O śmierci Nowotki i Mołojców – Akcje Gestapo i AK przeciwko PPR


PPR_walczy_i_zwycięża_plakatNiemieccy konfidenci i prowokatorzy z dużymi sukcesami pe­netrowali również obóz lewicy polskiej, zwłaszcza o orientacji komu­nistycznej, zadając mu wiele ciężkich strat. Polska Partia Robotnicza (PPR) była bardzo aktywna w podziemiu. Działała jednak wyraźnie na uboczu. Wbrew temu, co nachalnie usiłowała wmawiać propaganda w okresie PRL i tzw. partyjni historycy, PPR cieszyła się bardzo ograniczonym poparciem społecznym i funkcjonowała na marginaliach głównych nurtów polskiego ruchu niepodległościowego. Społeczeństwo polskie na ogół z dużą niechęcią przyjmowało zapowiedzi spodziewa­nej sowietyzacji życia w kraju. Dobrze pamiętano, co działo się zarówno w 1920 roku, jak i po wrześniu 1939 roku, na wschodnich rubieżach II Rzeczypospolitej. Dominowały nastroje niechęci wobec ZSRR i bolszewizmu. Działalność PPR i Gwardii Ludowej (GL) stała również w zasadniczej sprzeczności z dążeniami politycznymi i strategią walki z niemieckim okupantem, jakie reprezentowało podziemie orientacji prolondyńskiej. Prowadziło to do otwartego zatargu i rywalizacji. W obozie PPR istniał też spór o nadrzędność organizacji politycznej czy wojskowej. Zajadle zwalczały się frakcje działaczy krajowych i kominternowców, przysłanych do kraju z Moskwy. Na gruncie PPR doszło również do tajemniczego pasma nagłych zgonów, zabójstw i skrytobójstw. Porachunki osobiste i polityczne załatwiano w iście mafijny sposób, co po wojnie uznano za temat bardzo wstydliwy. W takim stanie rzeczy po tamtych burzliwych latach pozostały wy­jątkowo zagmatwane sprawy, które długo rodziły uzasadnione podej­rzenia i pojawiały się dalsze znaki zapytania. W niektórych przypadkach wydawało się, iż już wszystko zostało powiedziane i napisane i żadnych rewelacji nie należy już oczekiwać. Było to złudne wyobrażenie.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że dziełem konfidentów była zasadzka, jaka miała miejsce 18 marca 1943 roku na ulicy Mostowej w Warszawie, gdzie wyznaczyło sobie spotkanie czworo członków kierownictwa Gwardii Ludowej i Związku Walki Młodych (ZWM). Byli wśród nich przewodnicząca ZWM Hanka Szapiro-Sawicka, dowódca okręgu GL Warszawa-Miasto Bolesław Kowalski ps. „Janek”, dowódca specgrupy Sztabu Głównego GL Jan Strzeszewski ps. „Wiktor” oraz dowódca formujących się właśnie formacji zbrojnych ZWM Tadeusz Olszewski ps. „Zawisza”. Na Mostowej czekali na nich przyczajeni w okolicznych bramach i podwórzach cywilni kon­fidenci Gestapo oraz dwaj gestapowcy: Georg Folta i Kurt Steiger, funkcjonariusze Sonderkommando IV AS Alfreda Spielkera.

W mo­mencie, kiedy gestapowcy usiłowali pojmać wymienioną czwórkę konspiratorów, „Wiktor” i „Zawisza” dobyli broni i zaczęli się ostrzeliwać. W trakcie gwałtownej wymiany strzałów i przy próbie ucieczki z gestapowskiej zasadzki padł „Zawisza”, a „Wiktor” i „Hanka” zostali ciężko ranieni. Przewieziono ich zaraz wprost na Pawiak, gdzie zmarli po kilku godzinach. Z zasadzki uratował się tylko „Janek”, z „Wiktorem” nie jest już taka całkiem jasna sprawa. Według jednej z wersji, padł w walce w miejscu niemieckiej zasadzki. Według innej wersji, miał na Pawiaku zażyć w porę truciznę i zmarł. Sprawcy tej wsypy nigdy nie zidentyfikowano, a podejrzenia pro­wadzą właściwie donikąd.

