Półdemokracja – półdyktatura


Eksport demokracji

Na firmamencie światowego politykierstwa, którego nie należy mylić z polityką, od pewnego czasu błyszczy postać prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Być może dzięki temu nasza gwiazda, rezygnując z przyjętej w języku dyplomacji elegancji, wprowadza w publiczny obieg takie „szczere wyznania”, które nie przystoją profesjonalnemu politykowi. Mieszkańcy północnej Ameryki w czasie wysokiej oglądalności mogli 21 sierpnia 2017 roku zapoznać się z telewizyjnym wystąpieniem Trumpa z okazji szesnastej rocznicy przegranej amerykańsko-afgańskiej wojny. W jego mowie do narodu szczególną uwagę zwróciło kategoryczne stwierdzenie prezydenta USA: „Nie będziemy już używać sił amerykańskich do budowania [building] demokracji w odległych krajach, ani do przebudowy tych krajów według naszych wyobrażeń. Z tym koniec!”.

Dla wielu ludzi starszego pokolenia przytoczona formuła o „budowie demokracji” brzmi zaskakująco znajomo, jeśli zważyć, że w swoim życiu sporo nasłuchali się o „budowie socjalizmu” czy „budowie komunizmu”, a w Związku Radzieckim wyrażenia stroitielstwo kommunizma, stroitielstwo socializma czy partijnoje stroitielstwo miały wręcz obiegowy charakter. Nie powinno także nikogo zaskakiwać, że także trumpowska „przebudowa” brzmi analogicznie, tym razem jak pieriestrojka z retoryki Gorbaczowa. Przede wszystkim jednak należy pokreślić, że samo hasło „budowy demokracji” zdaje się mieć wielce mylącą wymowę, jeśli zważyć, że w praktyce realnie służy jako swego rodzaju zasłona dymna dla realizacji amerykańskiej polityki światowego rozwoju kapitalistycznej gospodarki, zwłaszcza w wersji kapitalizmu państwowego, częstokroć wprowadzanego odgórnie także za pomocą przemocowych mechanizmów politycznych.

Upowszechnianie w publicznym obiegu mylącej terminologii występowało co prawda w innej postaci, także w krajach bloku wschodniego. Dość przypomnieć stosowaną w nich terminologię, wedle której obowiązująca w nazwie kraju formuła „demokracja ludowa” uzyskała oficjalny i wręcz ustrojowy status. Trzeba przypomnieć, że w języku polskim greckie słowo „demokracja” tłumaczy się jako „władza ludu”, co automatycznie przeradza nazwę „demokracja ludowa” w absurdalne wyrażenie „władza ludu ludowa”. Tym razem w strefie rublowej skrywał się za nim kapitalizm państwowy z socjalnym ukłonem, działający w warunkach zimnej wojny pod patronatem państwa stanu wyjątkowego.

Nie da się ukryć, że bilans szesnastoletniej amerykańsko-afgańskiej wojny przedstawia tragiczny obraz. Przekraczające 30 tys. osób ofiar śmiertelnych straty wśród ludności cywilnej, w walkach zginęło ponad 31 tysięcy afgańskich żołnierzy i policjantów oraz 42 tysiące talibów i ich sprzymierzeńców, co w sumie przekracza sto tysięcy śmiertelnych ofiar. Do tych danych należy dodać straty wojsk amerykańskich – 2371 żołnierzy, 3946 funkcjonariuszy formacji paramilitarnych, firm ochroniarskich czy wolontariuszy – oraz 1136 żołnierzy wojsk sojuszniczych NATO, w tym 43 członków polskich sił zbrojnych. W sumie około siedem i pół tysiąca ofiar śmiertelnych po stronie atakujących sił amerykańskich.

Jeśli zważyć, że koszty wojny w Afganistanie zbliżyły się do 800 mld dolarów, to staje się zupełnie jasne, że toczy się ona przez lata niezgodnie z regułami sztuki, skoro przynosi straty, zamiast być źródłem dochodu dla Amerykanów. Bilans tej wojny, a sytuacja w Iraku ma jeszcze bardziej tragiczny wymiar, doprowadziła Trumpa do logicznego wniosku, że z biznesowego punktu widzenia ta polityka nie ma perspektyw. Jednak krytyczna ocena polityki „eksportu demokracji” nie oznacza jej odrzucenia, ale co najwyżej zamianę wojennych metod jej prowadzenia na bardziej pokojowe.

Wojna w Afganistanie musi jednak zakończyć się zwycięstwem Amerykanów. Zanim dojdzie do wycofania wojsk amerykańskich w sile około jedenastu tysięcy żołnierzy, Trump postuluje zwiększenie kontyngentu o dodatkowe kilka tysięcy, w tym także z Polski. Mimo to także i tym razem nie należy oczekiwać sukcesu w wojennych operacjach w Afganistanie.

Godzi się przypomnieć, że jeszcze Barack Obama w swoim orędziu z 22 czerwca 2011 roku ogłosił rozpoczęcie zmniejszania niemal stutysięcznego kontyngentu wojskowego w Afganistanie. Wcześniej, w 2009 roku w celu dokonania przełomu wysłał dodatkowe, jak się wkrótce okazało, 30 tys. funkcjonariuszy Gwardii Narodowej, mimo że mają oni prawo działać jedynie na terenie Stanów Zjednoczonych jako swego rodzaju korpus wojsk wewnętrznych. W ten sposób na terenie Afganistanu w 2014 roku niezbyt skuteczne działania wojenne prowadziło podobno około 130 tys. żołnierzy koalicji, którzy jednak stopniowo byli wycofywani, a dowództwo afgańskie w coraz większym zakresie zaczęło przyjmować „wojskową odpowiedzialność” za swoje terytorium. W efekcie stan osobowy armii USA został radykalnie ograniczony do około 11 tys. żołnierzy, talibowie opanowywali coraz większe połacie kraju, a wojska afgańskie praktycznie utraciły zdolności bojowe. Zwycięstwo Talibanu przybliżało się więc milowymi krokami i tej tendencji operacja Trumpa nie była w stanie odwrócić.

