Przeciwieństwa się stykają, czyli kto zostanie kolejnym prezydentem Stanów Zjednoczonych


bernie-sanders-donald-trump-megyn-kellyDotychczasowy przebieg kampanii wyborczej czy też ściślej, na razie prawyborczej w jakiej obie partie starają się wyłonić własnych kandydatów na najwyższy urząd w USA jest pod pewnymi względami nietypowy. Banałem jest teza o przemożnym wpływie pieniądza na politykę w w kapitalizmie, teza, która najdoskonalsze ucieleśnienie znajdowała zawsze właśnie w Stanach Zjednoczonych. Z pozoru nic tej prawidłowości nie zaprzecza i tym razem – Donald Trump to wszak miliarder, a i Hillary Clinton, chociaż ma nieco mniej zer na koncie, podobnie jak i jej małżonek, do biedaków nie należy. Oczywistość tej prawdy zakłóca jednak fakt niezwykle, jak dotąd niskich wydatków na kampanię Donalda Trumpa, który wykorzystuje swoją telewizyjną popularność, jaką umiejętnie podsyca sensacyjnymi wypowiedziami, chwytanymi przez dziennikarzy w locie . Z kolei senator ze stanu Vermont, startujący w szrankach partii Demokratycznej Bernie Sanders bazuje na modelu drobnych składek obywatelskich, jaki ostatnio przyniósł sukces obecnemu prezydentowi Barackowi Obamie.

Wydając niemal grosze Trump zmiatał do niedawna rywali w kolejnych głosowaniach stanowych, nie licząc potknięcia na wstępie kampanii. Być może dopiero ostatnia klęska w stanie Wyoming a szczególnie masowy protest, jaki zmusił go do odwołania spotkania z wyborcami stanowią pewne zwiastuny zmiany sytuacji napawającej establishment partii Republikańskiej prawdziwą paniką. Jej powodem są nie tyle podchwytywane przez media prowokacyjne wypowiedzi Trumpa kierowane przeciwko imigrantom. Kamieniem niezgody nie jest także głośny pomysł postawienia muru na granicy z Meksykiem, przy czym Trump starał się stworzyć wrażenie, że mówi serio, gdy przewiduje finansowanie owej zapory mającej raz na zawsze uwolnić amerykański raj od uparcie do niej wpełzającej meksykańskiej zarazy przez rząd meksykański, któremu sporo czasu zeszło zanim się w końcu nie pozbierał i oświadczył oficjalnie, że co to to nie, on, meksykański rząd tego muru finansować nie będzie. Można sobie wyobrazić powtórki z historii, nawet powrót do wojen amerykańsko-meksykańskich, w razie czego o czym większość obawia się mówić głośno, ale po cichu liczy się wszak z taką alternatywą: tzn. wprowadzenia się Donalda Trumpa do Białego Domu.

Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na jego charakterystyczną reakcję na chicagowski protest, o podżeganie do którego oskarżył Sandersa. To prawda, że Sanders otwarcie krytykował Trumpa, ale grono jego krytyków jest o wiele szersze, obejmując zresztą polityków z obu partii oraz, last but not least, papieża Franciszka. A jednak Trump wybrał za cel swego personalnego ataku właśnie Sandersa. Moim zdaniem stało się to nieprzypadkowo i jest związane ze wspomnianymi powyżej przyczynami rezerwy i niechęci, z jaką odnosi się do Trumpa tzw. główny nurt partii Republikańskiej. Z ich perspektywy bowiem Trump w ogóle nie reprezentuje jakichkolwiek wartości republikańskich, jego program nie ma nic wspólnego z tradycyjnymi liniami polityki republikańskiej. Trump odrzuca świętą dla amerykańskiej prawicy zasadę wolnego handlu (m.in. obiecuje, że obłoży wysokimi cłami towary importowane z Chin), co więcej, nie tylko popiera program ubezpieczeń socjalnych, ale chce jego dalszego rozszerzenia; podobne stanowisko ma odnośnie do ubezpieczeń zdrowotnych. Finansowanie tych inicjatyw ma pochodzić w szczególności z podniesionego podatku na bogatych, co stanowi prawdziwą anatemę dla republikanów, wciąż kurczowo trzymających się dogmatów ekonomiki podaży o celowości obniżania opodatkowania zwłaszcza klas burżuazyjnych jako rzekomo (bezpośrednio lub pośrednio) odpowiedzialnych za rozwój i wzrost gospodarczy. Owe pomysły Trumpa podlane są sosem o „powrocie Ameryki do wielkości”, które to hasło, jeśli mu się przyjrzeć spokojnie, nie różni się wiele od sztandarowego hasła Obamy „yes, we can”dzięki któremu zdobywał on serca i umysły wyborców, jacy uczynili go prezydentem kraju.

