Okruchy niepoprawności: o krytycyzmie i maści na powieki


Gdy chce ktoś (np. przeprowadzając wywiad) załatwić autentycznego artystę, pisarza czy intelektualistę – zwłaszcza w czasach „dobrej zmiany” – zapytuje bez ceregieli, co ma do zaproponowania światu i Polsce pozytywnego? Na to jednak pytanie nie ma zadawalającej odpowiedzi, choć ojczyzna wciąż w potrzebie i do czynu gotowe legiony patriotów. Wprawia więc ono w zakłopotanie.

Złe pytanie

Zapytany może wzruszyć ramionami. Bąknąć, że sama twórczość, niezależnie od bezpośredniej treści, jest zawsze czystą pozytywnością, afirmacją świata i darem dla wszystkich. Bo się wydarzyła! Stanowi wyraz chęci włączenia się weń. A także – w bytowanie ojczyzny.

Bo cóż tu jeszcze gadać? Że na przykład przygotowuje nowe dzieła albo przemyślenia o pięknie dobrze i prawdzie? Że pokaże w nich, iż ludzie nie tylko są źli, a ich życie śmieszne i groteskowe, ale też pełne godności i wzniosłości? To przecież można przeczytać w powieściach dla kucharek, w katechizmie czy w byle gazecie. Zobaczyć w TV. Usłyszeć w byle programie radiowym od politycznych lub dziennikarskich papug.

Artysta, pisarz czy intelektualista nie są od tego.

Przykład Lema i Vincenza

W jednym z opowiadań pokazywał Stanisław Lem taką sytuację. Oto wytworna sala restauracyjna. Przy stolikach – goście. Dobrze ubrani, urodziwi i wysportowani. Śmieją się. Rozmawiają. Piją i jedzą. Trunki, napoje i potrawy podają im dyskretni i uprzejmi kelnerzy. W jej wnętrzu roznoszą się wonie win i koniaków, cygar i perfum. Słychać dźwięki dyskretnej muzyki.

Narrator ulega na jakiś czas urokowi tego miejsca. Jednak w pewnej chwili otrząsa się, jakby się obudził ze snu, albo przestał działać zażyty narkotyk. I nagle widok się zmienia.

Oto obskurna mordownia. Nora. Ciemna i śmierdząca. Siedzą w niej jakieś obleśne, brudne indywidua obojga płci. Wydają bełkotliwe dźwięki. Piją i palą jakieś ohydztwa. Kaszlą. Na ich ciałach zwisają łachmany. Niektórzy z nich zamiast rąk czy nóg mają źle dopasowane protezy. A w czymś, co przypomina kuchnię – przyrządza się dla nich m.in. potrawki z siana i mięsa szczurów. Itd., itp.

Nie opisuję dosłownie tej sceny, bo nie mam pod ręką utworu Lema, w którym znajduje się ona. Ale obraz tej sytuacji jest mniej więcej właśnie taki. Ma zaś ukazywać, że ludzie żyją w świecie pozoru, który biorą za realność. Nie zawsze jednak są w stanie odsłonić rzeczywisty charakter swego położenia.

Filozofia, sztuka, zwłaszcza w jej obrębie literatura, służy właśnie m.in. ukazywaniu tego faktu. I Lem, jako filozof i pisarz, czyni to swym opowiadaniem. Ukazuje, że zawsze w pewnym momencie kończy się sen, w który wprawiają nas ideologiczne mity lub działanie różnych środków zniekształcających postrzegane treści rzeczywistości. I to oferuje autentyczna twórczość. Budzi i odkłamuje. Choć nie jest (i nie musi) być to przyjemne.

Ale opisana przez niego sytuacja zdaje się stanowić tylko swoistą trawestacją podobnej opowieści Stanisława Vincenza: o adiutancie zbójnika Dobosza, którego zaprosiły na bal do zamku złe duchy. Jednakże w pewnym momencie trwania wspaniałej zabawy ujrzał on, że muzykanci raz po raz sięgają do stojącej obok nich misy i czymś tam smarują sobie powieki. Gdy zrobił to samo – zobaczył nie balujących panów i damy, lecz szkielety, którym przygrywają diabły. Zamek zaś okazał się pustą ruiną. „Czyli – jak skomentował to Cz. Miłosz – z wewnątrz znalazł się na zewnątrz”.

Motyw i przesłanie Lema są, na pierwszy rzut oka, podobne. W obu wszak przypadkach chodzi o środki, które pozwalają nie ulegać iluzjom, nawet, gdy jawią się one, jako bezpośrednio dane realia. Tyle, że szalona to różnica, czy znajduje się je w nowoczesnej rekwizytorni intelektualno-artystycznej, z góry zakładającej dystans wobec potocznego, bezkrytycznego postrzegania świata, czy w magiczno-baśniowej, w której tego dystansu nie ma.

