszy temat inspirowanych marksizmem osiągnięć teoretycznych, jakich dokonano wbrew wszelkim przeciwnościom w okresie stalinowskim lub bezpośrednio po nim następującym. Do takowych można zwłaszcza zaliczyć koncepcję nakładów i wyników opracowaną na bazie marksowskich tabeli reprodukcji przez ekonomistę Leontiewa, która szerokiemu światu znana jest jako input-output analysis, co wiąże się z emigracją jej autora do Stanów Zjednoczonych, gdzie opublikował wyniki swoich przełomowych badań pod nazwiskiem Leontieff. Historia ta ilustruje ogólną prawidłowość, zidentyfikowaną powyżej w ramach rozważań na temat socjalizmu formalnego. Nawet jeśli w socjalizmie rodziły się rewolucyjne idee i przełomowe wynalazki, to często to kontekst społeczno-polityczny, a nie oryginalność czy jakość danego produktu, decydowały o ich odrzuceniu. Dodajmy, że socjalizm nie ma monopolu na tę słabość; wystarczy wspomnieć analogiczną historię amerykańskiego wynalazcy kółek jakości, które początkowo nie znalazły uznania w jego macierzystym kraju i dopiero Japończykom udało się z powodzeniem zaszczepić tę ideę w przemyśle samochodowym i innych gałęziach. Dopiero sukcesy japońskich producentów zwróciły uwagę firm amerykańskich na wynalazek pochodzący z ich własnego kraju, co rozpoczęło międzynarodową karierę tego mechanizmu zarządzania. O tym, że nie należy traktować całego okresu istnienia ZSRR jako czasu straconego dla nauki i filozofii, świadczą również dokonania innych badaczy, że wymienimy tu tylko, tytułem przykładu, interesującego myśliciela filozoficznego Iljenkowa.

7 Lange przyjmuje koncepcję sił wytwórczych jako „technicznych metod produkcji, środków produkcji, a zwłaszcza narzędzi pracy, jak również doświadczeń ludzi i ich umiejętności posługiwania się środkami produkcji, wreszcie samych ludzi, którzy takie doświadczenie i taką umiejętność posiadają. Innymi słowy, społeczne siły wytwórcze to zespół wszystkich czynników, które stanowią o wydajności społecznej pracy na danym szczeblu” (Lange 1978, s. 22). To ujęcie prowadzi go do odróżnienia pojęć sił wytwórczych i stosunków produkcji.

8 Na temat przyjmowanego przez Wesołowskiego pojęcia „wrodzonej innowacyjności człowieka” por. też Wesołowski (1977, s. 128–129).

9 Szersze omówienie krytyczne schematu EGP, bo taką to oficjalną nazwę koncepcja ta nosi od pierwszych liter nazwisk swych twórców, można znaleźć w moich pracach (Tittenbrun 2011, 2014a, w druku).

10 Nie chcąc przekształcać tego tekstu w zbyt techniczny wykład krytycznej analizy, na jaką naszym zdaniem zasługują liczne zbudowane przez marksistów modele struktury klasowej, do szczegółów tej polemiki odsyłam zainteresowanych czytelników (Tittenbrun 2011, w druku), tutaj ograniczając się do kilku najważniejszych uwag.

11 Analizę krytyczną fenomenu althusseryzmu w naukach społecznych w wydaniu Balibara zawiera artykuł (Tittenbrun 1980).

12 Krytykę koronnej koncepcji Poulantzasa – teorii państwa zawiera praca (Tittenbrun 1983).

13 W zakresie teorii formacji odpowiednikiem tego podejścia jest praca brytyjskich marksistów Barry Hindessa i Paula Hirsta Precapitalist Formations (1975), na wskroś scholastyczna, gdzie historii używa się z rzadka tylko jako ilustracji wydedukowanych kategorii, których przedmiotowość dąży asymptotycznie do zera, a w wielu przypadkach kres ten osiąga.