Ponad wszelką wątpliwość dziełem przypadku nie było aresz­towanie dwóch osób ze ścisłego kierownictwa PPR: sekretarza generalnego KC Pawła Findera i Małgorzaty Fornalskiej ps. „Jasia”. Wczesnym rankiem 14 listopada 1943 roku agenci Gestapo zabrali ich z kamienicy przy ul. Grottgera 12 w Warszawie i przewieźli na Pawiak, gdzie byli początkowo więzieni pod fałszywymi nazwiskami Tadeusza Karpińskiego i Marii Jasińskiej. Jak wykazał baczny obser­wator procesu Ludwiga Hahna, Tadeusz Kur, gestapowcy nie mieli żadnych wątpliwości kogo mają w swoich łapach. Finder i Fornalska przeszli wyjątkowo ciężkie śledztwo, z torturami włącznie. Doszło do tego, że M. Fornalska w wyniku potwornej presji wyparła się w ogóle komunizmu (według informacji niemieckiego badacza Michaela Foedrowitza). Niemcy nie uzyskawszy od więźniów oczekiwanych zeznań, pomimo zastosowania wyszukanych tortur, rozstrzelali oboje w ruinach byłego getta na kilka dni przed wybuchem Powstania Warszawskiego w okresie, kiedy już likwidowano więzienie na Pawiaku.

Pod zarzutem współpracy z obcą agenturą został zlikwidowany Marceli Nowotko. Była to wyjątkowo ciemna sprawa, która przez dziesięciolecia nie znajdowała zadowalającego wytłumaczenia. Przez pewien czas stanowiła również ulubiony temat literatury tzw. drugiego obiegu u schyłku PRL, piśmiennictwa całkowicie wolnego od interwencji komunistycznej cenzury prewencyjnej. Ukazało się tą drogą, z punktu widzenia historyka, sporo wartościowych publikacji i materiałów źródłowych, które nie miały szans na ujrzenie dziennego światła w normalnym, oficjalnym trybie wydawniczym. Obecnie bardzo łatwo się o tym zapomina, a przecież to jeszcze nie takie całkiem zamierzchłe czasy…

Według dawniej obowiązującej wersji pierwszy przywódca komu­nistycznej PPR, Marceli Nowotko ps. „Marian”, „Stary” zginął skry­tobójczo zastrzelony 28 listopada 1942 roku. W tymże dniu Nowotko, zameldowany na Żoliborzu pod nazwiskiem Jan Wysocki, wrócił z Choszczówki do Warszawy. W drodze na wyznaczone spotkanie został skrytobójczo zastrzelony u zbiegu ulic Kolejowej i Przyokopowej. Jego towarzysze partyjni, z Pawłem Finderem na czele, zaraz potem winą za dokonanie mordu na Nowotce obarczyli członka KC PPR Bolesława Mołojca ps. „Edward”, „Długi”, który właśnie w tym dniu był umówiony z Nowotką na ulicy. Według tej uporczywej wersji bezpośrednim zabójcą Nowotki miał być brat Bolesława, żołnierz GL, Zygmunt Mołojec ps. „Zenek”, „Antoni”. Zygmunt, podówczas kierownik Wydziału II Informacyjnego Sztabu Głównego GL, namówiony do tego czynu przez Bolesława, jego polecenie wykonał bez sprzeciwu, nie wiedząc jednak dokładnie kim jest człowiek, którego miał zabić. Wiedział tylko, że chodziło o likwidację groźnego prowokatora, czy też agenta Gestapo. Najpewniej z doraźnego wyroku sądu partyjnego, któremu przewodniczył Teodor Duracz, oby­dwaj bracia Mołojcowie zostali zastrzeleni. Wyrok wykonali Janek Krasicki lub Antoni Grabowski. Nie ma w tej kwestii pełnej jasności.

