Okruchy niepoprawności: swojacy i ludożercy


Ksenofobia, nacjonalizm, rasizm i inne paskudztwa ideologiczne nie spadły na polską, „nareszcie wolną” krainę bynajmniej niespodziewanie. Jak grom z jasnego nieba. Ani też jej tubylcy nie zostali nimi zarażeni dopiero przez mroczne  wyziewy umysłu Jarosława Kaczyńskiego i złego ducha, który opętał jego wyznawców. Przeciwnie: tkwiły one i tkwią wśród nich od wielu dziesiątków lat.

Teraz zaś, gdy nastały sprzyjające okoliczności, zostały przebudzone. Nie tylko przez rządzącą aktualnie partię wraz z kościołem. Głownie przez wciąż bezkarny nasz kapitalizm,  porażający biedą i brakiem perspektyw klasy ludzi pracy. Nieustannie ogłupianych przez media wszystkich politycznych odcieni. I pogrążanych przez nie w oparach mistyfikacji.

Dlatego moralizatorskie zaklęcia i wiecowe pokrzykiwania „prawdziwych demokratów” i „szczerych Europejczyków” nic na to nie poradzą. Są oni bowiem równie (intelektualnie i praktycznie) bezradni jak wyznawcy tych demonów są pewni siebie i swego. Wyrastają bowiem z głębszego podłoża, niż zdaje się to wszelkim bijącym pianę obrońcom „obywatelskich wartości”, zachowującym liberalne reguły poprawności politycznej i wiarę w Raj, który w końcu Polakom przyniesie wolny rynek.

Spójrzmy więc na pewne wybrane momenty tego podłoża.

Słodycz swojskości

Jest taki dowcip z brodą: czarni ludożercy złapali Niemca, Rosjanina i Polaka. Ich wódz pierwszego przeznacza na śniadanie, drugiego na obiad. Wskazując zaś Polaka – mówi: „jego zapraszam na oba posiłki, bo to mój osobisty przyjaciel ze studiów na krakowskim AGH”.

Dobre, prawda? I ciągle śmieszne. Ponadto jak wspaniale ukazuje, że przyjaźń może być więcej warta, niż pieczyste z Polaka. A także, że kolorowy zawsze pozostaje dziki. Nawet gdy ukończył AGH.

Śmieszność jednak zanika, gdy przywołujemy sobie fakty, które nie raz odnotowywali etnologowie. Bo oto zdarzało się wielokroć, że kiedy młodzi ludzie z tak zwanych „społeczności pierwotnych” wracali wyedukowani nawet na renomowanych, światowych uczelniach do swych rodzin i wiosek – zrzucali z siebie stroje i pozbywali się nabytej tam ogłady. Malowali twarze i ciała. Zakładali przepaski na biodra. Uczestniczyli w tańcach i obrzędach. Zostawali wodzami albo czarownikami. To zaś, co u obcych poznali, i z ich kultury przyswoili sobie, bywało skrzętnie zawiązywane w węzełku pamięci. I poniewierało się w nich gdzieś na jej zapleczu.

Oczywiście nie było to (i nie jest) zjawisko masowe. Niemniej ma ono miejsce (niekoniecznie zresztą wśród dzikich ludożerców) i daje do myślenia. Oznacza, że o tym, jak ktoś myśli i zachowuje się, nie decyduje sama wiedza czy przyswojenie formy funkcjonowania. Wychodząc z pewnej wspólnoty (np. „pierwotnej”) niosą ludzie z sobą (i w sobie) pewne właściwe jej poczucie swojskości i tożsamości, która tym większa, im bardziej ona zamknięta. Wyłączona z ogólnych, ponadlokalnych zależności społecznych i kulturowych.

Tej natomiast swojskości (i tożsamości) przeciwstawia się obcość środowisk, w które rzucił ich los. Mniej lub bardziej przystosowują się do nich, lecz trwają w tym, co wcześniej zostało w nich już ukształtowane. Co określa ich widzenie świata i siebie.

Kiedy więc przychodzi do powrotu – wraca słodycz swojskości. Człowiek czuje się znowu u siebie. I ściera z duszy i ciała kurz obcości. Zapamiętuje – co najwyżej – jak w tej anegdocie – dawnego przyjaciela z AGH. Choć doskonale wie, że ten drży przed jego kulinarnymi upodobaniami…

Kulturowe powroty

Dotyczy to jednak nie tylko ludzi z tzw. kultur „pierwotnych”. Albo to bowiem raz pisano czy mówiono o wychodźcach z naszej tradycjonalnej wsi (np. o naukowcach, pisarzach, biznesmenach itp.), którzy po powrocie na stałe „do siebie” (czyli do „prawdziwej” swej ojczyzny) mówili gwarą, tak samo, jak inni? Czcili lokalne autorytety? Korzyli się przed proboszczem? Jeździli na pielgrzymki i wracała im religijność ludowa w pełni swej dziecięco – konserwatywnej naiwności?

