Okruchy niepoprawności: jak nie być oszołomem


kurowicki-2„Oszołom” to słowo, które zrobiło karierę w minionym ćwierćwieczu. Oznacza kogoś, kto (nawet przemocą) chce wybranej grupie wartości podporządkować wszystkie inne oraz całą ludzką działalność. Słyszeliśmy więc nie raz takie hasła: „Wszystko jedno jaka będzie Polska, nieważne, czy ludziom będzie żyło się dobrze, czy źle – oby tylko była katolicka”. Albo: „Liczy się tylko logika gospodarcza i możliwości narodowego rynku”, lub: „Polska dla Polaków”.

Słyszeliśmy też wiele podobnych, wykrzykiwanych z błyskiem w oku i wykrzywieniem ust. Bywalcy kulturalnych salonów wietrzą za nimi faszyzm lub coś doń zbliżonego. Wielu na ich dźwięk zatrzasnęłoby drzwi i zabarykadowało się.  Boją się. Wołają o rozwagę. 

Ujęcie Hermanna Brocha

Nie jest to jednak takie proste: przeciągi polityczne przenikają bowiem nawet najszczelniejsze mury na świecie. Rzecz więc nie w zamykaniu się. Sprawa jest poważniejsza i ma swoje źródła nie tyle w wydarzeniach ostatnich 25 lat w Polsce, lecz w procesach głębszych, toczących się przez cały okres trwania kultury europejskiej – od co najmniej połowy XIX w. po chwilę obecną. I problem nie tyle w tym, że ktoś widziany jest jako oszołom, lecz jak oszołomem nie być.

Doskonale zdawał sobie z tego sprawę już np. Hermann Broch, gdy prawie przed stuleciem pisał w „Lunatykach”, że „człowiek, niegdyś obraz i podobieństwo Boga, zwierciadło wartości świata, którego był nosicielem, już nim nie jest; choćby zachował jeszcze jakieś poczucie dawnego bezpieczeństwa, choćby zadawał sobie pytanie, jaka to nadrzędna logika przekręciła mu sens, człowiek wypchnięty w przerażającą nieskończoność, choćby dreszcz go przechodził, choćby pełny był romantyzmu i sentymentu i tęsknił za ostoją w wierze, będzie bezradny w trybach usamodzielnionych wartości i nie pozostanie mu nic innego, jak poddać się pojedynczej wartości, która stała się jego zawodem, nie pozostaje mu nic innego jak stać się funkcją tej wartości – zawodowiec, pożarty przez radykalną logiczność wartości, w której pazury się dostał”.

Broch zdaje się mieć rację: człowiek – od kresu średniowiecza po współczesność – nie jest już zwierciadłem wartości świata. I nie przypadkiem przeraża pisarza, że np. logika wojska, które, jeśli – wedle jej kalkulacji – wymagać będzie tego sytuacja, doprowadzić może do wytępienia narodów, ostrzeliwania cywilów, katedr i szpitali. Logika menedżera wieść będzie do wyniszczenia konkurencji. Logika malarza –  do tworzenia dzieł zrozumiałych tylko dla twórcy. Czy wreszcie logika przekrętów mieszczańskiego kombinatora, mieszcząca się w bezwzględnej konsekwencji hasła „bogaćcie się!”, prowadzić może do utrwalania obszarów nędzy i wykluczenia, zaś logika polityka do dyktatury, aby tylko osiągnąć swe wyabsolutnione cele. A jeżeli ktoś się temu przeciwstawi, zostanie wykluczony, wyśmiany lub ukarany (niepotrzebne skreślić) za brak odpowiedzialności lub odpowiedniego moralnego kręgosłupa.

To wszystko stanowi rezultaty ludzkiej bezradności w trybach, jak powiada Broch, usamodzielnionych wartości, które właśnie ujawniły się z przeraźliwą jasnością zwłaszcza już w drugiej połowie XIX wieku. Wówczas to, skutkiem złożonych procesów ekonomicznych, politycznych i kulturowych, człowiek, ze swym systemem wartości humanistycznych, okazał się tworem czegoś wobec niego zewnętrznego: sprzecznych stosunków społecznych, anonimowych instytucji, ślepej gry rynkowej.

Procesy te właśnie rodzą oszołomstwo. W tym nasze, swojskie, wędzone na tradycji narodowej. Jednakże ono do tego się nie sprowadza. Jest wszędzie, bo nie ma w człowieczym świecie miejsca, gdzie nie panowałyby usamodzielnione wartości, wymuszające swą obłędną logikę. Wyraża się ono między innymi – przez wielkie słowa, przywoływane w różnych okolicznościach i odmieniane na wszystkie sposoby. Oszołomstwo, często niedostrzegane, jest więc i wewnątrz kulturalnych salonów, bo i one podlegają niestety wartościom wyabsolutnionym.

Wszyscy jesteśmy nim przeżarci. Na pytanie więc: „jak nie być oszołomem?” – odpowiedzieć można tylko tak: nie żyjąc w świecie współczesnym. Ale odpowiedź ta jest tak czarna, że lepiej spać i lunatykować jako bohaterowie Brocha, niż ciągnąć dalej ten wątek. Albo – poddać jego treści krytyce. Nie jest to jednak takie proste.