14 Szersze omówienie znajduje się w książkach (Tittenbrun 2011, 2013a, 2015a, w druku).

15 O tyle również kojarzyć się może z rozważanym powyżej przypadkiem metodologiczna książka Heleny Kozakiewicz, powstała na bazie – dyskusyjnej, dodajmy od razu – interpretacji dzieł Lenina.

16 Szersza krytyka myśli P. Bourdieu w Tittenbrun (2016a).

Źródło pierwodruku: „MARKSIZM. NADZIEJE I ROZCZAROWANIA”, Jacek Hołówka (red.), Bogdan Dziobkowski (red.), Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2017.


Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

2 komentarzy do “Marksistowskie rozrachunki

  • Tadeusz Lemańczyk

    W swym komentarzu chciałbym nawiązać do części zatytułowanej „Uwagi końcowe”, a w szczególności do słów „ZSRR (który to kraj odgrywał na arenie światowej mutatis mutandis rolę Chin z ich piorunująco szybkim wzrostem gospodarczym)”. Gdybyśmy to swoiste przejęcie pałeczki widzieli także w odniesieniu do rozmiarów wkładu w rozwój marksizmu, to pod sformułowaniem „i inne” w zdaniu kończącym część zatytułowaną „Stalin i potomkowie Stalina” widzieć powinniśmy także dwumiesięcznik Qiushi ( https://en.wikipedia.org/wiki/Qiushi ). Nie wchodząc we wszystkie szczegóły tyczące wersji anglojęzycznej tego dwumiesięcznika i wysokości opłat za jego prenumeratę poprzestanę na tym, co jest dostępne każdemu internaucie. Korzystając z internetowych narzędzi translacyjnych, w odsłonie z 31 października tego roku ( http://www.qstheory.cn/dukan/qs/2014/2018-10/31/c_1123633322.htm ) widzimy m. in. tekst zatytułowany „Utrzymywanie się w wyzwoleniu i rozwoju sił wytwórczych jest charakterystyczną cechą chińskich reform i otwarcia” ( http://www.qstheory.cn/dukan/qs/2018-10/31/c_1123632984.htm ). O siłach wytwórczych Jacek Tittenbrun pisze w swym artykule na tyle dużo i na tyle polemicznie, że bliższe przyjrzenie się temu chińskiemu tekstowi byłoby użyteczne. Pytanie tylko, czy internetowe narzędzia translacyjne nas nie zawiodą. Póki co, wydaje się, że bardziej służą one odbiorcom anglojęzycznym niż polskojęzycznym. Widać to choćby na przykładzie podsumowania tego chińskiego tekstu:
    Accelerate the implementation of major measures for opening up to the outside world. Continue to promote a high level of opening up to the outside world and form a new pattern of comprehensive opening up is a strategic choice for China’s own development and the benefit of the world. It is necessary to promote the development of the „One Belt and One Road” to deepen the development of the country, and strengthen policy communication, facility connectivity, trade smoothness, capital finance, and people’s hearts. To create a more attractive foreign investment environment, on the basis of actively relaxing market access and expanding imports, we will further expand the opening up of the service industry, implement major measures to relax market access, and strengthen intellectual property protection. Promote the construction of a higher-level free trade pilot zone, give the Free Trade Zone a greater degree of reform autonomy, and promote a higher level of reform and opening up with the establishment of a free trade zone. Actively and steadily promote foreign investment, adhere to the use of two markets and two resources, innovate foreign investment methods, and continue to support qualified enterprises to go out.
    Przyspiesz wdrażanie głównych środków otwarcia na świat zewnętrzny. Dalsza promocja wysokiego poziomu otwarcia na świat zewnętrzny i stworzenie nowego modelu wszechstronnego otwarcia jest strategicznym wyborem dla własnego rozwoju Chin i korzyści dla świata. Konieczne jest promowanie rozwoju „jednego pasa i jednej drogi”, aby pogłębić rozwój kraju i wzmocnić komunikację polityczną, łączność urządzeń, płynność handlu, finansowanie kapitału i ludzkie serca. Aby stworzyć bardziej atrakcyjne środowisko inwestycji zagranicznych, w oparciu o aktywnie uspakajający dostęp do rynku i zwiększenie importu, będziemy dalej rozszerzać otwarcie branży usługowej, wdrażać główne środki w celu złagodzenia dostępu do rynku i wzmocnienia ochrony własności intelektualnej. Promowanie budowy strefy pilotażowej wolnego handlu na wyższym poziomie, nadanie strefie wolnego handlu większego stopnia niezależności w zakresie reform i promowanie wyższego poziomu reform i otwarcie wraz z ustanowieniem strefy wolnego handlu. Aktywnie i stale promuj inwestycje zagraniczne, stosuj się do dwóch rynków i dwóch zasobów, wprowadzaj innowacyjne metody inwestycji zagranicznych i nadal wspieraj wykwalifikowane firmy, aby wyjść.
    Tak, czy inaczej, z całości tego tekstu płynie wniosek następujący. Obecny wkład chiński do rozwoju marksizmu koncentruje się na teoretycznej rozbudowie tego, co Jacek Tittenbrun określił w swym artykule socjalizmem formalnym, na godzeniu wątków kapitalistycznych z wątkami socjalistycznymi i dbaniu o to, by czynnik ludzki był jednak bardziej socjalistyczny niż kapitalistyczny.