W tym kontekście buńczuczne zapowiedzi prezydenta USA o rychłym zwycięskim zakończeniu wojny w Afganistanie brzmią całkowicie niewiarygodnie i zaplanowane wysłanie kolejnego czterotysięcznego wojskowego kontyngentu, w tym także między innymi grupy polskich żołnierzy, w niewielkim stopniu może wpłynąć na zmianę sytuacji. Dawać wiarę deklaracjom amerykańskich prezydentów mogą jedynie ludzie naiwni, skoro jak na ironię wycofywanie amerykańskich wojsk okupacyjnych rozpoczyna się od zwiększenia ich stanu osobowego.

Standardowa odpowiedź, w luźnej formie, ważkich postaci amerykańskiego życia politycznego na pytanie „z jakiej racji czy powodu” w Niemczech lub gdziekolwiek indziej znajdują się ich wojska brzmi: – „bo mogą”. Od niepamiętnych czasów obowiązuje też, jak głoszą znawcy problemu, w polityce rządów Stanów Zjednoczonych żelazna zasada jako swego rodzaju uzupełnienie przytoczonej uprzednio formuły, że wojska amerykańskie, jeśli weszły do jakiegoś kraju, to już z niego nie wychodzą. Trzeba przyznać, że poza nielicznymi wyjątkami te reguły działają bardzo sprawnie i skutecznie.

Wolno zatem zasadnie stwierdzić, że w Afganistanie „eksport demokracji” z użyciem amerykańskich sił zakończył się niepowodzeniem, doprowadzając zarazem niestety do humanitarnej katastrofy. W tym sensie Trump słusznie zapowiedział rezygnację z polityki siłowego „budowania demokracji” za granicą. Czas pokaże, co z tego wyniknie, jednak już wiadomo, że parlamentarną demokrację opartą na wolnych wyborach i partyjnym reżimie rządzenia nie udało się Amerykanom uformować w Afganistanie.

Dotychczasowa praktyka polityczna zdaje się wskazywać, że u podstaw realnych rozwiązań ustrojowych nie tylko w tym kraju należy przyjąć odmienną od amerykańskiej i europejskich systemów „partyjnych demokracji”, zasadę przedstawicielstwa afgańskich plemion we władzy. W tych warunkach swoisty parlament okazuje się być faktycznie reprezentacją przywódców plemiennych z udziałem starszyzny plemiennej w ramach kurialnego systemu, co oznacza, że w praktyce zbierane hurtowo przez wodzów głosy „wyborców” są grupowo przez nich wrzucane do urny. Przy bliższym wejrzeniu polityczny ustrój Afganistanu jawi się zatem jako osobliwy konglomerat na poły dyktatorskiego i zarazem demokratycznego reżimu.

W znamiennej mowie Trumpa do narodu kluczowa formuła odnosi się do rezygnacji z „budowania demokracji” w obcych krajach, co zresztą łączy się bezpośrednio z jego krytyką amerykańskiej demokracji, której zreformowanie zapowiadał praktycznie w niemal każdym wystąpieniu w kampanii wyborczej. Sławne „osuszanie waszyngtońskiego bagna” miało zapewne oznaczać, że nadszedł czas rozwinięcia demokracji na amerykańskim politycznym polu i na tym władze powinny skupić swoją działalność, zanim zabiorą się za robienie porządków na globalnej arenie.

W mowie Trumpa zawarte jest szczere wyznanie, które potwierdza znane fakty, że w przeszłości rządy Stanów Zjednoczonych nagminnie praktykowały politykę „budowania demokracji” w rozlicznych krajach, co czyniły w wielu przypadkach z pełnym sukcesem. Początek owego zwycięskiego pochodu amerykańskiej demokracji w globalnej skali można datować na 1953 rok, kiedy służby amerykańskie CIA i brytyjskie MI6 doprowadziły do obalenia rządu premiera Iranu Mohammada Mosaddegha. Najkrócej rzecz ujmując, po wyborczym zwycięstwie Frontu Narodowego w kwietniu 1951 roku parlament irański jednogłośnie znacjonalizował Angielsko-lrańską Kompanię Naftową (obecnie British Petroleum), co doprowadziło do ostrego konfliktu między Wielką Brytanią i USA, których interesy reprezentował szach Reza Pahlavi, a parlamentem Iranu i jego reformatorskim rządem Mosaddegha. Brytyjczykom, także dzięki fałszywym informacjom wywiadowczym, udało się przekonać rząd USA do podjęcia w Iranie radykalnych działań wobec rzekomej groźby przejęcia rządów przez komunistów i dostaniem się Iranu w strefę wpływów ZSRR.

Tę sytuację postanowił przeciąć amerykański sekretarz stanu John Foster Dulles, który w marcu 1953 roku nakazał szefowi CIA, swemu bratu Allanowi Dullesowi, obalenie Mossadegha. W ten sposób doszło do operacji Ajax, w trakcie której kosztem miliona dolarów oraz pod presją groźby prezydenta USA odsunięcia od władzy samego szacha, monarcha dekretem zdymisjonował premiera. Pieniądze poszły głównie na przeprowadzenie przez wywiad dezinformacyjnej akcji propagandowej wymierzonej w rząd, który miał rzekomo z udziałem nacjonalistów i socjalistów planować akcje wymierzone w najwyższych przywódców religijnych. Po ogłoszeniu dymisji premiera na ulicach miast doszło do walk między zwolennikami i przeciwnikami monarchii, część których była finansowana przez amerykański rząd.

Amerykański zamach stanu w Iranie w 1953 roku zakończył się pełnym sukcesem, a co szczególnie ważne, był pierwszą operacją obalenia demokratycznego, legalnie wybranego rządu. Idąc dalej tym tropem, kiedy w rezultacie gwatemalskiej rewolucji także demokratycznie wybrany lewicujący legalny rząd Jacobo Arbenza Guzmana swoimi reformami zagroził interesom amerykańskiej United Fruit Company, został rok później obalony w rezultacie zorganizowanego przez CIA kolejnego zamachu stanu.

