Przyczynek do zagadnienia końca filozofii


Współczesność nie jest dla filozofii łaskawa. Będąca jej matecznikiem przestrzeń kultury śródziemnomorskiej od dłuższego już czasu wykazuje bardzo daleko posuniętą irytację, gdy filozofowie próbują się upominać o wydzielenie dla nich choćby kawałka autonomicznego terytorium, na którym pytania zrodzone swego czasu w basenie Morza Egejskiego można by w dalszym ciągu stawiać w sposób nieskrępowany oraz niepodlegający zmiennym koniunkturom coraz mniej oczywistej rzeczywistości ekonomiczno-społecznej. O ile jeszcze wiek XX zaangażowany w gorące debaty dotyczące najistotniejszych określeń ludzkiego ducha pozwalał filozofii (w zamian za mniej czy bardziej wyraźne gesty afiliacyjne) przynajmniej na występowanie w roli intelektualnego ornamentu zdobiącego roszczenie do powszechnej ważności wysuwane przez poszczególne propozycje organizacji kształtu ludzkiej egzystencji, wiek obecny, pozbawiony zarówno uniwersalnych marzeń, jak i aspiracji, nie znajduje w swoim dyskursie żadnego miejsca dla refleksji, której archimedesowym punktem oparcia pozostaje pytanie o prawomocność rzeczywistości jako takiej. Świat uznający swą własną oczywistość, świat deklarujący, że jedyną formą jego uprawnionej autodeskrypcji jest język nauk pozytywnych, których status jako takich właśnie uzyskują one w zamian za afirmację istniejącego stanu rzeczy, nie potrzebuje myśli, która wyłącznie na mocy własnego aktu samoustanowienia oświadcza, że jej ewentualna kooperacja i dialog z rzeczywistością możliwe są wyłącznie wówczas, kiedy to rzeczywistość wykaże się uzasadnionym tytułem do prawdziwościowego roszczenia. W obliczu pozornie ostatecznego zwycięstwa ideologii bezalternatywności krytyczny namysł nad istotą samego namysłu, nad zasadnością pozornie niepodważalnych podziałów na sferę przedmiotowości i podmiotowości, wreszcie, nad istotą specyficznie ludzkiej formy istnienia, wydaje się wręcz skandalicznym archaizmem. Kiedy filozof, słysząc zewsząd nawoływania do efektywności, skuteczności, policzalności i indeksowalności, stawia pytania o charakter tych terminów, a następnie, choćby w najbardziej delikatniej formie, wykazuje ich co najmniej niejednoznaczność, spotyka się najczęściej z socjo-kulturowym ostracyzmem, a w najlepszym przypadku – z życzliwą pobłażliwością ze strony tych nielicznych „aktorów” dzisiejszego świata, którzy w zakamarkach swej świadomości zachowali jeszcze pamięć o nieczystym sumieniu współczesnej kultury wobec własnych źródeł.

Taka sytuacja nie może nie wpływać ani na samopoczucie samych filozofów, ani na subiektywne postrzeganie filozofii przez innych. Ci pierwsi bądź przyjmują postawę obronną i coraz słabszym głosem wygłaszają apostrofy do śródziemnomorskich korzeni Europy, bądź karnie zajmują zaoferowane im miejsca w neofordowskim systemie „produkcji wiedzy” i aktywnie przyczyniają się (z różnym poziomem samoświadomości) do stopniowego eliminowania filozofii jako samodzielnego i unikatowego rodzaju refleksji wypracowanego w naszym kręgu kulturowym. Chlubnymi wyjątkami są wśród nas Ci, którzy sięgając do arsenału wallenrodyzmu, usiłują za wszelką cenę uchronić jak najwięcej z żywej tkanki filozoficzności i dokonując niezwykle skomplikowanych instytucjonalno-intelektualnych łamańców, powstrzymują proces stopniowego demontażu filozofii jako jednego z filarów zachodniej tożsamości.

