Polska ideologia jako religia


pogowski_bog_honor_zamieszki_640Rodzina

Przeorana rozlicznymi wojnami, rozbiorami, powstaniami, buntami, protestami społecznymi polska ziemia nadzwyczajnie obrodziła bogactwem narodowych figur ideologicznych. Uprzywilejowaną pozycję w tym Panteonie narodowym zajmuje zasłużenie mit „Matki Polki” za którym żwawo podąża „Polak Katolik”, za Bełzą naturalnie dopełniony historycznie utrwaloną sylwetką „Małego Polaka”. Tej symbolicznej postaci „Świętej Rodziny Polskiej” przypadł w udziale obowiązek wypełnienia zaszczytnej misji obrony cywilizacyjnych wartości na zagrożonym obszarze chrześcijańskiego przedmurza.

Jednak faktycznie symbolika „Matki Polki” osłania jakże łatwo rozpoznawalny w stosunkach rodzinnych i ciągle dominujący w praktykach społecznych dobrze od wieków znany patriarchalizm, który w naszym umiłowanym kraju niezmiennie stanowi fundamentalny kościec całokształtu życia społecznego, szczególnie w jego instytucjonalnym kształcie (ustrój feudalno-cechowy, nepotyzm, kolesiostwo, partyjniactwo czy mizoginizm). Najtrafniej „męski” punkt widzenia na społeczne położenie kobiety wyrazili koryfeusze teologii chrześcijańskiej w tak dalece niedościgłej postaci, że nie sposób ich nie przytoczyć. Zdumiewa także jak te głębokie przemyślenia zachowały aktualność, zwłaszcza w odniesieniu do naszej rodzimej rzeczywistości. I tak, wedle Tomasza z Akwinu: „Kobiety są błędem natury, są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny”, chociaż z drugiej strony nie są bez szans, jeśli zważyć, że zdaniem Akwinaty: „Wartość kobiety polega na jej zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych”. Podobnie dla Augustyna: „Kobieta jest istotą poślednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga. To naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyźnie”. W tym duchu pogląd Jana Chryzostoma wyróżnia się całkowitą jasnością i stanowczością głoszonych przekonań: „Kobiety przeznaczone są głównie do zaspokajania żądzy mężczyzn. Cała płeć żeńska jest słaba i lekkomyślna. Uświęcona jest jedynie przez macierzyństwo”.

Wręcz widać jak nieudolnie przetarta teologiczna szata skrywa archaiczny obraz raczej nieludzkiej kondycji kobiety, skoro nieskromne odsłonięcie świątobliwej sukienki w całej pełni objawia wyraźnie świecki zamysł organizacji porządku społecznego o prymitywnie konserwatywnym, by nie rzec wręcz skrajnie reakcyjnym charakterze. W tym rzeczowym wyrazie tkwi sedno rzeczy, a nie w łatwej krytyce sakralnej retoryki biologiczno-społecznego dyskursu, w którym stosunki między kobietą a mężczyzną zostały zredukowane do kopulacyjno-reprodukcyjnych posunięć.

Mit Polski jako Macierzy, którą uosabia Polka w roli Matki kolejnych pokoleń krwawo bijących się o niepodległość powstańców ma nie tylko martyrologiczno-wojenne przesłanie, ponieważ zawiera także jej pełną dramatyzmu i wyrzeczeń codzienną walkę o przetrwanie rodziny. Matka Rodzicielka jest wszak zarazem Matką Karmicielką, której naturalną patronką jest Matka Boża Jasnogórska niestrudzona opiekunka i pocieszycielka strapionych, chorych, biednych cierpiących, nieszczęśliwych, bezdomnych, wygłodzonych i samotnych. Kiedy niemal każde pokolenie Polaków miało swoją wojnę czy powstanie, kobiety bezustannie toczyły boje na pokojowym froncie walki o codzienne utrzymanie swoich rodzin często w skrajnie trudnych warunkach życiowych.

Także współcześnie kolejne pokolenia Polaków doświadczają dramatycznych skutków wolnorynkowego zniewolenia w efekcie toczącej się u nas konserwatywnej transformacji ustrojowej, gdy często z dnia na dzień całe rodziny znajdują się bez środków do życia i dachu nad głową. Skutki polityki „zaciskania pasa” z początków lat dziewięćdziesiątych aktualnie realizowanej w postaci „cięć budżetowych” w dziedzinie edukacji czy zdrowia w praktyce spadają na barki matek przejmujących rolę głowy rodziny. Szereg kobiet, będących często także ofiarami dyskryminacji pracowniczej, pracuje za minimalne wynagrodzenie zmuszające ich do życia w bezustannej biedzie, z której o własnych siłach nie są w stanie się wydobyć. Bliższe wejrzenie w istotę sprawy zdaje się dowodzić, że nasz transformacyjny Wielki Karierowicz wykuł swój sukces na kobiecych barkach.