Tak udany początek operacji specjalnych skłonił naturalnie kolejne amerykańskie elity do dalszego prowadzenia polityki obalania rządów, zamachów stanu, wojennych agresji, zabójstw przywódców, zamieszek czy buntów. Z upływem czasu zmieniały się warunki historyczne, a zatem i metody „budowania demokracji”, aż doszło do wypracowania nowoczesnej politycznej technologii organizowania „kolorowych rewolucji” czy „arabskiej wiosny”. Służby zaczęły posługiwać się bardziej pokojowymi środkami, takimi jak dyplomacja, polityczne wpływy, gospodarcze uzależnienie, wspieranie opozycji czy kształtowanie miejscowych politycznych elit.

Jednak położenie nacisku na stosowanie tak zwanej „miękkiej siły” w polityce „eksportu rewolucji” zakłada również zachowanie znaczenia militarnych wpływów w stosunkach międzypaństwowych, bowiem już sama groźba użycia wojska znajdującego się w koszarach, na poligonach, ćwiczeniach czy manewrach zasadniczo wzmacnia polityczne „pokojowe” działania. Na przykład w Niemczech, chociaż nieoficjalnie mówi się o ponad 170 bazach amerykańskich wojsk, to Pentagon przyznaje się do zaledwie 33 baz, w których stacjonują 34 tys. żołnierzy armii USA. Zbędne dodawać, że znajdująca się na ich terenie broń jądrowa, licząca podobno około 20 bojowych jednostek, została tam ulokowana bez wiedzy i zgody władz niemieckich. Tak liczny i rozrzucony na całym terytorium kraju kontyngent wojskowy wymaga stosownej osłony kontrwywiadowczej, co w praktyce oznacza, że całe państwo niemieckie znajduje się pod nieustanną obcą kontrolą nie tylko przez sieć podsłuchów, ale również rozbudowaną, wszechogarniającą siatkę agenturalnych współpracowników.

Demokratyczny ład rodzi się w walce, ma wewnętrznie sprzeczny i wieloznaczny charakter. Ustrój demokratyczny jest złożonym procesem historycznym, który stanowi w pierwszej kolejności narzędzie sprawowania władzy konkretnych sił ekonomicznych i politycznych. W tym kontekście podstawowym problemem politycznym pozostaje niezmiennie kwestia, w jakim zakresie możliwe jest wprowadzanie i praktykowanie demokracji metodami demokratycznymi, czy też konieczne jest odwoływanie się do właściwych dyktaturze środków sprawowania władzy.

W tej perspektywie instytucje polityczne zdają się posiadać właściwości charakterystyczne dla swego rodzaju „wahadła”, które przemieszcza się w przestrzeni publicznej między demokracją a dyktaturą, przybierając postać swego rodzaju półdemokracji-półdyktatury. Innymi słowy, realnie funkcjonujące reżimy polityczne sytuują się między ustrojem opartym na autentycznie wolnych wyborach parlamentarnych a sprawowaną przez wodza dyktaturą. Rzeczywistość polityczna nie układa się w proste schematy akademickie czy propagandowe, ale przybierając rozmaite realne kształty ma mieszany charakter, gdzie procedury demokratyczne łączą się z dyktatorskimi posunięciami w pełnym napięć współdziałaniu i nieustannej konkurencji.

Demokracja „kontraktowa”

Właściwe półdemokracji-półdyktaturze mechanizmy polityczne niemal w podręcznikowym wydaniu zostały użyte w naszym kraju w „częściowo” wolnych wyborach parlamentarnych w czerwcu 1989 roku. Sekwencja zdarzeń zaczęła się Okrągłym Stołem, którego obrady, toczące się od poniedziałku 6 lutego do środy 5 kwietnia 1989 roku z udziałem pięćdziesięciu ośmiu uczestników, stały się doskonałym kamuflażem dla negocjacji – w willi na Zawracie, Magdalence, siedzibie Episkopatu i tak dalej – dotyczących „kontraktowych” wyborów do parlamentu, który uzupełniono Senatem. Przedstawiciele władz i opozycji ustalili dwie tury wyborów parlamentarnych na 4 czerwca i 18 czerwca, dając zaledwie dwa miesiące czasu na kampanię wyborczą.

Podstawą wyborczego „kontraktu” było „zagwarantowanie” sobie w Sejmie przez partyjny blok rządzącej koalicji na czele z PZPR 299 mandatów, czyli 65 procent spośród 460 foteli sejmowych. Natomiast pozostałych 161 sejmowych mandatów i 100 senackich miało być obsadzone w wyniku „konkurencyjnych” wyborów według większościowej reguły. Ukrytym założeniem tego układu było ustalenie, że przez najbliższą czteroletnią kadencję parlamentu władza będzie spoczywała w rękach koalicji PZPR-ZSL-SD pod patronatem gen. Wojciecha Jaruzelskiego jako prezydenta. Można tylko się domyślać, że porozumienie dotyczące utrzymania władzy przez PZPR na najbliższe cztery lata było zawarte na najwyższym szczeblu przez swego rodzaju triumwirat Bush-Gorbaczow-Wojtyła.

Po niemal trzydziestu latach będący wówczas szeregowym senatorem świadek tamtych wydarzeń, Karol Modzelewski trafnie przedstawił złudną wiarę ówczesnej partyjnej ekipy rządzącej w moc ordynacji wyborczej, która miała na zasadzie „arytmetycznej większości” niejako automatycznie zapewnić jej dalsze sprawowanie władzy. Jego zdaniem „wprawdzie oddano z góry ilość mandatów do dyspozycji poszczególnych partii, ale zarazem obsadzenie tych mandatów oddano do dyspozycji wyborców. Wprawdzie nie rywalizowano między ugrupowaniami, ale w obrębie ugrupowań – jak najbardziej. Wyglądało to tak, że odbyły się konferencje wojewódzkie, na których wybierano kandydatów, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem politycznym po jednym na mandat. Po czym oddano ogółowi wyborców prawo do umieszczenia na tych listach kontrkandydatów, byleby tylko mieli legitymacje partyjne. Ci wszyscy kontrkandydaci na ogół powygrywali. W związku z tym to byli ludzie, którzy czuli się lojalni nie wobec sekretarza, tylko wobec wyborców. Czyli – z góry dyscyplina polityczna podmiotów, które miały stanowić większość, była podważona”. [Modzelewski – Werblan. Polska Ludowa, rozmawia Robert Walenciak, Warszawa 2017, s. 523].