W oczach innych filozofia jest w zasadzie na straconej pozycji. Światowa elita akademicka spod znaku wszelkich dyscyplin naukowych z coraz większą agresywnością usiłuje przejąć suwerenną władzę nad terytoriami, które tradycyjnie zarezerwowane były dla filozofów. Już nie tylko pytania o naturę wszechświata, jego byt, kres i istotę, ale nawet zagadnienia krytyki poznania, pytania o warunki możliwości intersubiektywności, o istotę wartości czy nawet o szczęście czy sens ludzkiej egzystencji zostają obwołane nie tyle „źle postawionymi” (co samo w sobie w dalszym ciągu pozostawało wypowiedzią o charakterze filozoficznym), ale rozstrzygalnymi za pomocą zobiektywizowanych procedur naukowych. Staroświeckie wątpliwości wyrażane w tym kontekście lokalnie przez naszych najbardziej odważnych kolegów kwitowane są co najwyżej wzruszeniem ramion bądź niewybredną aluzją dotyczącą ekonomicznego statusu filozofów. Co charakterystyczne, najwięcej zrozumienia dla filozofii daje się dziś zauważyć w kręgach naukowców zajmujących się najbardziej subtelnymi rozważaniami z dziedziny matematyki i fizyki. W odróżnieniu od zdawałoby się znacznie nam bliższych przedstawicieli tak zwanej humanistyki, ci pierwsi doskonale rozumieją, że z „naukowością” sprawy nie mają się wcale aż tak prosto.

Poza akademią sytuacja filozofii jest jeszcze gorsza. Twórcy dzisiejszych kulturowo-politycznych standardów z wyniosłością proporcjonalną do własnej bezmyślności ogłaszają koniec filozofii, oskarżając ją jednocześnie o marnotrawienie czasu i ludzkiej energii na przedsięwzięcia, które z założenia nie mogą przynieść pożytku wyrażalnego w jakichkolwiek intelektualnie dostępnych księgowym jednostkach miary. Ci, którzy z koniunkturalnych przyczyn usiłują się jeszcze co jakiś czas drapować w togi obrońców cywilizacji, potrafią wprawdzie akcydentalnie sięgnąć po figurę filozofa bądź nawet po filozofa jako empiryczną jednostkę, aby stworzyć złudzenie odwoływania się do uniwersalnej legitymizacji, jednak biada filozofowi, który ów gest potraktuje poważnie i spróbuje pokusić się o samodzielną wypowiedź. Jeśli filozof jest dziś potrzebny interesom panującym, to jedynie jako tak zwane puste znaczące, podczas gdy jego teksty mogą co najwyżej zasiać niepotrzebne wątpliwości. Na własne szczęście zawodowy filozof zazwyczaj podświadomie zdaje sobie z tego sprawę i na wszelki wypadek pisze tak, żeby nikt poza jego własnymi kolegami nie był w stanie go zrozumieć.

Szeroka opinia publiczna bezkrytycznie przyjmuje punkt widzenia narzucany przez interesy dominujące. Wydaje się, że bezpowrotnie minęły czasy, kiedy student filozofii traktowany był przez swoich rówieśników jako osoba wyjątkowa, obdarzana szczególnym prestiżem, a przynajmniej otoczona nimbem oryginalności i swoistej odmienności. Dziś student filozofii to w oczach wielu swych kolegów osoba nieprzystosowana do rzeczywistości, przegrana, skazana na wegetację, nieledwie społecznie niepełnosprawna. Tej opinii młodzi ludzie nie wygenerowali sami – jest ona odbiciem powszechnych przekonań panujących wśród ich rodziców, nauczycieli, rozlicznych mniej i bardziej samozwańczych autorytetów, a przede wszystkim „zdroworozsądkowej wiedzy” uporczywie propagowanej przez tych, w których rękach leży przyszłość młodych ludzi. To właśnie mityczni „pracodawcy”, musilowscy ludzie bez właściwości są najbardziej zainteresowani tym, aby potencjalny pracownik nie wykazywał zbyt daleko idącej refleksyjnej samodzielności, która wbrew ponurym proroctwom Theodora W. Adorna nieustanie usiłuje ujść instrumentalnej logice rynkowości.

Powszechność opisywanej sytuacji może rodzić wśród filozofów całkowicie zrozumiałą frustrację, jednak wydaje się, że wbrew pierwszemu wrażeniu, jakie odnosimy, pochylając się nad współczesną sytuacją filozofii, pogłoski o jej śmierci są zdecydowanie przedwczesne. Głębsza analiza dopiero co opisywanych fenomenów wskazuje, że wystarczy jedynie odsłonić ułudny pozór uniwersalizacji potocznie przyjętych opinii, aby przestrzeń dla filozoficznej aktywności okazała się co najmniej wystarczająca dla sił i środków, którymi dzisiejsza filozofia dysponuje.