Program odrodzenia krajowego przemysłu, ochrony gospodarki kraju przed konkurencją tańszych towarów z zagranicy może być atrakcyjny dla tych, którzy bronią owych miejsc pracy i przyzwoitych płac, jakie dawniej zarabiał amerykański robotnik. I też istotnie, elektoraty prawicowego Trumpa i lewicowego Sandersa w znacznym stopniu krzyżują się. To są ci, którym wielka recesja i ogólniej dokonujące się w gospodarce przemiany najbardziej dały się we znaki. Nie miejsce tu na szczegółową analizę owych czynników zmian, od okrzyczanej globalizacji do robotyzacji i automatyzacji, która w swoim ostatnim wydaniu dotyka tzw. białych kołnierzyków. Dość że właśnie ci dwaj politycy – przy wszystkich swych różnicach – potrafili dotrzeć do tych pokładów społecznego niezadowolenia. Trzeba być na wiecu Bernie Sandersa, by poczuć i zrozumieć, że dawne hasło Maxa Webera o polityce jako powołaniu nie zestarzało się, że polityk ożywiony prawdziwą ideą, którą potrafi przekazać może i dzisiaj budzić niekłamany entuzjazm tłumów. Zestawienie tego zapału, rewolucyjnego zapału – zważywszy, że do rewolucji właśnie Sanders nawołuje – z bladymi i banalnymi zgromadzeniami z klucza Hillary Clinton jest bardzo wymowne. Clinton może liczyć na kobiety niezamężne oraz – to ciągle residuum ruchu obywatelskiego z lat 60-tych – na część czarnej ludności. Ale to, że Trump zwrócił się w stronę Sandersa, jego uznając za najgroźniejszego przeciwnika mówi samo za siebie. Obaj znajdują posłuch u mniej więcej tych samych wyborców, jakich można by określić zbiorowym mianem underdogs; to nie są uprzywilejowane elity, to nie klasa panująca będzie głosować na socjalistę Sandersa i jakby to paradoksalnie nie brzmiało, na jednego ze swoich w końcu: przedsiębiorcę, któremu wzbogacenie się na rynku nieruchomości wydatnie ułatwiał fakt życiowego startu z kapitałem 200 mln dol.

Pomijając wszelkie księgowe zawiłości, związane ze specyfiką amerykańskich wyborów, które przeforsują zapewne własny scenariusz, władze Demokratów najlepiej by uczyniły nie przejmując się wynikami tych konwentykli, lecz zastanawiając się, kto z ich partii może realnie stawić czoła Trumpowi. Clinton to nie jest kandydatura na te czasy i na tego polityka jako przeciwnika; jedynie Bernie Sanders, który gra w tej samej kategorii, lecz, dodajmy dla porządku, gra inaczej, fair i z przechyłem na lewo, ma szansę zmobilizować masy zwolenników nawet w większym stopniu niż udało się to Obamie. Uczciwość, szczerość i prostota to zasadnicze znamiona jego politycznej osobowości, należące do rzadkości nie tylko w amerykańskim kontekście. Bernie Sanders tonem i charakterem swoich wypowiedzi nieodparcie przypomina jednego z owych biblijnych proroków. I jeśli tak postawić sprawę, to łatwo ją wyśmiać: widział kto proroka jako prezydenta? No, a nawet jeśli nie, to może warto spróbować.

Jacek Tittenbrun

Dodaj komentarz