W tym kontekście mit „Matki Polki” jako fundament stanowiącej przedmiot kultu Rodziny nie tylko nie traci na znaczeniu ale dodatkowo zyskuje na wadze jako jej symbolicznie ekonomiczny i bytowy punkt oparcia. Zrozumiałe że w takim Narodzie, który stanowi wspólnotę walczących o przetrwanie rodzin, nie może być miejsca na porody ze znieczuleniem czy „cesarskim cięciem”, aborcję, zapłodnienie in vitro, związki partnerskie, gender, transseksualizm, chociaż kazirodztwo czy pedofilia, jak to w rodzinie, nie są już tak obrzydliwe. Nie powinno też nikogo dziwić, że przemoc znajduje w rodzinie swoje naturalne środowisko, bowiem w konserwatywnie ukształtowanym życiu społecznym bycie kobietą pracującą i matkującą, a zatem i kopulującą nijak nie jest w stanie doprowadzić do jej wyzwolenia z pozycji domowej „niewolnicy”. Nie na zresztą żadnego rzeczowego powodu do jakiejkolwiek zmiany tej sytuacji, skoro w poczuciu patriotycznej odpowiedzialności nasza Bohaterka za sprawą obowiązkowego macierzyństwa szczęśliwie osiągniętego drogą au naturel (wariantem zapasowym jest adopcja), z podniesionym czołem wkracza do „swej” rodziny, która podlegając wnikliwej władzy miłościwie nam panującego Kościoła i surowej opiece Państwa z udziałem otaczającej ją coraz bardziej społeczności znakomicie odnajduje się w Wielkiej Rodzinie Wszystkich Polaków. Nie jest to zresztą idea nowa, bowiem w swoim czasie jej gorącymi propagatorami byli zgodnie Stefan Kardynał Wyszyński i Edward Gierek zgodnie uważając, że społeczeństwo, czytaj Naród, składa się z rodzin, oczywiste że bez objaśniania położenia sierot. Była to rzecz jasna słusznie miniona całkowicie inna epoka po upadku której nastał „wolny kraj” i niepodległe państwo polskie, którego praktyki ideologiczne mają zręcznie maskować rozliczne obszary społecznego zniewolenia.

Państwo

Jądrem polskiej ideologii stał się kult państwa wzmacniany niekończącym się festiwalem okrągłych rocznic szeregu powstań by jak najszerzej krzewić tradycję walk o wyzwolenie narodowe, ważkie spoiwo naszego feudalno-plemiennego systemu społecznego. Jednak polityka stawiania państwa ponad społeczeństwem niesie za sobą poważne ryzyko niepowodzenia, jeśli zważyć, że przez wieki a także współcześnie społeczeństwa potrafią zupełnie nieźle radzić sobie bez państwa, gdy odwrotna sytuacja nie miała raczej miejsca. Nie jest bowiem możliwe znalezienie takiego państwa, które istniałoby bez społeczeństwa, skoro z natury rzeczy ma ono jemu w ostatecznej instancji lepiej czy gorzej służyć. Apoteoza państwa uzyskała w praktyce taką moc w oddziaływaniu na społeczeństwo, że doszło do tego, iż niemal narodową specjalnością Polaków stało się dążenie do tego, aby w miarę szybko i sprawnie, a zwłaszcza bez sensu dać się zabić za „szlachetną sprawę”. Także organizowane od paru lat Koncerty Niepodległości, ostatni piątej edycji, ze względu na znamienną lokalizację w Muzeum Powstania Warszawskiego, jednego z najbardziej tragicznych wydarzeń kart najnowszej historii, mają znaczący udział w kultywowaniu tej zgubnej ideologii.

W ważnym wystąpieniu 15 sierpnia przed Belwederem na głównych uroczystościach ostatnich obchodów Święta Wojska Polskiego, − a nie „z okazji”, jak ustalili pisarczykowie z jego kancelarii, boć przecie właśnie w PRL wiecznie były jakieś okazje, − prezydent Bronisław Komorowski przywołał niesłusznie zapomnianą postać generała Stanisława Szeptyckiego, ministra spraw wojskowych II Rzeczpospolitej, który w 1923 roku ustanowił 15 sierpnia Świętem Polskiego Żołnierza. Równocześnie Komorowski podkreślił, że dopiero po wielu latach doszło do odsłonięcia poświęconej zasłużonemu generałowi tablicy, co dowodzi, „że wciąż możemy odkrywać prawdę, że wciąż możemy odkrywać pokłady polskiego patriotyzmu, że jeszcze jest w dalszym ciągu dużo do zrobienia na rzecz narodowej wdzięczności i narodowej pamięci”.

Wolno zatem, traktując z cała powagą prezydencką zachętę do poszukiwania prawdy o dokonaniach polskich patriotów w wojnie z bolszewikami, rozważyć subtelne związki jakie zachodzą między wyprawą wileńską z lutego 1919 roku i kolejną wyprawą z końca kwietnia 1920 roku tym razem na Kijów, zresztą w sojuszu z atamanem Petlurą w ramach międzynarodowej interwencji w celu obalenia bolszewickiej władzy a „najazdem bolszewickim” oraz obchodzoną uroczyście i radośnie rocznicą zwycięskiej Bitwy Warszawskiej 15 sierpnia 1920 roku. Nikt nie zaprzeczy, że bez względu na rezultat walk, jak to zwykle bywa, po obydwu stronach zginęły tysiące ludzie, chociaż jeśli przyjąć kształtujące się wśród części naszych elit myślenie, że „bolszewik” czy „komunista”, to nie człowiek, w takim razie ostatecznie tych ludzkich ofiar byłoby znacznie mniej.

Zatem być może polityka ekspedycyjna, w realizacji której Komorowski w ostatnich latach ma swój znaczący, bezpośredni udział, ma metrykę starszą od rocznika 2007 i nie pochodzi też wcale z czasów PRL, co zaświadcza przykład Czechosłowacji, czy okresu przedwojnia, skoro tradycja polskich interwencji wojskowych sięga nawet czasów napoleońskich, jeśli przypomnieć nieudaną operację na Haiti. Prezydent zapowiedział zdecydowane odejście „od nadgorliwie, nieopatrznie ogłoszonej w 2007 roku polityki ekspedycyjnej”, do której nasze państwo było zresztą kompletnie nieprzygotowane. Podobno we wstępnej fazie walk używane przez naszych żołnierzy mundury czyniły ich w pustynnych warunkach dobrze widocznym celem, a obuwie i kuloodporne kamizelki były w takim stanie, że konieczne stały się ich prywatne zakupy a tarpany pełniły obowiązki wozów bojowych wzmocnione na miejscu wyciągniętymi ze śmietnika stalowymi płytami z amerykańskich pojazdów. Być może te lub podobne okoliczności spowodowały ogłoszenie przez zwierzchnika sił zbrojnych końca „łatwej polityki łatwego wysyłania żołnierzy polskich na antypody świata”, która pociągnęła za sobą śmierć 41 polskich żołnierzy, do których należy dodać domniemanego oficera „cichego frontu” zamordowanego w Pakistanie geologa Piotra Stańczaka oraz setki rannych na polu walki, którzy stali się ofiarami często dożywotniego inwalidztwa. Tych cierpień, także żołnierskich rodzin, nie jest w stanie osłodzić słuszne zapewnienie prezydenta, że „wypełniliśmy z honorem nasz sojuszniczy obowiązek” biorąc udział w wojnie, która „toczy się w ramach natowskiej zasady solidarności. A solidarność i wiarygodność sojusznicza to ważny, to bardzo ważny element naszego polskiego bezpieczeństwa”.