Przyjrzyjmy się na początek naszej własnej kondycji. Wspominana postawa „obronna” wbrew pierwszemu wrażeniu nie jest li tylko pokorną akceptacją tezy, iż czas filozofii się skończył. Ci z nas, którzy z zupełnie niewytłumaczalnym w rynkowych warunkach uporem spędzają długie miesiące nad pożółkłymi rękopisami zawierającymi kulturową pamięć naszej cywilizacji, posiadają wystarczające kwalifikacje intelektualne, by w dowolnym momencie stanąć w szeregu rzutkich oferentów utowarowionej wiedzy, a większość z nich, choćby z uwagi na zdolność swobodnego operowania różnorodnymi kodami kulturowymi, doskonale mogłoby poddać się „rynkowej weryfikacji” i nie tylko doskonale sprzedać siebie jako dobro nie tylko atrakcyjne, ale niewątpliwie również niezwykle „rzadkie”. Upartego trwania wielu akademickich filozofów na z pozoru dawno już straconych posterunkach uniwersyteckich gabinetów nie sposób wytłumaczyć jedynie szczególnymi walorami moralnymi, którymi jakoby charakteryzujemy się jako korporacja zawodowa. Wydaje się, że to sam nasz przedmiot, który wytworzyła filozofia na przestrzeni ostatniego dwu i pół tysiąclecia, czyli człowiek i jego dalece niejednoznaczna rzeczywistość, uniemożliwia nam rejteradę na pozycje bezwarunkowej kapitulacji. To właśnie starogreckie teksty, subtelne rozróżnienia zawarte w łacińskich inkunabułach średniowiecza czy ciągle na nowo odczytywane i uporczywie niejednoznaczne rozważania europejskiej nowożytności nie pozwalają skądinąd zwykłym ludziom o zwykłych potrzebach przejść do porządku dziennego nad zagadkami człowieczej kondycji i zachować bierność godną antykwariusza. Tak długo, jak podstawowe pytania filozoficzne spędzają sen z powiek tym, którzy czują się obowiązani je stawiać – rozumowo-historyczny namysł nie tylko nie stwierdza dezaktualizacji filozofii, ale każdorazowo na nowo powołuje ją do życia jako problem konceptualizacji naszej aktualności.

Również ci z nas, którzy z wielu subiektywnych względów porzucili już w swym własnym mniemaniu marzenie o filozofii jako królowej nauk, w rzeczywistości swoją aktywnością zadają kłam tego typu supozycji. Nie jest rzeczą przypadku, że nasi najlepiej zaaklimatyzowani w istniejącej rzeczywistości koledzy z ogromnym powodzeniem realizują swe częstokroć niezwykle szeroko zakrojone projekty badawcze, jakże często nawiązując do najlepszych filozoficznych tradycji ukrytych pod cienką warstwą pozornie zupełnie im obcego sztafażu pojęciowego. Odbywająca się w wielu akademickich ośrodkach Zachodu „produkcja filozoficznej wiedzy” częstokroć wbrew subiektywnym intencjom autorów odsłania fundamentalne niekoherencje dzisiejszej rzeczywistości i z zaskakującą regularnością wywołuje dyskusje i polemiki, których zasięg potwierdza ich kluczową wagę dla samookreślenia się naszej kulturowej podmiotowości. Nic bardziej nie potwierdza tezy o potrzebie i aktualności filozofii jak wewnętrzne sprzeczności tkwiące w wywodach mających jej ostatecznie zaprzeczyć. Intelektualna uczciwość nawet najbardziej zdeklarowanych zwolenników poglądu, iż tradycyjne rozumienie filozofii straciło swój sens wraz z rzekomym wyczerpaniem się paradygmatu nowoczesności, pozwala właśnie w próbach uzasadnienia owego poglądu dostrzec pole problemowe, z którym jedynie filozofia jest się w stanie uporać.