W efekcie doszło do politycznej katastrofy. Partia przegrała wybory do Senatu, wszystkie miejsca – poza Henrykiem Stokłosą – objęli kandydaci Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”, który także skutecznie zaangażował się w walkę wyborczą o 161 „wolnych” mandatów sejmowych. Tenże Komitet doprowadził do klęski w pierwszej turze kandydatów z listy krajowej koalicji rządzącej; spośród nich zwyciężyło tylko dwóch, przez co nie obsadzono 33 foteli sejmowych. W konsekwencji doszło do zmiany ordynacji w trakcie wyborów w celu przeprowadzenia niezapisanej ustawowo drugiej tury wyborów nowych kandydatów na liście krajowej. Wreszcie Komitet znacząco wpłynął na wyborcze sukcesy alternatywnych wobec osób posiadających oficjalne rekomendacje partyjne kandydatów w puli mandatów zagwarantowanych dla rządzącej koalicji. W ten sposób, według nieprecyzyjnych danych, 40-50 mandatów przeznaczonych dla koalicji zostało uzyskanych przy poparciu „Solidarności”.

Przebieg wyborów i ich wyniki doprowadziły do upadku dyscypliny partyjnej i w konsekwencji do rozpadu opartej na sojuszu PZPR, ZSL i SD koalicji rządzącej. Czesław Kiszczak musiał zrezygnować z funkcji premiera, ale też, mimo propagandowej hucpy, nie udało się Tadeuszowi Mazowieckiemu powołać pierwszego „niekomunistycznego” rządu, skoro w nim aż roiło się od członków PZPR często wysokiego szczebla, których posądzanie o komunizm byłoby dla nich w najwyższym stopniu obraźliwe. Na przykład można przywołać osobę Marcina Święcickiego, niedawnego sekretarza KC PZPR powołanego na ministra współpracy gospodarczej z zagranicą, który miał zapewne ojcowskie wsparcie Andrzeja Święcickiego, wieloletniego prezesa warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej w okresie PRL-u.

W tym kontekście godzi się wspomnieć przemilczany powojenny, znacznie bardziej „niekomunistyczny”, rząd z udziałem wicepremiera Stanisława Mikołajczyka, którego nie sposób podejrzewać o przekonania komunistyczne, chociaż jego kolegami ministrami byli liczni peperowcy.

I na koniec, uzgodniony uprzednio na najwyższym szczeblu, wybór Wojciech Jaruzelskiego na prezydenta stanął pod znakiem zapytania.

Można zatem stwierdzić z dużą dozą optymizmu, że z punktu widzenia demokracji mimo kiepskiej pozycji wyjściowej ludowładztwo odniosło w wyborach 1989 roku kilka ważkich sukcesów. Modzelewski trafnie zwrócił uwagę na kluczowy moment nowej sytuacji politycznej, gdy podkreślił kwestię lojalności demokratycznie wybranych reprezentantów wobec wyborców zamiast swoich politycznych mocodawców. Doszło do tego w rezultacie sejmowych wyborów w bloku „wolnych” mandatów, gdzie posłużono się większościową ordynacją, częściowo posiłkując się technicznymi regułami z obszaru jednomandatowych okręgów wyborczych do Sejmu. Elity polityczne wszystkich odcieni dobrze zapamiętały tę lekcję demokracji i do dzisiaj na wszelkie pachnące JOW-ami trendy społeczne roztropnie reagują alergicznie, z pełną świadomością groźnych skutków, do jakich może doprowadzić lojalność posłów wobec swoich wyborców zamiast partyjnych aparatczyków.

Prezydent Jaruzelski

Mimo poważnych komplikacji Wojciech Jaruzelski 19 lipca 1989 roku został wybrany na Prezydenta PRL przez Zgromadzenie Narodowe głosami 269 posłów z ramienia PZPR, ZSL, SD, Polskiego Związku Katolicko-Społecznego, Unii Chrześcijańsko-Społecznej i Stowarzyszenia PAX oraz jednego senatora z ramienia PZPR, a także dzięki głosowi kolejnego senatora, co zaskakuje, z Komitetu Obywatelskiego. Jaruzelski otrzymał więc 270 głosów na 537 możliwych i uzyskując wymaganą większość został prezydentem. Wiadomo było, że zwolennicy wyboru Jaruzelskiego będą musieli się liczyć z perspektywą łamania dyscypliny partyjnej przez wielu parlamentarzystów rządzącej koalicji, co spowoduje, iż staną się mniejszością w liczącym 460 posłów i 100 senatorów Zgromadzeniu Narodowym. Wybranie Jaruzelskiego na prezydenta wymagało uzyskania w Zgromadzeniu względnej większości 50 procent głosów plus 1, czyli w tych warunkach nieosiągalnych dla jego zwolenników 281 głosów, chociaż formalnie koalicja rządząca miała w swej dyspozycji 299 parlamentarzystów. Jednak, dzięki nieformalnemu wsparciu Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego i wykonaniu przez część parlamentarzystów solidarnościowej proweniencji pewnych kombinacji, Jaruzelski został wybrany na prezydenta dwoma głosami.