Powszechnie wiadomo, że w zdecydowanej większości pacyfistyczne społeczeństwo polskie było przeciwne wojnie w Iraku i następnie w Afganistanie oraz stanowczo wykluczało udział w nich naszych wojsk. Nasze elity polityczne i wojskowe doskonale o tym wiedziały i dlatego rozmyślnie omijano prawo z konstytucją włącznie, aby uzyskać przynajmniej cień legitymizacji dla wojennych działań polskich żołnierzy. Równocześnie władze uruchomiły potężny medialny walec propagandowy dla poparcia akcji naszych wojsk na przykład przez wysyłanie na front stałych specjalnych korespondentów i zapewnienie im stałego miejsca w ramówkach anten telewizyjnych i radiowych. Tak między innymi zrobił Program 1 Polskiego Radia, który każdego roboczego dnia przez lata w porannym prime time przed godziną ósmą nadawał entuzjastyczne korespondencje wojenne, co jako żywo przypominało peerelowskie audycje obśmiewane przez lud pracujący powiedzeniem: „Tu Jedynka dla kretynka”.

Trzeba przyznać, że mimo wszystko w naszym kraju nie dochodziło tak jak w Stanach Zjednoczonych do usuwania z pracy z dnia na dzień dziennikarzy za krytykę wojny na antenie. Powód był prosty – tej krytyki u nas nie było, ponieważ dziennikarze byli niezwykle starannie pilnowani tak dalece, że niezwykle rzadko dopuszczano do relacji z antywojennych manifestacji na Zachodzie. Na przykład masowy protest z udziałem 200 tysięcy manifestantów bodaj we wrześniu 2003 roku w Waszyngtonie w słoneczny dzień został zrelacjonowany przez stacje telewizyjne na całym świecie z wyjątkiem Polski, a pokazywano wielce „smakowity kąsek” w postaci nagiej klatki piersiowej dziewczyny, na której obok kolorowego stanika był namalowany flamastrem znamienny napis: „Fuck no kill” przypominający jako żywo hasło dzieci kwiatów „Make love not war”.

Wielka szkoda, że ta polityczna akcja w polskich mediach nie została starannie zbadana i opisana jako przykład rażącego naruszenia wolności słowa, co ciekawe przy braku instytucjonalnej cenzury. Zresztą generalnie klasyczna wolność prasy była od początku transformacji, a jeszcze wcześniej w opozycji słabym punktem naszych „demokratycznych” elit opiniotwórczych. Dość przypomnieć skandal polityczny wywołany przez szefa OPZZ Alfreda Miodowicza, gdy w przemówieniu na inauguracji Okrągłego Stołu ośmielił się zaproponować likwidację cenzury, co natychmiast zablokowały tuzy polskiego „wolnościowego” dziennikarstwa z solidarnościowych kręgów, mając pełne poparcie elity opozycji demokratycznej.

Imperium

Oceniając amerykańskie awantury wojenne należy przypomnieć, że nieprzypadkowo generał Dwight Eisenhower opuszczając Biały Dom w 1961 roku na zakończenie swej prezydentury wygłosił sławne przemówienie, w którym przestrzegał przed rosnąca potęgą kompleksu wojskowo-przemysłowego przejmującego faktycznie władzę w państwie w celu zapewnienia mu jak największych dochodów. Korporacje zarabiają na wojnach kolosalne pieniądze, a jednym z największych biznesów jest światowy handel bronią, który w 2012 roku podobno był wart 1,7 miliarda dolarów. Jak na ironię zaczęta w 2003 roku wojna afgańska miała kryptonim Enduring Freedom („Trwała wolność”), gdy jak widać po dziesięciu latach zasługuje raczej na nazwę Enduring War. W tych okolicznościach nasze elity także mają się nieźle zasadnie licząc na osobiste kariery na światowych czy europejskich salonach, a ich przaśny przyodziewek z trudem skrywa pod podszewką stosowny zaskórniak jako swego rodzaju gratyfikacja za wierną służbę na rzecz wolności i demokracji.

Wiadomo, że nie ma wolności i demokracji bez niepodległości ,o którą Polacy walczyli przez ponad stulecie, a w jej finale po dwu latach polskiej państwowości zorganizowali, jak podkreślił Komorowski, „armię, zdolną do skutecznego oparcia się najazdowi bolszewickiemu. To wspaniała, aktualna do dzisiaj, lekcja niezależności i suwerenności, ale również umiejętności współdziałania pomimo różnic. Historia nauczyła nas, że wolność nie jest dana raz na zawsze. Że wymaga – od nas także – codziennego wysiłku, codziennej pracy, a gdy trzeba walki i to na wszystkie dostępne nam sposoby”.