Nie wszyscy. Prawda. Ale po dziś ma to miejsce. Tyle, że teraz ani owe wspólnoty nie są w pełni pierwotne, ani nasza wieś tak tradycjonalna, jak jeszcze kilka dziesiątków lat wstecz. Składniki zaś dawnej swojskości umarły i stały się muzealnymi zabytkami. A dawne wzory zachowań, stosunki człowieka do człowieka, sposoby życia, obyczaje, tradycje zapełniają coraz bardziej tylko książki oraz głowy uczonych albo miłośników dawności.

W sferze odczuć i zachowań natomiast dominują nie one bynajmniej. Zastąpiły je bowiem swoiste towary z osobliwego kulturowego supermarketu. Jego półki i magazyny wypełniają podróbki różnych martwych już (lub zaledwie półżywych) form i treści świata tradycjonalnego. I – w obrębie panującej wszechwładnie, globalnej pop-kultury – tworzą one przedziwny misz-masz wraz z zunifikowanymi wytworami przemysłu kulturowego.

Można wśród nich wszystkich wybierać i przebierać. Bawić się nimi. Przyjmować jakąś tożsamość tylko na moment. Ale już dla ich  nabywców „prawdziwe” życie toczy się inaczej i gdzie indziej: jako konsumpcyjny proces, który ani nie zaczyna się, ani nie kończy na tym wybieraniu i intencjonalnym utożsamianiu się, lecz jest tylko nieustannym manifestowaniem pozycji w społecznym wyścigu szczurów.

Wyraźnie to widać w pozornie schizofrenicznym rozdwojeniu naszych świeżych nuworyszy – ekonomicznych beneficjentów transformacji oraz młodych inteligenckich elit (wyrosłych już od początku w „wolności”). Rozkraczonych między kosmopolityzmem (światowcy, europejczycy itp.), a ich właśnie manifestowaną konserwatywną zaściankowością i parafiańszczyzną, do której kostiumy i formy bycia zaczerpnęli z owego supermarketu kulturowego.

Pozwalają im one uchodzić np. za neopowstańców, dumnych spadkobierców narodowych męczenników i „żołnierzy wyklętych”. Czy wreszcie za kościółkowych gorliwców, pragnących wierzyć, że jest w Polsce możliwy mityczny „nowoczesny” Kościół. Choć u nas każda w zasadzie jego odmiana kręci się tylko wokół tradycjonalnego różańca Rydzyka. I sporo w nich nawet emocji, choć mało autentyzmu.

Wszak dzisiejszy polski tradycjonalista (jak i pseudopostępowy nuworysz) jest mieszanką plebejskiej prostoty umysłowej (przerastającej w prostactwo) oraz postszlacheckiej czy pseudoszlacheckiej bufonady. Choć większość z nich wstydzi się swoich „rodowych” kaloszy i wystającej z niej słomy. Wmawia sobie pańską genezę. I dworek, a nie chałupa z oborą jest obiektem jego westchnień.

W międzyczasie – czy ktoś chce tego, czy nie – umierają wszelkie ojczyzny lokalne oraz znaki i oznaki tożsamości narodowych. Choć próbuje się je sztucznie wskrzeszać: tworząc skanseny, muzea narodowych świętości; dokonując recyklingu folkloru, łożąc bez sensu na IPN i święta rocznicowe.

Nikt jednak, a zwłaszcza marnotrawny nasz Kościół, nie posiada cudotwórczego talentu wskrzesiciela Łazarza, bo na odrodzenie minionych swojskości wsi i ojczyzny ideologicznej ma za narzędzia tylko stereotypowe rytuały i pusty jak powietrze moralizatorski język.

Plemiona dzisiejszych ludożerców

Czy więc pozostało tylko opowiadanie anegdot, choćby o ludożercy i pięknej jego przyjaźni do kolegi z AGH?

Niekoniecznie.

Oto od kilku przynajmniej dziesięcioleci pojawiają się (i rozpadają) nie znane przedtem, swoiste plemiona nowych ludożerców. Nie są one jednak dziedzicami praktyk swych pradawnych przodków. Przeciwnie: oni sami je dla siebie tworzą z „materiału, jaki mają pod ręką” (czyli w supermarkecie popkultury), by poprzez niego uzyskać na powrót aurę tradycjonalnej swojskości i tożsamość. Naśladują tylko i przyswajają sobie dawne, zewnętrzne oznaki, formy i symbole.