Karol Modzelewski po latach przyznał, iż wówczas uważał, „że bezpieczniej będzie, jak jednak Jaruzelski zostanie wybrany”. Ale nie kryje też, że jako senator nie odważył się „głosować na Jaruzelskiego, choć jak wiadomo byli tacy, którzy się odważyli oddać głos nieważny oraz, bardzo zabawne, było dwóch takich, którzy wyszli z sali. Jeden to był Marek Jurek, a drugi – Zdzisław Nowicki, senator z województwa pilskiego. I w rezultacie Jaruzelski przeszedł. […] Uszanujmy arytmetykę, dwoma głosami przeszedł. Chociaż się mówi, że jednym. […] W każdym razie Jaruzelski wygrał dwoma głosami, dzięki nieformalnemu poparciu dwóch parlamentarzystów OKP. Dwóch! Stelmachowskiego i Wielowieyskiego. […] W każdym razie głosy nieważne oddali ci, którzy mieli bardzo mocne papiery w Kościele. Stelmachowski, Wielowieyski. Marek Jurek wyszedł z sali. Formalnie Jurek i Nowicki uzasadnili, że nie mogą brać udziału w wyborze, w którym jest tylko jeden kandydat” [tamże, s. 525].

Wybory opierały się na takiej zasadzie, że do tych parlamentarzystów, którzy głosowali „za” realnie dołączali zarówno ci, którzy oddawali głosy nieważne, jak i ci spośród głosujących, którzy wychodząc z sali w ogóle nie brali udziału w głosowaniu, przez co faktycznie zmniejszali quorum, od którego wysokości liczono większość 50 procent głosów plus 1. W efekcie głosy korzystne dla Jaruzelskiego pochodziły nie tylko z grupy jego zwolenników, ale także od drugiej grupy parlamentarzystów oddających głosy nieważne i trzeciej złożonej z osób niegłosujących z powodu opuszczenia sali obrad. Natomiast po drugiej stronie barykady pozostali przeciwnicy Jaruzelskiego oraz wstrzymujący się od głosu uczestnicy wyborów, co powodowało z kolei podwyższenie poziomu quorum.

W efekcie solidny udział w wyborze Jaruzelskiego na prezydenta miało jedenastu parlamentarzystów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, którzy nie wzięli udziału w głosowaniu. W tym gronie znalazło się wielu godnych uwagi posłów, takich jak Paweł Chrupek, Adela Dankowska, Marek Jurek, Lech Kozaczko, Jerzy Pietkiewicz, Maria Stępniak i Henryk Wujec, czy senatorów jak Zdzisław Nowicki, Krzysztof Pawłowski, Andrzej Szczepkowski i Mieczysław Ustasiak.

Amerykańskie „liczenie głów”

A zatem ostatecznie wybór Jaruzelskiego umożliwiła postawa części parlamentarzystów OKP, którzy głosowali za jego kandydaturą lub zbojkotowali głosowanie? Jednak decydujący wpływ na bieg zdarzeń miała interwencja rządu Stanów Zjednoczonych w osobie jego ambasadora. W tym celu John R. Davies zaprosił na obiad 22 czerwca wąską grupą liderów „Solidarności” w związku z lipcową wizytą prezydenta George’a H.W. Busha, by zapewnić wybór uzgodnionej z triumwiratem, na czele z Gorbaczowem, kandydatury Jaruzelskiego na prezydenta PRL. Wobec oporu solidarnościowych gości przedstawił im szeroko stosowaną w amerykańskich kampaniach wyborczych technikę „liczenia głów” i możliwości jej zastosowania w wyborach prezydenckich w Polsce. Amerykański dyplomata przekonywał rozmówców do zorganizowania kontrolowanego bojkotu prezydenckich wyborów przez przedstawicieli solidarnościowej „opozycji” w formie wstrzymania się od głosu, czy nawet rezygnacji z udziału w głosowaniu. To stanowisko świetnie dokumentuje zaszyfrowana warszawska depesza ambasadora Davisa.

„Warszawa, 23 czerwca 1989 – ambasador Davis do sekretarza stanu w sprawie możliwych trudności z uzyskaniem w parlamencie większości głosów niezbędnej do wyboru Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta

Tajne

Od: ambasada w Warszawie

Do: sekretarz stanu w Waszyngtonie, Biały Dom, ambasada w Moskwie, ambasada w Budapeszcie, ambasada w Bukareszcie

Temat: Jak przeprowadzić wybór Jaruzelskiego nie głosując na niego i czy będzie on startował?

Streszczenie: Większość przywódców »Solidarności« jest zdecydowanie przekonana, że jeśli kraj ma uniknąć wojny domowej, Jaruzelski musi zostać wybrany na prezydenta. Są oni jednak bardzo niechętni do głosowaniu na niego i chętnie słuchają sugestii, jak sprawę przeprowadzić, aby uniknąć takiej konieczności. Jaruzelski nie zdecyduje się kandydować, jeśli nie będzie miał pewności, że – mimo prawdopodobnego wyłamania się niektórych posłów komunistycznych i sojuszniczych – wystarczy głosów do jego wyboru. W przededniu wizyty prezydenta Busha sytuacja jest niepewna i niezmiernie delikatna. Koniec streszczenia.

Większość liderów „Solidarności”, z którymi rozmawialiśmy w ostatnich dniach, jest przekonana (w różnym stopniu) do następujących tez:

A. Jeśli Jaruzelski nie zostanie wybrany na prezydenta, istnieje autentyczna groźba wojny domowej, która skończyłaby się, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, podjętą niechętnie, ale brutalną, interwencją radziecką.

B. Wszyscy kandydaci »Solidarności« zostali zmuszeni w toku kampanii, aby publicznie obiecać, że podczas wyborów prezydenta nie oddadzą głosu na Jaruzelskiego.

C. Koalicja rządząca dysponuje wystarczającą liczbą głosów do jego wyboru. Z jej strony spotykają go jednak nieprzyjemne niespodzianki. Prawdopodobnie będzie głosować przeciwko niemu albo wstrzyma się od głosowania z jednej strony nawet czterdziestu do pięćdziesięciu posłów ZSL i SD, a z drugiej – partyjni twardogłowi, pragnący go ukarać za poniżenie wyborcze partii.

D. Mimo że nigdy nie zawarto w tej sprawie umowy na piśmie, przy Okrągłym Stole zapadło milczące porozumienie, że »Solidarność« uzyska zgodę na wolne wybory do Senatu, a [w zamian za to] Jaruzelski na sześć lat zostanie prezydentem.