Współcześnie w czasach umownie określanych jako wałęsowskie, których polityczny arcykapłan nawet nie zechciał udawać demokraty, swego rodzaju „resortem niepodległości” jest prezydenckie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, gdy dla porównania w okresie stalinowskim w ramach rządu kluczową rolę pełniło Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Zatem, o ile BBN obecnie chroni nasz kraj przed wschodnim, ściśle rzecz biorąc rosyjskim kapitalizmem, o tyle MBP poprzez zwalczanie wewnętrznych wrogów „demokracji ludowej” izolowało Polskę od zachodniego kapitalizmu, zabezpieczając ją przed „zakusami amerykańskiego imperializmu”. Wówczas gwarantem ówcześnie pojmowanej suwerenności Polski był rozwiązany w 1991 roku polityczno-wojskowy sojusz państw wschodniego obozu określany jako Układ o Przyjaźni, Współpracy i Pomocy Wzajemnej, w skrócie Układ Warszawski, gdy obecnie niepodległość naszego kraju zapewnia członkostwo w polityczno-wojskowej Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego, skrótowo NATO.

Otóż państwo, uznawane za niepodległe musi posiadać terytorium znajdujące się w jego bezwzględnie suwerennym władaniu, co w naszej sytuacji oznaczało wycofanie z Polski radzieckich kontyngentów. W tej kwestii naszym władzom nie sposób zarzucić nadgorliwość, jeśli zważyć, że ich bazy wojskowe na Węgrzech i w Czechosłowacji zostały zlikwidowane w czerwcu 1991 roku, na Litwie 1 września 1993, a w Polsce jako ostatnim na tej liście kraju dopiero 17 września 1993 roku. Oczywiste, że obecność baz wojskowych na terytorium określonego państwa wadzi jego suwerenności ale jej nie przekreśla, czego dowodzą przykłady Kuby czy Niemiec z idącą w dziesięciolecia tradycją obecności na ich ziemiach wojsk okupacyjnych, dziwnym trafem amerykańskich.

Po sześciu latach polityczno-wojskowych wakacji w stosunkach międzynarodowych Polska nie bez trudu wstąpiła do NATO, co automatycznie spowodowało, że nasz kraj stał się jakby częścią terytorium NATO, niestety bezpośrednio przy jego wschodnich granicach. Wiadomo już, że w praktyce oznacza to na przykład obecność na naszej ziemi więzienia CIA czy instalacji podsłuchowych chociaż bez oficjalnego stacjonowania amerykańskich wojsk. Warunkiem udziału w NATO jest uczestniczenie w rozmaitych wojnach i wojskowych operacjach na całym świecie, w tym także stałe zakupy uzbrojenia w szczególności amerykańskiej produkcji.

W natowskim pakiecie znalazły się także specjalne zadania w ramach prowadzonej przez Waszyngton wschodniej polityki, których zapewne dobrym przykładem może być przyznanie Michaiłowi Chodorowskiemu specjalnej Nagrody Lecha Wałęsy. Ten rosyjski oligarcha w trakcie złodziejskiej prywatyzacji w Rosji stał się „właścicielem” potężnego koncernu paliwowego Jukos. Po kilku latach Chodorowski zainstalował siedzibę firmy w Houston w Teksasie, zatrudnił amerykańskich menedżerów, którzy jak to zwykle bywa w takich sytuacjach okazali się agentami stosownych służb i szykował się do częściowej sprzedaży Jukosu w USA. W sytuacji przewidywanej negatywnej reakcji rosyjskich władz na ratunek Chodorowskiemu miały pospieszyć światowe media, aby pod dyktando polityków prowadzić szeroką kampanię wizerunkową prezentacji oligarchy w roli ofiary policyjnego reżimu, politycznego konkurenta Putina i obrońcy praw człowieka. Nasi politykierzy oczywiście skrupulatnie wykonują zlecone im zadanie dorzucając do liczącego podobno 200 milionów dolarów majątku Chodorowskiego skromne 100 tysięcy dolarów wałęsowskiej nagrody z kasy jeszcze kontrolowanego przez Skarb Państwa banku PKO BP. Nie należy jednak zapominać, że operacja Majdan trwa a to też jak wiadomo nasze zadanie do wykonania.

Należy jednak zauważyć, że używana przez szefa BBN Stanisława Kozieja formuła „terytorium NATO” (Stanisław Koziej, NATO musi mądrze wrócić do korzeni, „Gazeta Wyborcza, 4. 10. 2013) jest zbyt daleko idąca, ponieważ w tekście Traktatu pisze się o dążeniu państw członkowskich „do umacniania stabilizacji i dobrobytu na obszarze północnoatlantyckim” [North Atlantic area – tekst oficjalny] czy podejmowaniu działań „w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego” [North Atlantic area – tekst oficjalny], zachowując termin „terytorium” dla opisu państw na przykład w kontekście zagrożenia ich integralności „terytorialnej” a pojęcie „obszaru” do swego rodzaju globalnego bytu politycznego. Osobliwość sytuacji politycznej polskiego państwa polega być może na tym, że chociaż nie znajduje się na północy ani nie sąsiaduje z Atlantykiem jest ważnym i aktywnym członkiem sojuszu, w którego nazwie znajdują się słowa kluczowe „północ” i „Atlantyk”, ale nie jest to tylko nasz przypadek.

Z punktu widzenia suwerenności członkostwo w NATO rodzi szereg spornych kwestii, co w jeszcze większym stopniu związane jest z obecnością naszego kraju w potężnych quasi-państwowych strukturach Kościoła Katolickiego, których symbolem jest jego watykańska stolica. W rzeczywistości Kościół zbudował nieformalne, ale realne państwo, które za sprawą aktywności przykościelnych społecznych organizacji, stowarzyszeń, wspólnot i liderów ustanowiło swego rodzaju „niewidzialne” sieci międzyludzkich relacji, które przedłużają i multiplikują działania jego zawodowych funkcjonariuszy. W globalnej perspektywie Polska zajmuje w Kościele z georeligijnego punktu widzenia miejsce o wielkim znaczeniu jako solidna „wyspa katolicyzmu” w konkurencyjnym otoczeniu prawosławia, protestantyzmu i ateizmu. W tej sytuacji nieuniknione są fundamentalne sprzeczności z realizowaną przez nasze państwo wojenną polityką NATO, gdy będący jej zdecydowanym przeciwnikiem Watykan może liczyć co najwyżej na milczący głos polskich biskupów.