Przez wiele powojennych lat taka właśnie wersja była przyjmowaną jako prawdziwa. Jednakże w podręcznikach i popularnych zarysach historii PPR, jakich pojawiło się bardzo wiele, podawano powyższą wersję w postaci jeszcze bardziej uproszczonej, niekiedy ograniczając się do stwierdzenia, że Marceli Nowotko padł ofiarą bratobójczego mordu, co – nie zdejmując winy z braci Mołojców – mogło sugerować, że zabili go przeciwnicy polityczni z tzw. obozu londyńskiego. Tak więc i trop AK-owski był od dawna obecny w wyjaśnianiu tej głośnej afery.

Według ostatnich ustaleń zaprezentowanych przez niestrudzonego w tropieniu zagadek naszej najnowszej historii redaktora Dariusza Baliszewskiego w jednym z odcinków ciekawego cyklu programów TVP „Rewizja nadzwyczajna”, emitowanym w grudniu 2002 roku, Marcelego Nowotkę na zlecenie Antoniego Chruściela ps. „Monter” zabili żołnierze Kedywu Okręgu Warszawskiego AK. Zabili go prze­brani w niemieckie mundury z jadącego samochodu. Zwłoki porzu­cono 29 listopada 1942 roku celowo na Woli. Całość sprawy upozorowano tak, aby winę zwalić na rezydującego w pobliżu szczegól­nego zwyrodnialca, krwiożerczego niemieckiego bahnschutza Karla Schmalza, zwanego „Panienka”. Pieczołowicie zadbano też, by żaden pozostawiony ślad nie nasuwał podejrzenia, że w zabójstwo to wmieszana jest AK. Jak się okazało, zrobiono to skutecznie.

D. Baliszewski swoją zaskakującą wersją zabójstwa Marcelego Nowotki oparł na bardzo istotnej relacji, pochodzącej od Stanisława Sosabowskiego, czyli słynnego „Stasinka”, bohaterskiego żołnierza podziemia AK-owskiego. „Stasinek” zastrzegł się, że prawdę o śmierci Marcelego Nowotki zna w 80 procentach, czego w żadnym razie nie można przeceniać. Po pierwszych sensacyjnych sygnałach dotyczących tej sprawy Sosabowski osiem lat milczał, obawiając się zapewne gniewnej reakcji środowiska kombatanckiego. Dopiero po śmierci autora relacji można było ujawnić wszystkie jej rewelacyjne szczegóły, co też z powodzeniem uczynił D. Baliszewski. Trzeba przyznać, że po męsku postawił on cały problem, wbrew nastawieniu ideowemu niektórych historyków. Jak się okazuje, i dziś prezentując wydarzenia z historii najnowszej należy się kierować określonymi regułami gry i pewnymi oczekiwaniami czy też spełnianiem określonego zapotrzebowania społecznego. No cóż, w Polsce nic nie może dziwić…

Gwoli ścisłości i sprawiedliwości trzeba wyraźnie napisać, że stosunek podziemia prolondyńskiego, a więc i Armii Krajowej, do PPR był jednoznaczny. PPR uważano za bezwolne narzędzie w rękach obcej agentury w Polsce. Miało i musiało mieć to określone konsekwencje. Specjalne komórki AK, jak i Delegatury Rządu prowadziły od dawna drobiazgowe rozpracowania środowiska komunistów polskich. Pęczniały też ich kartoteki. Problem komunistów w Polsce nie był traktowany jako zagadnienie wyłącznie natury politycznej.

Jak sugeruje D. Baliszewski, M. Nowotko został „wystawiony” przez swoich partyjnych towarzyszy. Podejrzenia ogniskowały się wokół Mariana Spychalskiego ps. „Marek” i Franciszka Jóźwiaka ps. „Franek”, „Witold”. Pewien ważny świadek przypisywał Jóźwiakowi również nieopatrzne zdekonspirowanie lokalu, w którym miało odbyć się spotkanie z udziałem Findera i Fornalskiej, przez co wpadli oni w łapy Gestapo. Jak na jedno i to samo środowisko aż za dużo osobliwych przypadków. Ba, przypadki w odniesieniu do omawianych afer były raczej wykluczone.