Wiele osób załamuje ręce wobec panującej sytuacji, nawet niektórzy solidarnościowi senatorowie deklarują, że jeśli jest to konieczne dla ratowania kraju, oddadzą głosy na Jaruzelskiego, chociażby oznaczało to koniec ich karier politycznych, zanim jeszcze te kariery zdążyły się naprawdę rozpocząć.

Wczoraj wieczorem zjadłem obiad w towarzystwie kilku czołowych parlamentarzystów »Solidarności«, których nazwiska nie powinny zostać ujawnione, i pokrótce wynotowałem dla nich na odwrocie pudełka zapałek kilka liczb. Wprowadziłem ich również w arkana zachodniej praktyki politycznej znanej jako „liczenie głów«. Obliczenia wykonane na pudełku od zapałek wykazały, że połączone Sejm i Senat liczą łącznie 560 miejsc. Rządząca koalicja dysponuje 299, „Solidarność” 260, jest również jeden parlamentarzysta niezależny [senator Henryk Stokłosa, wybrany w województwie pilskim – przypis red]. Kworum wymagane przy wyborze prezydenta wynosi dwie trzecie członków obu izb, do wyboru niezbędna jest większość głosów. Ergo, jeśli znaczna liczba (nawet 185) senatorów i posłów „Solidarności” zachoruje albo z innych przyczyn nie będzie mogła wziąć udziału w głosowaniu, wciąż nie zabraknie kworum do jego przeprowadzenia, a większość, jaką będzie dysponowała koalicja, wzrośnie na tyle, że tylko naprawdę masowe łamanie dyscypliny partyjnej przez jej parlamentarzystów mogłoby uniemożliwić wybór Jaruzelskiego. Solidarnościowi posłowie i senatorowie obecni podczas wyborów będą mogli bezpiecznie wstrzymać się od głosu. [Ostatecznie jeden parlamentarzysta OKP głosował za generałem Jaruzelskim, siedmiu oddało głosy nieważne, a jedenastu nie wzięło udziału w głosowaniu, co pozwoliło uzyskać większość do wystarczającą do jego wyboru. – przypis red.].

Moi rozmówcy na odchodnym stwierdzili, że wyliczenia były naprawdę interesujące, ciągle jednak pozostałby otwarty problem skłonienia wystarczająco licznej grupy parlamentarzystów, aby nie wzięli udziału w głosowaniu.

Są jeszcze dalsze komplikacje. Jeden z bliskich doradców Jaruzelskiego powiedział mi wczoraj, że generałowi bardzo zależy, aby nie »przeczołgać się« do prezydentury. Ze zrozumiałych względów bardzo niechętnie przyjąłby kolejne publiczne poniżenie po porażce partyjnych reformatorów listy krajowej w pierwszej turze wyborów. W związku z tym Jaruzelski sam liczy głosy i jeśli obliczenia nie wypadną pomyślnie, może nie zdecydować się na kandydowanie” [Ku zwycięstwu „Solidarności”. Korespondencja Ambasady USA w Warszawie z Departamentem Stanu, styczeń – wrzesień 1989. Przedmowa John R. Davis Jr. Wstęp i wybór Gregory F. Domber. Opracowanie: Gregory F. Domber, Mariusz Jastrząb, Andrzej Paczkowski, Paweł Sowiński. Warszawa 2006, s. 270-272].

Jak widać, ambasador USA był doskonale zorientowany, jakie nastroje u nas panują i co dzieje się w elitach władzy. „Jaruzelski jednak bardzo niechętnie – jak podkreślił Andrzej Wielowieyski – dopiero pod naciskiem Gorbaczowa i prezydenta Busha (Amerykanom zależało na unikaniu konfliktów i na ewolucyjnych zmianach) zgodził się w końcu na kandydowanie, ale wiedział dobrze, że jego sytuacja się pogarsza i że może kompromitująco przegrać, bo napotykał już sprzeciw wśród posłów koalicji rządowej” [Andrzej Wielowieyski, Losowi na przekór, Warszawa 2015, s. 464-465].

Przytoczona dyplomatyczna depesza dowodzi, jak dalece rząd Stanów Zjednoczonych zaangażował się w realizację planu ustanowienia Jaruzelskiego prezydentem PRL, a także jak swobodnie ambasador w końcu obcego państwa realizował politykę kadrową na najwyższym szczeblu w kraju, gdzie wypełniał swoją misję. Jeszcze nie gubernator, ale już władza i tylko można podziwiać jego bliskie kontakty z byłą opozycją oparte, jak należy rozumieć, na wieloletniej współpracy. Skoro prezydent Stanów Zjednoczonych podjął uzgodnioną z wszystkimi świętymi tego świata decyzję, że Jaruzelski ma być prezydentem, jego ambasador, bardziej wiarygodny niż radziecki dyplomata, otrzymał rozkaz przeprowadzenia tej operacji. I zadanie zostało wykonane przy udziale całego dyplomatycznego korpusu USA, który pracując z naszą opozycją zgodnie z ich planami i działalnością przez lata wspierał politycznych przeciwników w walce, w tym także z Jaruzelskim, o zdobycie władzy. Na tym przykładzie widać, w jaki sposób realizuje się „eksport demokracji” w nowoczesnej postaci.

Nie była to zresztą żadna polska osobliwość, ponieważ, jak należy się domyślać, jednym z elementów uzgodnionej amerykańsko-radzieckiej strategii w trakcie dziewięciu spotkań Gorbaczowa z amerykańskimi przywódcami była zamiana reżimu szefów partii rządzących w krajach radzieckiego bloku na prezydentów państw, z wynikającymi stąd jak najdalej idącymi konsekwencjami dla przemian ładu ustrojowego. Jest rzeczą jasną, że miały one w sumie antydemokratyczny charakter, czego dowodem są mniej lub bardziej autorytarne, w sensie antyludowe, metody ich wprowadzania. Bez aluzji, w naszym przypadku chodzi na przykład o tak zwane reformy Balcerowicza, a ponieważ zwykle podstawą polityki jest ekonomika, to chodziło głównie o podporządkowanie naszej gospodarki wpływom obcego kapitału, pozostawiając ochłapy z „pańskiego stołu” rodzimym kapitalistom. Tego prostego mechanizmu nasze wybitne opozycyjne umysły oczywiście nie były w stanie „ogarnąć”.