Trzecią globalną organizacją o imperialnym charakterze do której uczestniczy nasze państwo jest oczywiście Unia Europejska o nader skomplikowanych wewnętrznych zależnościach. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że strefa Schengen, do której należy Polska łączy się bezpośrednio z UE, gdy tymczasem Szwajcaria, która do niej nie wstąpiła jest pełnoprawnym członkiem tej ważnej strefy. Z kolei Polska nie należy do „eurozony”, ani też jak dotąd nie wypracowała programu przyjęcia euro i chociaż pozbawiła się w ten sposób wpływu na unijną politykę finansową, to jednak nie ucierpiała na tym nasza integracja z UE. Tym niemniej w rezultacie ostatniego kryzysu gospodarczego Niemcy zażądały prawa do kontroli przez Komisję Europejską budżetów państw narodowych, gdy równocześnie projekt budżetu Irlandii na rok 2012 zanim trafił do parlamentarzystów w Dublinie został późną jesienią przedstawiony komisji budżetowej Bundestagu.

Jak widać niepodległość i suwerenność państw narodowych stopniowo się rozpływa w realnym świecie i przesuwa do ideologicznej rzeczywistości. Trzy sfery funkcjonowania globalnych organizacji: Unii Europejskiej – gospodarka, NATO – wojsko i Kościół – kultura duchowa zdają się tworzyć spójną całość, ale każda z nich kultywując własne globalne ideologie o imperialnym charakterze wywołuje zarazem ich narodowe kontrwarianty.

Antykomunizm

Zrozumienie powojennej polityki polskiej komplikuje antykomunistyczna propaganda poprzez bezpodstawne nadanie naszemu krajowi statusu komunistycznego państwa. Wiadomo, że nasze państwo po wojnie było sterowane przez Stalina bezpośrednio z Kremla, co dla naiwnego obserwatora stanowi łatwy argument na rzecz uznania komunistycznego charakteru powojennego państwa polskiego. Warto przypomnieć, że termin „komunizm” został przez kremlowskiego satrapę w Polsce zakazany, a „socjalizm” pośrednio promował konkurencyjną PPS i do zjednoczenia z PPR też był wykluczony, więc stanęło na nielogicznej formule „demokracji ludowej”. Jednak jak dotąd nikt nie przeprowadził dowodu, że Stalin był komunistą w sensie Marksa, a więc zwolennikiem ustanowienia bezklasowego społeczeństwa dopiero po wyciśnięciu żywotnych soków z prywatnej własności i „nowoczesnego społeczeństwa burżuazyjnego”, chociaż z jego tekstów, które sam pisał wiadomo, że znał się na rzeczy. Za swego życia Stalin należał do grona szacownych uczestników Październikowej Rewolucji, którzy sami nazwali się bolszewikami, a w praktyce prowadził polityką w istocie typową dla przywódcy imperialnego państwa rosyjskiego. Miał przy tym rzeczowe spojrzenie na świat, co pośrednio zaświadcza krążąca w kremlowskich gabinetach zapewne jeszcze z lat trzydziestych historyjka, że jakoby Stalin miał się wyrazić, że ten, kto chciałby wprowadzić komunizm w Polsce przypomina mu szaleńca, który zamierza podjąć „próbę osiodłania krowy” [N. Davies, Heart of Europe: a short history of Poland, Oxford University Press, New York 1986, s. 3.].

Problem w istocie polega na tym, że są w Polsce ludzie, którzy wiedzą znacznie więcej niż zostało wyżej zapodane, a mimo to fałszywie wmawiają innym ludziom, którzy nie wiedzą o co chodzi, że w naszym kraju był komunizm. Ich sprawa. W tym gronie wyróżnia się, nie tylko intelektualnie, sławna postać Anne Applebaum, która na pytanie radiowej dziennikarki co zrobić z Pałacem Kultury i Nauki odpowiedziała krótko: – „Zburzyć, bo jest brzydki”. Tymczasem tenże „pałac”, którego nazwa pachnie raczej feudalizmem niż komunizmem powstał faktycznie na mocy decyzji Stalina, który na wieść o wieżowcach w Stanach uznał, że także w tym dziele trzeba pokonać Amerykanów. Z rozkazu Stalina na rekonesans do USA jeszcze w latach trzydziestych wysłano grupę architektów, w tym budowniczego naszego pałacu, którzy zdecydowali o przyjęli jako wzorce do swoich projektów nowojorski Empire State Building, drapacze chmur z Chicago i rodzinę przysadzistych wież w Detroit z kultowym Renaissance Center na czele. W rezultacie oceanicznych wojaży zbudowano siedem wieżowców w Moskwie, miedzy innymi siedzibę MSZ i Uniwersytetu Moskiewski im. M. Łomonosowa oraz jako ósmy nasz nieszczęsny Pałac. Nasza świeżo upieczona rodaczka doskonale zna całą tę historię i jeszcze więcej, ale jak na zawodową antykomunistkę przystało konsekwentnie mąci ludziom w głowach.