  • CLUB HOMO SAPIENS

    Czyż nie jest tak, że nieraz zła ocena jakiegoś zjawiska wynika ze stosowania złych metod i niewłaściwego rozpoznania? W przypadku Marksa może to być nie odróżnianie tego co było dorobkiem naukowym czy filozoficznym od szczegółów życia praktycznego, codziennego, od prób zrozumienia go przez innych.
    Tak się składa, że akurat do oceny Marksa stosuje się niemarksowskie metody. Zapomina się o najważniejszych kontekstach – „czasoprzestrzeni”.
    Jeśli patrzeć na niego jak na naukowca (a przecież nim był) to trzeba pamiętać, że nauka stanowi uporządkowany logicznie, nieustannie rozwijający się i doskonalony system uzasadnionych twierdzeń, a także znajdujących się w stadium weryfikacji hipotez. System ten jest rezultatem świadomej działalności człowieka. Jest to proces historyczny, którego kolejni uczestnicy są kolejnymi jego elementami. Rozwój wiedzy wymaga krytycznego nastawienia badaczy wobec wiedzy dotąd zdobytej i metod myślowych, które dotąd były skuteczne. Rozwiązywanie nowych problemów wymaga zawsze przezwyciężenia wcześniej ukształtowanych schematów myślowych. Krytycyzm jest istotnym warunkiem rozwoju nauk. Powstanie dialektyki marksistowskiej (jako teorii rzeczywistości) poprzedziło krytyczne przeanalizowanie, weryfikacja (nie odrzucenie lecz przesianie) całego wcześniejszego, znanego wówczas dorobku w tej dziedzinie i wykorzystanie osiągnięć, stanu innych nauk (materialistyczne podstawy). Marks od początku kierował się zasadą, że by poznać jakieś zjawisko, należy badać jego genezę oraz historyczne przemiany, rozwój, jakiemu ono podlega, a także źródło owych przemian tkwiące w wewnętrznych sprzecznościach oraz powiązaniach zjawiska z otoczeniem. Widzenie rzeczywistości w ciągłym ruchu (rozwoju), rzeczywistości pełnej sprzeczności, patrzenie na nią w sposób historyczno-genetyczny, materialistyczny to jest podstawą metody dialektycznej, metody badań rzeczywistości i możliwości jej przekształcania, bo przecież Marksowi i Engelsowi chodziło nie tylko o to, by lepiej niż dotychczas wyjaśnić społeczną rzeczywistość, lecz także by ją zmieniać. Trzeba jednak pamiętać, że był to tylko kolejny stopień rozwoju nauki, wiedzy. Było to kolejne ogniwo w ewolucji tej dziedziny cywilizacji, ewolucji trwającej dalej dzisiaj. W wyniku takiej działalności tworzy się teorie, zespoły praw naukowych, definicji, twierdzeń i hipotez dotyczących danej dziedziny zjawisk, w określonym czasie, tworzący rzeczowo powiązaną oraz logicznie uporządkowana spójną całość a wszystko w celu systematyzowania i racjonalizowania faktów, wyjaśniania powodów ich występowania, przewidywania przyszłych zdarzeń, oraz budowy nowych systemów/urządzeń/broni. Taka teorią był materializm historyczny.
    Teoria nigdy nie przesądza jaki jest stan rzeczywisty, jeśli rzeczywistość dowodzi czegoś innego to teoria upada lub ulega ograniczeniu do obszaru zgodności. Na podstawie teorii powstają ideologie służące do budowy algorytmów.