Baliszewski, prezentując swoją nową wersję dokumentalną śmierci Nowotki, oczyszcza via facti z winy braci Mołojców. A ich sprawa miała swoją osobliwą historię. Na fali przemian politycznych w Polsce, w roku 1981, za sprawą siostry Mołojców, Barbary Mołojec-Bernatowicz, ich wina w sprawie Nowotki została pub­licznie i w sposób bardzo dobitny zakwestionowana. Stawką była oczekiwana pośmiertna pełna rehabilitacja braci Mołojców. W swych wypowiedziach, ogłoszonych niemal równolegle w kilku wysokonakładowych krajowych dziennikach, B. Mołojec-Bernatowicz (mimo wątpliwości zgłaszanych podówczas również przez urząd cenzorski) stanowczo oświadczyła, że główny zarzut, jakoby to B. Mołojec (były sekretarz KC KZMP, dowódca słynnej Brygady im. Jarosława Dąbrowskiego, walczącej w obronie republikańskiej Hiszpanii, członek tzw. grupy inicjatywnej partii komunistycznej, która pod przewodnictwem M. Nowotki w nocy z 27 na 28 grudnia 1941 roku wylądowała na spadochronach wraz z radiostacją – która jednak zaginęła – w rejonie Wiązownej pod Warszawą, członek pierwszej „trójki” kierowniczej PPR, obok Nowotki i Findera, odpowiedzialny przed KC za sprawy organizacji i działalności Gwardii Ludowej, osobiście z Nowotką zaprzyjaźniony) był inicjatorem skrytobójczego mordu na jego osobie, jest zarzutem nieprawdziwym i w istocie całkiem absurdalnym i nie udowodnionym. B. Mołojec-Bernatowicz w wywiadzie opublikowanym 22 kwietnia 1981 roku na łamach „Kuriera Polskiego” oświadczyła ponadto, że B. Mołojec nie stawał przed żadnym sądem partyjnym. Nie było dowodów jego winy. Sprawa sławetnej „zbrodni i kary” pozostaje jedynie fatalną hipotezą, zrodzoną w mrokach okupacji przez nieprzyjazną Mołojcom grupkę ludzi. Również fama jakoby Z. Mołojec miał potwierdzić winę własnego brata miała być zwykłym wymysłem. W podobnym tonie pisała również Dorota Terakowska na łamach ,,Gazety Krakowskiej” (nr 83 z 1981 roku).

B. Mołojec-Bernatowicz przypominała, że wszyscy członkowie jej rodziny – rodzice i czterej bracia – zginęli w czasie okupacji, ale najbardziej tragicznie zginęli Bolesław i Zygmunt, bo z rąk własnych towarzyszy partyjnych. Nie kryjąc goryczy wyraziła przekonanie, że już dawno należało przywrócić należny honor jej braciom, bowiem niewinnie pozbawiono ich życia i w dodatku skazano na wykreślenie z pamięci ludzkiej, co było równie bolesne.

Pod koniec 1983 roku na łamach stołecznego „Przeglądu Tygo­dniowego” w związku z aferą braci Mołojców opublikował własne ustalenia i opinie jeden z najbardziej cenionych znawców dziejów PPR, Antoni Przygoński. Zaprezentował poszerzoną wersję ustaleń historycznych w stosunku do wcześniej znanych opisów głównych wydarzeń. Przygoński – co było szczególnie ważne – obficie korzystał ze specjalnej relacji W. Gomułki, napisanej i przekazanej temu histo­rykowi w listopadzie 1977 roku. Gomułka w całej rozciągłości potwierdzał winę Mołojców, ale wnosił też nowe istotne elementy. Przede wszystkim B. Mołojec miał być skazany na śmierć nie przez specjalny „sąd partyjny, któremu przewodniczył Teodor Duracz”, ale przez KC PPR. Stosowną komisję, pod przewodnictwem Teodora Duracza, mającą zapoznać się z całokształtem sprawy kierownictwo PPR powołało dopiero za miesiąc („pod koniec stycznia lub na początku lutego 1943 roku”), już po wykonaniu wyroku na B. Mołojcu. Komisja ta w zasadzie tylko „przyklepała” wyrok wydany zawczasu jednomyślnie przez KC PPR, jak i wyniki przyśpieszonego śledztwa.