Jednak bywało gorzej, gdy nasza bohaterka opowiadała w kobiecych pismach, że polska kuchnia jest komunistyczna, ponieważ jest tłusta. W każdym razie wynika stąd taki oto wniosek, że zbyt łatwo dochodzi do utożsamienia postawy antyrosyjskiej z antykomunizmem, który na dodatek nie zawsze musi być traktowany jako trwały składnik obowiązującego każdego polaka pakietu ideologicznego. Chociaż z drugiej strony, jak na pełnokrwistą Polkę przystało, Anna Maria Jopek wyznała, że „w czasach komuny obrzydzono nam Chopina i muzykę ludową”, należy rozumieć, że z ich nadmiaru i swoistego monopolu w kulturze. [Śpiewa pełnokrwista Polka, z Marią Anną Jopek rozmawia Jakub Panek, „Gazeta Wyborcza”, 23-24.11.2013.].

Próba zrozumienia Polski powojennej wymaga przyjrzenia się okresowi „międzywojnia”, w którym po odzyskaniu niepodległości myślenie o państwie przybrało postać swoistego konserwatyzmu, ale nie w sensie tradycjonalizmu, skoncentrowanego na kształtowaniu państwa narodowego we wszelkich możliwych obszarach od gospodarki po szeroko pojętą edukację, działalność kulturalną i naukę. Ta swego rodzaju konserwatywna rewolucja w międzywojennym dwudziestoleciu postawiła milowe kroki i po wymuszonym niemiecką okupacją zastoju doczekała się w „powojniu” [Tony Judt, Powojnie. Historia Europy od roku 1945, przeł. R. Bartołd, Poznań 2008.] dynamicznej kontynuacji.

W okresie „międzywojnia” polskie elity polityczne zbudowały solidne fundamenty kapitalizmu państwowego w gospodarce budując port w Gdyni, jego połączenie z kopalniami Górnego Śląska za pomocą specjalnie zbudowanej magistrali kolejowej oraz zakłady przemysłowe Centralnego Okręgu Przemysłowego w południowo-wschodniej części Polski od Radomia po Mielec. Ulokowany tam przemysł zbrojeniowy, w tym lotniczy, został w okresie powojennym znacząco rozwinięty także dzięki postawieniu Nowej Huty. Paradoksalnie potężna inwestycja przemysłowa, łącznie z budową miasta, została przeprowadzona przez państwo wedle najlepszych kapitalistycznych wzorów z wykorzystaniem całego sztafażu socjalistycznej propagandy i obecnie spełnia wszelkie warunki kultowego symbolu „socjalizmu”, przed laty określanego„metaforycznie” jako realny, chociaż spełniał on wszelkie warunki definiujące państwowy kapitalizm.

Drugim fundamentem powojennej polityki gospodarczej była rozpoczęta w końcu lat trzydziestych reforma rolna, automatycznie zamrożona w czasie niemieckiej okupacji. Kontynuacja tej reformy po wyzwoleniu była nie tylko naturalną konsekwencją jej przedwojennego etapu, ale i rezultatem politycznych żądań praktycznie wszystkich sił politycznych, które w nowych warunkach ustrojowych mogły jedynie wzmocnić antyfeudalną wymowę ówczesnej rewolucji agrarnej. Na wsi doszło do radykalizacji wśród biedoty chłopskiej antyziemiańskich nastrojów oraz żywiołowych akcji przejmowania majątków i dworów na terenie centralnej Polski. Równocześnie na świeżo zagospodarowywanych Ziemiach Zachodnich i Północnych było pod dostatkiem wolnej do objęcia ziemi. Widać, że obowiązujące w dzisiejszej reżimowej propagandzie ujęcie gospodarczych przemian w okresie powojennym niewystarczająco wydobywa ich konserwatywny i wręcz przymusowy charakter, chociaż od czasów Gomułki towarzyszy im socjalistyczna poświata.

Jak przypomniał Zbigniew M. Kowalewski zawarte jeszcze w trakcie wojny w Teheranie i Jałcie porozumienia rozstrzygały także kwestie ustrojowe w powojennej Europie. Jego zdaniem „biurokracja stalinowska w ZSRR nie chciała rewolucji – ani w Jugosławii, ani gdzie indziej. Komuniści mogli przejąć władzę, ale tylko tam, gdzie doszła armia radziecka i gdzie władza ta znajdowała się pod radziecką kontrolą. Jugosławii to nie dotyczyło, bo Stalin ustalił z Churchillem, że oba mocarstwa podzielą się po połowie wpływami w tym kraju”. [Z. M. Kowalewski, Jugosławia między Stalinem a rewolucją. Od wyzwolenia do walki z kominformizmem, „Le Monde diplomatique. Edycja polska”, lipiec 2013, nr 7 (89).]. Josip Broz, znany jako Tito, przywódca Komunistycznej Partii Jugosławii stworzył do walki z niemieckim okupantem niemal regularną armię dochodzącą do 800 tys. żołnierzy. Przy olbrzymim poparciu społecznym, wbrew Stalinowi, pod koniec 1943 roku komuniści powołali partyzancki parlament, który obalił monarchię, proklamował republikę i ustanowił własny rząd tymczasowy zakazując zarazem królowi i rządowi emigracyjnemu powrotu do kraju. Sekretarz Komitetu Wykonawczego Kominternu Dmytro Manujilśkyj zawarł w korespondencji niezwykle ostrą reakcję Stalina na te wydarzenia: „Gospodarz jest niebywale wściekły. Uważa, że to cios w plecy ZSRR i decyzji podjętych w Teheranie” [V. Dedijer, Novi prilozi za biografiju Josipa Broza Tita, t. 1, Rijeka 1981, s. 358.]. W podobnej sytuacji znalazła się po wojnie Grecja, w której kierowana przez komunistów partyzantka dostawała pomoc z Jugosławii, Albanii i Bułgarii ale nie z ZSRR, ponieważ Stalin nie popierał greckiej rewolucji. Na podstawie porozumienia z Churchillem Grecja znalazła się w brytyjskiej strefie wpływów i leżała poza zasięgiem armii radzieckiej.