Niektórzy noszą więc tatuaże, maski lub w szczególnych okolicznościach malują twarze i torsy. Posiadają totemy i sztandary. A wszyscy oni znaleźli się w tych plemionach, bo marginalizują ich i wykluczają neoliberalne mechanizmy naszego najwspanialszego „wolnego” świata. I spychają na społeczne dno. Tylko nie nazywa się ich ludożercami, a kibolami, dewotami, narodowcami, konserwatystami, elektoratem PiSu itp.

I znajduje się wśród nich także wielu ludzi starannie wykształconych o widocznym kulturalnym obyciu. Nie przypadkiem. Wszak i oni w obecnym ładzie mogą nie widzieć miejsca dla siebie. Ani perspektyw. A z opowieści dziadów i rodziców; ze szkół, kazań i lektur przyswoili sobie wizję owej plemienno-narodowej swojskości, której nigdzie już nie ma, a panoszą się jej substytuty. To więc wykształcenie i całą kulturę skrzętnie ukryli w węzełku pamięci i pozwalają, by poniewierały się gdzieś na jej zapleczu. Sami zaś stają się wodzami lub ideologicznymi szamanami. Te zaś substytuty czynią swymi znakami rozpoznawczymi.

Szczególne jednak wśród nich miejsce zajmują setki tysięcy absolwentów, wytworzonych przez liczne publiczne i prywatne szkoły wyższe po 1989 r.. Tych, co nie spadli wprawdzie na margines nędzy, z rzadka też stając sie bezdomnymi. Nie mają jednak żadnego, trwałego zakorzenienia w strukturach produkcyjnych, usługowych czy w instytucjach państwowych. Żyją w swoistej próżni. Pałętają się oni na bezrobociu lub od jednej do innej umowy śmieciowej i swoją przyszłość widzą jako pustą, bezbarwną smugę.

Są we własnych oczach w gorszym położeniu od uczestników wyścigów szczurów, bo zabrakło dla nich nawet miejsca na starcie do wybiegu.

Jeszcze przed wojną zbliżoną do nich warstwę społeczną nazywał St. Czarnowski „ludźmi zbędnymi w służbie przemocy”. Oni szczególnie są podatni na konserwatywne, nacjonalistyczne i ksenofobiczne lub faszystowskie hasła i działania antysystemowe. Tym bardziej, że maja zerową wyobraźnię socjologiczno-historyczną, za to rozbuchane ponad miarę aspiracje i uczuciowość.

Niemca, Ruskiego, wyznawcę islamu jak i każdego innego Żyda żywcem by pożarli lub spalili, ale do wspólnej uczty zaprosiliby pewnie dawnych kumpli ze szkoły, uczelni czy miejsca pracy. Pod warunkiem jednak, że są to „prawdziwi Polacy”, choć może nie do końca na oczy przejrzeli i jeszcze nie przystali do jednego z właściwych sobie plemion.

Na resztę zaś – ostrzą sobie zęby.

Jednak nie przypadkiem (przy aktywnym poparciu władzy państwowej) już ćwiczą ideologiczną nekrofilię, otwierając i zamykając dawne i niedawne mogiły. Gryzą i przeżuwają w wyobraźni święte kości minionych bohaterów i wodzów. Wierzą w jedyną i oczywistą prawdę. Wystarcza im zaś państwowa telewizja lub Internet. I niedzielne nabożeństwo.

W trakcie zaś masowych spotkań i imprez piją piwo i wódkę. Oszałamiają się czasem narkotykami. Wznoszą bojowe okrzyki. Rzucają kamieniami i biją kijami bejsbolowymi. Ale kiedyś (może niebawem) nauczą się robić smakowite pieczyste z wrogów i obcych.

Wtedy raczej nie będzie już nam do śmiechu.

Jan Kurowicki


O Jan Kurowicki

Filozof, krytyk literacki, poeta, eseista i prozaik. Ukończył Wydział Filozoficzny na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował jako poeta w 1966 roku na łamach tygodnika „Kultura”. Od 1983 roku był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Wrocławskiego. Kierownik katedry Nauk Społecznych Akademii Ekonomicznej im. Oskara Langego we Wrocławiu na Wydziale Gospodarki Regionalnej i Turystyki w Jeleniej Górze. Członek Stowarzyszenia Marksistów Polskich i Polskiego Towarzystwa Hegla i Marksa.

Dodaj komentarz