Maść bowiem z opowieści Vincenza znajduje się tylko w obrębie świata baśniowego, jako środek na czary diabłów. Ale wszak formy zaczarowania nadal mogą nad nami panować, bo brak owym muzykantom środków, by się znaleźć poza ich baśniową naturą. Nie całkiem tedy, wbrew Miłoszowi, znajdują się oni na zewnątrz, bo tkwią w tym świecie.

Autentyczny artysta, pisarz czy intelektualista znajduje się całkowicie poza nim. W świecie odczarowanym. Bez diabłów i maści na ich psoty. Gdy zaś za ich sprawą zasłona pozoru się podnosi – sama ta czynność może być żenująca dla tych, wobec których (i dla których) to się czyni. A widok pod nią nie może być inny, jak przygnębiający. Bo rozpływa się, jak u Lema, wytworna sala restauracyjna bytu, znika pogoda i bezpieczeństwo. Pojawia się brud i smród tego świata. Jego pustka, której trzeba sprostać. Więc się nasz rozsądek przed tym broni i odrzuca jako czarnowidztwo. A jego rzecznicy wciąż pytają: co ma on do zaproponowania światu pozytywnego?

I najczęściej mają pretensje, że w ich odpowiedziach nie ma tego, czego oczekują. Bo to, co tu pokazuję uznają tylko za wykręty i usprawiedliwienie czarnowidztwa.

Bajka o muchomorze

Warto wtedy sobie przypomnieć, że dawno, dawno temu, bo na początku drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, ukazał się tomik poetycki prawie zapomnianego dziś znakomitego poety Jerzego Harasymowicza pt. „Mit o św. Jerzym. A w nim wiersz pt. „Muchomor”, który na ten temat mówi coś istotnego. Nie zacytuję go, bo książka mi zaginęła, ale opowiem.

Było tak: polną drogą szedł sobie w kierunku Krakowa muchomor. Niósł pod pachą „Gazetę Artystów”. I już z oddali było widać, że jest czymś bardzo zmartwiony. Poeta zapytał o powód. „Nikt mnie nie lubi, – powiedział grzyb – wszyscy unikają. Mówią, że jestem trujący. Ale ja przecież jestem artystą. Nie do żarcia!”.

Każdy autentyczny pisarz, intelektualista czy artysta nie jest właśnie do żarcia, czyli do gładkiej konsumpcji duchowej, która daje błogość i poczucie miłego rozleniwienia. Zamyka wśród sennych, narkotycznych lub baśniowych iluzji zdrowego rozsądku. Jest muchomorem, pięknie czerwieniącym się wśród leśnych traw. A jego kapelusz upstrzony jest cudownie rozłożonymi białymi kropkami. Dlatego artysta i intelektualista czy pisarz wymagają od odbiorów dystansu i go dla nich tworzą. Inaczej – tylko trują.

Zżymali się zawsze i zżymają na to polityczni, religijni czy ideologiczni kołtuni. Chcą w muchomorze widzieć borowika, a przynajmniej podgrzybka lub kozaka. Lecz muchomor jest tylko muchomorem…

Tak samo pisarze, artyści i intelektualiści: tworzą coś z rozmamłanych pozorów, wśród których upływa nasze życie i już przez ten fakt dają coś takiego, jak ów piękny wytwór lasu. I już formą swych dzieł proponują, aby zastanawiać się nad podstawami wszystkiego, co w życiu zdaje się mieć sens i być naturalne. Choćby jak muchomor i leśna trawa, w której tkwi.

Dlatego tak niewiele dla nich miejsca zwłaszcza w dzisiejszej Polsce. Stanową mało słyszalny i dostrzegany margines. Zwłaszcza, gdy rozkwita „dobra zmiana” i narodowo-religijny fanatyzm.

Powiem więc na koniec, że i ja się na nim znajduję. Wydaję się więc sobie muchomorem. Tym bardziej, że to, co tu oferuję, jest na swój sposób czerwone. A we wspaniałym naszym ustroju (zwłaszcza w postaci aktualnego katopisolandu) uchodzi to za niestrawne, jeśli nie za trujące. Także tedy nie jestem do żarcia. Raczej dla ozdoby.

W przeciwieństwie jednak do grzyba z utworu Harasymowicza – nie martwi mnie, że wielu mnie nie lubi (czy – po lekturze moich tu publikacji – nie polubi). Przeciwnie: im będzie ich więcej, tym lepszy będę miał humor, gdyż podkreśli to tylko moją osobność.

Jan Kurowicki


O Jan Kurowicki

Filozof, krytyk literacki, poeta, eseista i prozaik. Ukończył Wydział Filozoficzny na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował jako poeta w 1966 roku na łamach tygodnika „Kultura”. Od 1983 roku był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Wrocławskiego. Kierownik katedry Nauk Społecznych Akademii Ekonomicznej im. Oskara Langego we Wrocławiu na Wydziale Gospodarki Regionalnej i Turystyki w Jeleniej Górze. Członek Stowarzyszenia Marksistów Polskich i Polskiego Towarzystwa Hegla i Marksa.

Dodaj komentarz