A. Przygoński, powołując się na W. Gomułkę, jako datę śmierci B. Mołojca podawał 29 grudnia 1942 roku. Z kolei Pani Mołojec w swojej wersji, przytaczanej również przez Przygońskiego, stwierdzała, że jest faktem niezaprzeczalnym, iż jej brat Bolesław zginął w wieczór sylwestrowy 31 grudnia 1942 roku. A więc i w tej ważnej kwestii nie ma pełnej zgodności co do zasadniczych faktów.

Nic nie mówiło się o specjalnym wyroku na Z. Mołojca, który miał być właściwym zabójcą Nowotki. A. Przygoński stwierdzał jed­nakże, że Z. Mołojec został celowo skierowany do pewnego oddziału partyzanckiego GL w Radomskie, gdzie zginął w lutym bądź w marcu 1943 roku. Wiadomo, że zginął z rąk swoich współtowarzyszy, co później usiłowano ukryć. Według W. Gomułki, Z. Mołojec w rozmowie z ówczesnym sekretarzem radomsko-kieleckiego obwodu PPR Władysławem Skowrońskim miał się przyznać do swojego zabójstwa dodając, że uczynił to na wyraźne polecenie brata i w jego obecności. Brak jednak potwierdzenia takiej informacji w innych źródłach.

B. Mołojec-Bernatowicz odrzuciła także wersję wydarzeń Przygońskiego i to ze względów zasadniczych, akcentując, że W. Gomułka w żadnym razie nie może być traktowany jako ostateczny autorytet w omawianej kwestii, a jego argumentacja nie może być uznana za ultima ratio. Pani Mołojec po raz kolejny oświadczyła publicznie, iż nie przestanie walczyć o przywrócenie dobrego imienia swoim braciom i o ich pośmiertną rehabilitację. Na taką rehabilitację nie chcieli wyrazić zgody prominentni historycy partyjni, którzy argu­mentami, że „z powodu Mołojców nie będzie się z dziejów PPR robić czerwonej oberży…”

Winni zatem czy niewinni? Takie pytanie długo nurtowało opinię publiczną w Polsce, dopóki ostatnie słowo wypowiedział w swoim programie telewizyjnym D. Baliszewski. Ale czy sprawa jest już całkowicie zamknięta? Nie wydaje się to jeszcze takie oczywiste. Wojna i okupacja pozostawiła nam mnóstwo podobnych skompli­kowanych i mrocznych problemów, w których długo nie można było postawić kropki nad „i”.

Jako uzupełnienie wątku klęsk polskich komunistów podam jeszcze, że 28 sierpnia 1943 roku została rozstrzelana na Pawiaku ledwie 19-letnia przewodnicząca ZWM na Ochocie i Kole Wanda Zieleńczyk ps. „Dziula”, znana jako wybitnie utalentowana poetka, autorka słynnego „Marsza Gwardii Ludowej” („My ze spalonych wsi…”) i wielu wspaniałych wierszy drukowanych w lewicowej prasie konspiracyjnej. Była cioteczną siostrą Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Po wskazaniu przez konfidenta 21 lipca 1943 roku zabrano ją z miesz­kania przy Koszykowej w Warszawie wraz z ojcem, profesorem filologii Adamem Zieleńczykiem, matką Jadwigą oraz siostrą Jadwigą Kocan. Niemcy rozstrzelali wszystkich.

Źródło: Jacek Wilanowski, Srebrniki Judasza. Konfidenci niemieckich władz bezpieczeństwa w okupowanej Polsce 1939-1945, Agencja Wydawnicza CB, Warszawa 2004, ss. 104-111.

Dodaj komentarz