Wielowieyski wiedział, „że niektórych kolegów, chyba też Heńka Wujca, przekonywał ambasador USA John Davies, że powinni wyjść z sali albo oddać głosy nieważne i w ten sposób, nie kompromitując się głosowaniem na generała, można było mu półgłosem pomóc, bo zmniejszała się ogólna liczba, od której liczyło się niezbędne 50 proc. + jeden głos. Podobno Davies im to wyliczał długopisem na pudełku od zapałek. Byłem z nim i jego żoną Helen w serdecznej przyjaźni, ale w tym czasie ich nie odwiedzałem, co mogłem później spokojnie deklarować historykom. Historyk prof. Antoni Dudek bowiem dość długo wmawiał mi, kiedy go czasem spotykałem, że to za namową Daviesa zorganizowałem wsparcie Jaruzelskiego 19 lipca. Nic z tych rzeczy. Byłem po prostu przekonany, że trzeba Jaruzelskiego wybrać i później z jego wsparciem robić szybciej reformy. Jeśli jednak chodzi o nasze kierownictwo, to jako wiceprzewodniczący OKP byłem w tej sprawie osamotniony, chociaż na boku niektórzy okazywali mi zrozumienie (np. Wujec)” [tamże, s. 465].

Wielowieyski po latach wspomina, że wieczorem 18 lipca, w przeddzień głosowania pojechał do Sekretariatu Episkopatu na długą rozmowę z abp. Bronisławem Dąbrowskim, z którym wcześniej się wielokrotnie konsultował. Jak pisze Wielowieyski, arcybiskup „nie miał wątpliwości: trzeba Jaruzelskiego poprzeć. Dlatego w dniu głosowania z kilkoma kolegami z Senatu – Mieczysławem Ustasiakiem ze Szczecina, Zdzisławem Nowickim z Piły i Krzysztofem Pawłowskim z Nowego Sącza (wszyscy ze środowisk katolickich) – oraz z posłami Markiem Jurkiem z RMP z Poznania i Andrzejem Miłkowskim z Huty Warszawa zaczęliśmy kolegów mobilizować. Argumentacja była prosta i jednoznaczna: minęło już półtora miesiąca od wyborów, gospodarka się rozpada i państwo wchodzi w stan rozkładu. Musimy możliwie szybko utworzyć rząd, aby ratować Polskę. Zwłoka bije w nas wszystkich, a innego kandydata na prezydenta nie mamy. Jest rzeczą znamienną, że w tej niewielkiej grupie większość stanowili ludzie o orientacji tradycyjno-prawicowej. Wiadomości od Marcina Święcickiego z PZPR-u i od kolegów z ZSL-u i SD były alarmujące: znaczna część ich posłów będzie głosowała przeciw lub wstrzyma się od głosu, ale co ciekawe 15-20 posłów z PZPR-u też nie będzie głosować na generała. Tak więc było jasne, że od naszego wsparcia zależą losy tej kandydatury” [tamże, s. 465-466].

Trzeba podkreślić, że obawy Wielowieyskiego, jak pokazały wyniki głosowania, były w pełni uzasadnione, bowiem przeciw wyborowi Jaruzelskiego na prezydenta głosowało z szeregów rządzącej koalicji 8 parlamentarzystów, 20 wstrzymało się od głosu, a co trudno uznać za przypadek – 3 było nieobecnych. Natomiast 226 parlamentarzystów z solidarnościowego Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego było przeciwko kandydaturze generała, 14 wstrzymało się od głosu, 7 oddało głosy nieważne, a 14 osób z tego grona było nieobecnych, w tym znajdujący się w zagranicznej podróży Henryk Wujec.

Wielowieyski przypomniał, że z OKP w „akcji ratowania Jaruzelskiego uczestniczyli: z Senatu marszałek Stelmachowski, marszałek senior Stomma, dwóch przewodniczących komisji: prof. Trzeciakowski oraz Andrzej Szczepkowski; z Sejmu – Henryk Wujec, sekretarz OKP (wyjechał na kilka dni za granicę), Jerzy Pietkiewicz, Lech Kozaczko, Paweł Chrupek, Witold Kulerski, Adela Dankowska i Maria Stępniak. Jest rzeczą ciekawą, że w tej walce i grze regulaminowej stanowisko parlamentarzystów, którzy się w wstrzymali od głosu, nie miało żadnego znaczenia” [tamże, s. 467],

Wielowieyski nie tylko w tej kwestii ma absolutną rację, bowiem Jaruzelski został faktycznie wybrany na prezydenta głosami koalicji rządzącej, która „uskrobała” 269 głosów wzmocnionych ważkim głosem senatora OKP Stanisława Bernatowicza z Suwałk. W ten sposób uzyskane 270 głosów okazało się całkowicie wystarczające do objęcia przez Jaruzelskiego fotela prezydenta PRL. I chociaż dalej nie wiadomo jak w trakcie głosowania zachował się sam Wielowieyski, całkowicie niesłusznie pomniejsza on swoją wybitną rolę w tym kluczowym wydarzeniu. Wolno stwierdzić, że jego niezwykle aktywna postawa w kampanii prezydenckiej miała kluczowe znaczenie dla stworzenia odpowiedniej atmosfery politycznej w kręgach parlamentarnej elity i chociaż nie sposób precyzyjnie scharakteryzować tę sytuację znacząco wpłynęła na pomyślny dla generała wynik wyborów.

Nie wdając się więcej w detale można zasadnie stwierdzić, że Jaruzelski miał za sobą 3, słownie trzy decydujące głosy ważkich, chociaż nie nadmiernie demokratycznych promotorów: prezydentów USA, ZSRR i papieża; i to wystarczyło. Cała reszta toczących się wydarzeń, jak słusznie stwierdził Wielowieyski, to parlamentarna „gra regulaminowa” i można dodać demokratyczno-parlamentarny spektakl z właściwą mu scenografią i odpowiednią obsadą ról. Przytoczona obszerna i daleko niepełna dokumentacja biegu zdarzeń, często wstydliwie przemilczana, właśnie to zaświadcza.