    Marks (ograniczmy się tylko do niego) był przecież człowiekiem a nie nieomylnym bóstwem, nad którego każdą wypowiedzią trzeba się zastanawiać i szukać w niej sensu (i jako dziecka, i jako młodzieńca, czy wydającego ostatnie tchnienie). To jest ta strona praktyczna, on też dawał się porwać życiu, uczestniczył w nim. Ba, znakomita większość jego wypowiedzi (artykuły, polemiki) była spowodowana chęcią pozyskania, choć drobnej kwoty wynagrodzenia niezbędnej dla podtrzymania życia jego rodziny. Często zapomina się, że Marks przegrał swoje życie osobiste a jego udział, angażowanie się w sprawy polityki skończyły się porażką.
    Wiele prac było pracami „propagandowymi” (podobnie jak u Lenina). W tym obszarze obowiązują inne reguły. Można „koloryzować”, bo tu liczy się efekt, rezultat, osiągnięcie celu a nie prawda. Dyskusje prowadzone są tu na innych niż w nauce zasadach, mają być zrozumiałe i oddziaływać na emocje i wywoływać właściwe reakcje. Przykładem jest tu Manifest Komunistyczny. Analizować go można (jak i podobne prace) jedynie od strony wartości metod manipulacyjnych.
    I trzecia uwaga.
    Na podstawie teorii naukowych (ograniczmy się do sfery nauk społecznych) powstają algorytmy, tworzone są w celu rozwiązania pewnych problemów życia.
    Marks nie był marksistą. Marksizm czy komunizm to ideologia tworzona niemal równocześnie w wielu miejscach. Zapomina się czym się ona charakteryzuje.
    Ideologia to zbiór poglądów, więcej lub mniej usystematyzowanych, uwarunkowany interesem określonej klasy (w tym wypadku proletariatu) i odzwierciedleniem jej bytu społecznego. W skład jej wchodzą odpowiednio dobrane koncepcje filozoficzne (w tym wypadku Marksa), prawne, ekonomiczne, polityczne, etyczne, socjotechniczne oraz niekiedy mity, metafory, język magiczny. Ideologia opiera się o naukę lecz zapomina o jej rozwoju, o ciągłym ruchu, o powszechnym rozwoju rzeczywistości, zadowala się dogmatami. Marks nazwał ją fałszywą świadomością.
    Ideologia zasłania prawdę, oddziałuje mocno na emocje, budzi fanatyzm, z każdą chwilą oddala się od swoich naukowych podstaw, nie pozwala nawet na szerszą refleksję, nie interesuje się stanem aktualnej wiedzy. Najlepszym przykładem jest ideologia chrześcijańska, katolicka. Gdy teolodzy ograniczają wizję Boga do siły sprawczej Wielkiego Wybuchu, dopuszczają w ewolucji przypadek to ideolodzy manipulują masami, które potem próbują nawiązać kontakt z wizerunkami boskich istot na szybie drzwiczek piekarnika.
    Jeśli uważać marksizm (komunizm) za ideologię (a chyba nią jest) to trzeba go jak najszybciej pogrzebać. Natomiast naukowego i filozoficznego dorobku Marksa nie da się odrzucić, zadomowił się w nauce, umysłach, dzięki niemu nie tylko potrafimy wiele zrozumieć ale i walczyć o zmianę świata, tworzyć nowe teorie polityczne.