Jak wiadomo, Polska przypadła radzieckiej strefie wpływów pod kontrolę armii radzieckiej i ta część społeczeństwa, która nie mogła się z tym pogodzić liczyła na tzw. III wojnę światową. Jednak opracowane przez brytyjskich sztabowców plany ataku angloamerykańskich sił na ZSRR były bez udziału hitlerowskiej armii praktycznie niewykonalne. Zdolność bojowa ocalałych jednostek niemieckich prezentowała się doskonale, ale możliwości ich przemarszu przez nasze terytorium w celu zaatakowania osłabionej zwycięską wojną radzieckich wojsk ze względu na opór Polaków były żadne. I to prawdopodobnie uratowało Stalina przed ewentualnym upadkiem w rezultacie łatwej do przewidzenia klęski Armii Radzieckiej. Tym razem Polacy hipotetycznie uratowali Związek Radziecki a sam Churchill na krótko przed opuszczeniem fotelu premiera odłożył ad acta te wojenne plany i nader skutecznie zajął się w wolnym już czasie projektowaniem „zimnej wojny”.

Historia

Wszystkie ważkie tropy zdają się prowadzić do węzłowej kwestii ludzkiej pamięci i wyobraźni, posiadając nierozłączne aspekty indywidualne i społeczne, które mają zawsze historyczny wymiar. Na tej bazie żywiołowo kształtuje się swego rodzaju wrażliwość na prawdę historyczną i umiejętnie kształtowana polityka historyczna, kierująca się bliżej nieokreślonym „punktem widzenia historii” oraz interesem państwa i określonych orientacji ideologicznych. Wobec wielości wersji prawdy historycznej dochodzi do ustanawiania monopolu na prawdę historyczną w jej kanonicznej postaci w parlamencie czy instytucjach akademickich metodą głosowania na podstawie dosyć przypadkowego kryterium arytmetycznego zwłaszcza wtedy, gdy prawdę przyjmuje się za fundament porozumienia czy pojednania.

Spór o prawdę historyczną wydaje się czymś zupełnie naturalnym ale jest zupełnie nie do przyjęcia na ideologicznym gruncie, czego od dziesięcioleci symbolicznym przykładem są nieustanne kontrowersje wokół powstania warszawskiego. Jako decydujący argument w tym sporze świadomie wprowadzono Muzeum Powstania Warszawskiego o bardzo ciekawej i dynamicznej ekspozycji. Na jej kanwie wybitny historyk Marcin Kula trafnie zauważył, że my Polacy byliśmy w stanie wręcz nawet polubić rolę ofiary skoro „świętujemy przegrane, jakby to były zwycięstwa”. Przytoczył też ciekawą uwagę zagranicznego znajomego, który pełen zachwytu dla powstańczej ekspozycji „zapytał zmieszany, jak się ono skończyło, czy myśmy je w ostateczności wygrali?” [Siedem grzechów głównych: pycha, z Marcinem Kulą rozmawia Mira Suchodolska, „Dziennik Gazeta Prawna”, 21-23 czerwca 2013, nr 119 (3509)]. Faktycznie, nie ma prostego sposobu na opisanie powstania, które pod względem wojskowym toczyło się przeciwko Niemcom a politycznie było wymierzone w Związek Radziecki i personalnie Stalina, który na dodatek miał się dać do niego wciągnąć. Ostatecznie, jak kto woli, antyradziecką, antykomunistyczną czy antyrosyjska wymowę powstańczego przekazu należy uznać za bezsporny sukces tegoż Muzeum.

Nie sposób nie łączyć z tą sytuacją wypowiedzi Pawła Machcewicza, dyrektora Muzeum II Wojny Światowej „w budowie”, który podkreślił wzrost popularności muzeów w edukacji historycznej kosztem czytelnictwa. „Muzea stają się odpowiednikami katedr w średniowieczu, do których chodzili niepiśmienni prości ludzie i które dawały im obcowanie z literaturą i sztuką w postaci witraży, rzeźb, obrazów, słowa mówionego. Współczesne ekspozycje muzealne przemawiają do ludzi różnymi środkami – obrazami, dźwiękiem. Nie tylko tekstem. To się staje podstawowym nurtem opowiadania o historii”. [Polski punkt widzenia na wojnę, rozmowa z prof. Pawłem Machcewiczem, dyrektorem powstającego w Gdańsku Muzeum II Wojny Światowej, „Gazeta Wyborcza”, 25 lipca 2013].

Punkt widzenia Machcewicza na szeroko pojęte życie polityczne zasadza się na przyjęciu milczącego założenia praktykowania go jako religii w sensie operowania świętością czasu i miejsca zachowań politycznych kształtowanych w postaci obrzędów liturgicznych. Ta formuła sprawdza się znakomicie w odniesieniu do wszelkich rytuałów związanych z obchodami rozlicznych świąt państwowych i rocznic. O ich randze świadczą między innymi ministerialne funkcje doradcy prezydenta RP do spraw historii i dziedzictwa narodowego czy ministra kultury i dziedzictwa narodowego oraz osobne ministerstwo do spraw polityki historycznej zręcznie zakamuflowane pod szyldem Instytutu Pamięci Narodowej. Zapewne nie bez znaczenia jest także objęcie funkcji prezydenta RP, premiera czy marszałka senatu przez zawodowych historyków oraz liczna plejada specjalistów z tej dziedziny bogato rozsianych w różnych miejscach życia politycznego w partiach, dyplomacji, mediach, służbach i kościele. Dokonuje się także komercjalizacja działalności „historycznej i historyków” czyniąc prawdę historyczną, wzorem innych wytworów – towarem. Traktowanie muzeum jako świątyni dla maluczkich, którzy po swoistej liturgii ją opuszczają z nowym zastrzykiem wiary w państwo i miłości do jego przywódców jest twórczym nawiązaniem do kultu marszałka Piłsudskiego, którego krzewieniem zajmował się przed wojną specjalnie w tym celu utworzony państwowy instytut. Aktualnie rozwój muzealnictwa, wszak to też świątynie, ma przebiegać równie dynamicznie jak budowa kościołów. Zbliża się czas otwarcia Muzeum Historii Żydów Polskich, a planowane jest Muzeum Ziem Zachodnich, Muzeum Kresów, Muzeum Historii Polski oraz szereg innych pomników niepodległości.