Diagnoza Tadeusza Krońskiego

Oto w latach 1942-1943 powstał znamienny esej polskiego filozofa Tadeusza Krońskiego pt. „Faszyzm a tradycja europejska”. Czesław Miłosz powiedział o nim, że „jest to dzieło dziewiętnastowiecznego liberała, porażonego totalitaryzmem”. Choć na pierwszy rzut oka brzmi to paradoksalnie. Jakżesz to?! Wszak to autor z XX w.! Skąd więc dziewiętnastowieczność jego liberalizmu? Miłosz jednak ma rację. Kroński był myślicielem wcześniejszego stulecia, mimo, że doświadczył faszyzmu bezpośrednio, w najbardziej okrutnej i obrzydliwej jego postaci. Myślenie Krońskiego bowiem nie dorastało do własnych jego doświadczeń.

A punkt wyjścia miał podobny jak Broch w „Lunatykach”. Zauważa oto, że duchowa substancja faszyzmu to rezultat wyabsolutnienia pewnych wartości. Tyle, że dla autora „Lunatyków” owo wyabsolutnienie było rezultatem społecznej historii, która sprawiła, że człowiek przestał być „zwierciadłem wartości świata”. Rozsypało się ono, i człowieka uczyniło funkcją wartości wyosobnionych.

Według Krońskiego jednak jest inaczej. Tylko totalitaryzm wedle niego dokonuje  ich wyosobnienia. Człowiek, jak chce tradycja renesansu i liberalizmu, nadal w sobie je scala. Dlatego faszyzm traktuje on jako anomalię, dewiację, patologiczną postawę.

I tu właśnie przejawia się dziewiętnastowieczność tego filozofa. Wiara bowiem w możliwość owego scalania wartości skończyła się na Zachodzie już w latach dwudziestych XX w.. Dał temu wyraz nie tylko Broch, ale i T. Mann, Hesse czy Musil; w filozofii zaś np. Ortega y Gasset. Dziewiętnastowieczność ta jednak jest piękna i pełna wdzięku. Bo pozwala na wzniosłą i wyniosłą pogardę. Równocześnie na spokój intelektualny i luksus odrzucenia tego skądinąd obrzydliwego zjawiska.

Ujmując faszyzm jako rezultat wyabsolutniania wartości, mógł Kroński napisać, że: „Ojczyzna, rodzina, religia stają się w ten sposób martwymi przedmiotami, pomyślanymi jako wieczne, niezmienne i od człowieka niezależne. Stosunek do tych wartości musi więc być zupełnie inny u faszysty niż u patrioty typu tradycyjnego. Ten ostatni żył w nich, i żyjąc w nich żył też dla nich. Włoch czy Hiszpan był Włochem czy Hiszpanem w sposób naturalny i w sposób naturalny był też patriotą. (…) Chrześcijanin jest wierny swej religii, bo w nią wierzy, bo o n w nią wierzy. Czciciel tradycji narodowej żyje w niej naprawdę i naprawdę ją kocha: o n  w niej żyje i o n  ją kocha. Ale nasza epoka dokonała tu zmiany rewolucyjnej. Wartości stały się przedmiotami kultu, przestano w nich żyć i zaczęto o nich myśleć jako o samoistnych tworach. Włochy i Niemcy stały się dla Włocha i Niemca jakimiś straszliwymi mumiami wydartymi z żywej tradycji”.

Post Scriptum

I tak dalej i dalej. Tyle, że przecież nie ma już nigdzie patriotów typu tradycyjnego. Nie ma też prostodusznych czcicieli tradycji. A  wartości rzeczywiście wyniosły się ponad człowieka, bo on już ich w sobie nie skupia. Nie jest ani ich zwierciadłem, ani skupiającą je soczewką, lecz – co najwyżej – zwyczajną szybą przepuszczającą rozproszone światło.

Dlatego po stokroć ma rację Broch, kiedy pisze: „Wielki jest strach człowieka, który uświadamia sobie swoją samotność i ucieka od własnej pamięci; pokonany i odrzucony popada w najgłębszy, zwierzęcy strach, w strach kogoś, kto doznaje przemocy i zadaje przemoc, i popada w przemożną samotność, a jego ucieczka, jego rozpacz i jego apatia mogą stać się tak wielkie, że musi on myśleć o tym, żeby zrobić sobie coś złego, żeby ujść niewzruszonemu prawu biegu zdarzeń”.

I strach ten stale gości między nami. Wspominanie zaś myśli Krońskiego to intencjonalny powrót do bajki, która dzisiaj nawet nie udaje prawdy. Jak to bajka. Zastępuje jednak ona odpowiedź na pytanie: jak wobec tego, nie będąc oszołomem, być człowiekiem?

Trudno powiedzieć. Bo ten strach rodzi konformizm: ślepe podporządkowanie grupie, która zaraża emocjami, a blask jej wartości zaślepia, wykluczając krytycyzm.

Jan Kurowicki

Źródło: Portal „strajk.eu”


O Jan Kurowicki

Filozof, krytyk literacki, poeta, eseista i prozaik. Ukończył Wydział Filozoficzny na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował jako poeta w 1966 roku na łamach tygodnika „Kultura”. Od 1983 roku był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Wrocławskiego. Kierownik katedry Nauk Społecznych Akademii Ekonomicznej im. Oskara Langego we Wrocławiu na Wydziale Gospodarki Regionalnej i Turystyki w Jeleniej Górze. Członek Stowarzyszenia Marksistów Polskich i Polskiego Towarzystwa Hegla i Marksa.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.