Dyktatura demokracji

W tym miejscu należy przypomnieć, że nieprzypadkowo prezydent USA. George H.W. Bush przybył do Polski z wizytą oficjalną przed wyznaczonymi na 19 lipca wyborami prezydenckimi i w dniach 9-11 lipca 1989 roku przeprowadził w naszym kraju ostentacyjną kampanię promocyjną na rzecz Wojciecha Jaruzelskiego jako jedynego kandydata na prezydenta. Jak widać, rząd Stanów Zjednoczonych tak dalece zaangażował się w realizację planu ustanowienia Jaruzelskiego prezydentem PRL, że osobiście wziął udział w jego realizacji. „Jego rozmowa z gen. Jaruzelskim w Belwederze, zaplanowana na 10 minut, przekształciła się w dwugodzinne spotkanie, podczas którego Bush namawiał Jaruzelskiego, by wystartował w wyborach prezydenckich. Prezydent USA nigdy nie ukrywał, że darzy swego rozmówcę osobistą sympatią” [Andrzej Leon Sowa, Historia polityczna Polski. 1944-1991, s. 645]. Wtedy też zapewne Jaruzelski otrzymał od Busha stosowne gwarancje sukcesu wyborczego, który w rozmowach z Wałęsą musiał uzyskać także jego aprobatę dla przeprowadzenia tej politycznej operacji.

Konkluzje nasuwają się same. Przede wszystkim okazało się, że szyld demokracji stanowi bardzo wygodne przykrycie dla arbitralnych, ale uzgodnionych decyzji i działań elit władzy pozornie tak przeciwstawnych państw jak ZSRR, a później Rosja, i USA.

Wiadomo, że problem demokracji sprowadza się w istocie do kwestii reprezentacji, która w świetle manipulacji procedurami w prezydenckim procesie wyborczym znakomicie zafałszowuje rzeczywisty stan nastrojów społecznych. Sedno sprawy tkwi w tym, że mimo jawnie zewnętrznej ingerencji w proces wyborczy na korzyść Jaruzelskiego przynajmniej trzech obcych państw (USA, ZSRR i Watykan) nie sposób podważyć demokratycznego charakteru wyboru Jaruzelskiego na stanowisko prezydenta PRL.

Każda nowa władza, w tym także poczerwcowa demokracja, potrzebuje swego rodzaju symbolicznej „legitymizacji”, która w tym przypadku napotyka na wiele skomplikowanych problemów. „W procesie przechodzenia z PRL-u do III RP – zdaniem Andrzeja Zybertowicza – nie było świątecznego przeżycia radości końca komunizmu. Nie wyprawiliśmy mu stypy. Okrągły Stół i wybory z 4 czerwca 1989 roku sprawiły, że cały proces był płynny. Ogłoszenie przez Joannę Szczepkowską końca komunizmu, jak to dzisiaj wiemy, było ukartowane przez wpływowych ludzi. […] Czytałem, że to było uzgodnione wcześniej, że ona pojedzie i powie to w telewizji. Nie było tak, że pojechała do studia, coś ją tknęło i na żywo na wizji to powiedziała. […] Aktorka i teatr polityczny – spójność ról” [Andrzej Zybertowicz, III RP. Kulisy systemu, rozmawia Joanna Lichocka, Lublin 2013, s. 291]. Wyraźnie widać, że rozgrywający się wokół Jaruzelskiego prezydencki proces wyborczy znakomicie wpisuje się w konwencję uprawiania polityki jako spektaklu.

Andrzej Werblan zadał sobie trud przybliżonego ustalenia, jaka część dorosłej ludności naszego kraju opowiedziała się za „demokratycznym” zwrotem czerwcowym. Z jego obliczeń wynika, „że za listą KO „S” opowiedziało się 36 proc. elektoratu. Dużo mniej niż połowa dorosłej ludności kraju. Nawet jeśli do tego dodamy kilka procent głosujących na inne niż Solidarność ugrupowania opozycyjne, ale i tak wynik będzie poniżej 40 proc” [ModzelewskiWerblan. Polska Ludowa, dz. cyt., s. 528].

Zatem zwycięski obóz „solidarnościowy” został wyniesiony do władzy przez widoczną mniejszość naszego społeczeństwa, która uzyskała w demokratycznych wyborach zadowalający dla siebie, ale nadmierny zakres władzy. W efekcie ta mniejszość społeczeństwa objęła panowanie nad większością, która jej nie popierała i nie uważała za swoją reprezentację. Wbrew oficjalnej ideologii, której kanonem jest przeświadczenie, że demokracja oznacza rządy większości i szanowanie mniejszości okazało się, że rządy demokratyczne sprowadzają się w praktyce do sprawowania władzy przez mniejszość nad większością, przy braku poszanowania interesów szerokich mas ludowych.

Ustrój demokratyczny, jak widać, znakomicie się nadaje do skutecznego sprawowania rządów mniejszości i chociaż wbrew pozorom te rządy nie mają większościowego poparcia społecznego, to jako dyktatura demokracji, w sensie półdemokracji-półdyktatury, funkcjonują w postaci realnego politycznego mechanizmu ustrojowego.

Zachwyca rzecz jasna opowieść ambasadora Stanów Zjednoczonych o szeroko stosowanej w jego ojczyźnie manipulacji wyborczej znanej jako „liczenie głów”, co oczywiście naturalnie kojarzy się z przypisywanym Stalinowi powiedzeniem, że „nie jest ważne, kto głosuje, ale to, kto liczy głosy”. Życie polityczne zawiera swoje sztuczki wyborcze: patent radziecki to „liczenie głosów”, amerykański – „liczenie głów”. Bezspornie, nie tylko w tym przypadku, produkt „Madę in USA” jest po prostu lepszy i sprawdza się także jako towar eksportowy, także w polityce „budowania demokracji”.

Marek Zagajewski

Pierwodruk: Zdanie, nr 3-4 (174-175), 2017.

Dodaj komentarz