Stąd już tylko krok do powołania swoistego Związku Wyznaniowego Historyków ze swoimi kapłanami i arcykapłanami, świątyniami i bazylikami, ewangeliami i encyklikami, wydawnictwami i mediami, pochodami i rekonstrukcjami, ekshumacjami i grobami, kapelanami i kultowymi autorytetami, a przede wszystkim „świętymi miejscami”. Pod każdą z tych nazw na podstawie własnego doświadczenia życiowego i posiadanej wiedzy jak w matematycznym równaniu można podstawić stosowne dane i sprawdzić czy mają właściwe zastosowanie. Nie powinno się rzecz jasna przeoczyć, frakcyjnego charakteru związku wyznaniowego historyków, a zatem i wielości grup wyznawców, często na sekciarskim poziomie, które mają swoje zaplecze sakralne i tworzą wrażenie swoistego pluralizmu chociaż w dosyć ograniczonych ramach.

Rzeczowa analiza ideologii polskiej jako religii byłaby zatem oparta na trzech fundamentalnych kultach: wolności, ale nie każdej i nie dla każdego, świętej prywatnej własności i katolickiej wiary. Zarysowany krajobraz ideologiczny „tworzy sacrum wspólnotowe Polaków”, rzeczywistych lokatorów Starej Polski, którą tym razem nie należy, jak powiada Jan Kurowicki, rozumieć jako przeciwieństwo Młodej Polski, ale tej Nowej Polski, „która wykluwa się w historii od pierwszych chwil rewolucyjnego ruchu robotniczego”. Fundamentalnym założeniem Starej Polski jest przekonanie, że „własność prywatna nie tylko jest świętością, lecz i opoką dobrobytu, podstawą przedsiębiorczości, wolności i religii. […] I że tylko instytucje i organizacje niezależne od państwa są gwarantem demokracji i jednostkowej wolności”. Jego zdaniem, zakorzeniona w Legendzie Starej Polski „ojczyzna ideologiczna” nie mogła wszechwładnie zapanować „bez historycznie ukształtowanego u nas wzorca religijności klas podstawowych: chłopstwa i klasy robotniczej” [Jan Kurowicki, Legenda Starej Polski, [w:] Figury i maski w praktykach ideologicznych, Warszawa 2013, s. 51, 46-47, 60.], który obejmuje swym zasięgiem nie tylko państwo ale i właściwą mu ideologię o nieuchronnie imperialnym charakterze.

* * *

Katechizm polskiego dziecka

— Kto ty jesteś?

— Polak mały.

— Jaki znak twój?

— Orzeł biały.

— Gdzie ty mieszkasz?

— Między swemi.

— W jakim kraju?

— W polskiej ziemi.

— Czem ta ziemia?

— Mą ojczyzną.

— Czem zdobyta?

— Krwią i blizną.

— Czy ją kochasz?

— Kocham szczerze.

— A w co wierzysz?

— W Polskę wierzę!

— Coś ty dla niej?

— Wdzięczne dziecię.

— Coś jej winien?

— Oddać życie.

[według 5. wydania z 1912 roku ważne uzupełnienie Bełzy]

Zmiana pierwszej strofki dla dziewczątek:

— Kto ty jesteś?

— Polka mała.

— Jaki znak twój?

— Lilja biała.

i t. d.

Władysław Bełza, Katechizm polskiego dziecka, Ossolineum, Lwów 1901.

Klasyczna parodia Katechizmu polskiego dziecka znajduje się w skamandryckiej szopce z 1922 roku, w której rozmawiają Stanisław Bezstroński (czyli Stanisław Stroński, publicysta i polityk endecki) z pisarzem Marnelem Kakuszyńskim (czyli Kornelem Makuszyńskim), a w charakterze biesiadników została przywołana cała plejada ówczesnych polityków od radykalnych endeków do socjalistów.

BEZSTROŃSKI: Kto ty jesteś?

KAKUSZYŃSKI: Polak mały!

BEZSTROŃSKI: Jaki znak Twój?

KAKUSZYŃSKI: Orzeł biały!

BEZSTROŃSKI: Gdzie ty żyjesz?

KAKUSZYŃSKI: W kraju polskim!

BEZSTROŃSKI: A z kim pijesz?

KAKUSZYŃSKI: Z Markiewiczem i Czajkowskim,

Z Kasprowiczem i Ostrowskim,

Z Mackiewiczem, Nowaczyńskim,

Z Niklewiczem i Perzyńskim,

Z Gebethnerem i Fiszerem,

Z Winawerem, Gutnajerem,

Z Grycendlerem i z Breiterem.

Z enzetelem, z enzeterem,

Z zecerem i etceterem.

BEZSTROŃSKI: Dobrze, że nie z Belwederem.

KAKUSZYŃSKI: […] Z kochanym, drogim Józiem zdobędę armatę!

Dostanę Polonię restitutę – albo Astorię restauratę!

Per Astoria ad astra! Przejdę do historii!

Ja własny, dożywotni stolik mam w Astorii.

Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Jan Lechoń, Szopki polityczne 1922–1931 Pikadora i Cyrulika Warszawskiego, Iskry, Warszawa 2013.

Marek Zagajewski

Źródło pierwodruku: „Zdanie”, 1-2 (160-161), 2014, s. 13-19.

Dodaj komentarz