Wspomniany wcześniej „wallenrodyzm” jest także argumentem za istotnością filozoficzności. Mówiąc w skrócie, jedynie właśnie filozofia jest w stanie przedstawić argumenty uzasadniające tego typu postawę. Głębokie przekonanie, że krytyczna autorefleksja jest najlepszą strategią przetrwania człowieczeństwa w chwili, gdy rzeczywistość otwarcie zachęca do pogrążenia się w komfortowej bezmyślności, może odnaleźć swe racje wyłącznie w projekcie człowieka jako rozumnie zaangażowanego w swą własną praktyczną realizację podmiotu. Próba współczesnej konceptualizacji tego projektu wymaga nie tylko sięgnięcia po kanoniczne teksty naszej tradycji, ale w pierwszym rzędzie postawienia tradycyjnych pytań w kontekście bieżących praktycznych doświadczeń będących udziałem nas wszystkich. Tylko filozof zdaje sobie sprawę, jak trudne jest pytanie o warunki możliwości rzeczywistości, a tym bardziej jak dramatyczne jest uzupełnienie pytania „jak jest możliwa współczesność?” pytaniem „czy współczesność jest możliwa?”.

Nasi akademiccy przyjaciele reprezentujący cały wachlarz odmiennych od filozoficznego sposobów podejścia do analizowania naszej współczesności również paradoksalnie potwierdzają każdym swym osiągnięciem potrzebę istnienia filozofii jako samodzielnego projektu obliczonego na nieustanne kwestionowanie prawomocności petryfikującego się samoczynnie status quo. Dzisiejsza ilościowa, ale i jakościowa eksplozja naukowej wiedzy czyni z naszego świata przestrzeń coraz bardziej zagadkową. To już nie tylko niekoherencje pomiędzy wielkimi narracjami współczesnej fizyki czy coraz trudniejsze do rozwikłania problematy matematyki, ale również wnioski płynące z nauk eksperymentalnych oraz komplikujące się z roku na rok syntezy generowane przez najwybitniejszych światowych humanistów stawiają przed współczesną nauką jedno z najbardziej podstawowych filozoficznych pytań – pytanie o jedność rzeczywistości. Współczesna filozofia, ale być może właśnie jedynie ona, doskonale zdaje sobie sprawę nie tylko ze złożoności tego pytania, ale i z problematyczności ewentualnych warunków możliwości jego postawienia. Idea jednej uniwersalnej ludzkości żyjącej w jednym świecie, którego wszelkie lokalności z założenia mogą być poddane powszechnie obowiązującym modelom wzajemnej translacji, jest nam jako filozofom bliska od samego momentu narodzin naszej dyscypliny i trudno sobie wyobrazić, by gdziekolwiek poza filozofią podobny problem mógłby dziś zostać postawiony. Oczywiście bez trudu można wyobrazić sobie świat, w którym tego rodzaju rozważania zostaną uznane z góry za nieistotne czy wręcz zakłócające proces rozwoju nauki. Czy jednak nasi koledzy poświęcający całe swoje życie rozwikływaniu najtrudniejszych zagadek rzeczywistości w istocie gremialnie są gotowi na wyrażenie akcesu do takiego świata? Co do tego można mieć, jak sądzę, bardzo poważne wątpliwości. Nawet jeśli jako filozofowie zdajemy sobie sprawę, iż idea Wielkiej Syntezy jest dziś może bardziej problematyczna, niż miało to miejsce kiedykolwiek w historii Zachodu, nikt poza nami nie posiada współcześnie kompetencji, aby w jasny sposób zdać z tego sprawę.

Również spojrzenie tam, gdzie pozornie dziś najtrudniej o potwierdzenie aktualności uprawiania filozoficznej refleksji, może ostatecznie przynieść nam odrobinę otuchy. Nie ma wątpliwości, że figurę filozofa na tronie porzuciliśmy wcześniej, niż uczyniły to liczne konstytucje interesów panujących, które z mniej bądź bardziej uzasadnionych przyczyn uznawały się za spadkobierców platońskiego marzenia. W obliczu współczesnych postaci polityki filozof wydaje się częstokroć przybyszem z innej planety, a jednak nawet w tej dziedzinie pogłos filozoficznych wątpliwości okazuje się nieledwie dojmująco słyszalny. Pomijając czysto instrumentalne sięganie po filozofię, jakże często uprawiane właśnie wówczas, gdy dojmująca nieracjonalność organizowanej rzeczywistości objawia się w swym najpełniejszym obrazie, próby legitymizowania jakichkolwiek przedsięwzięć o skali choćby o jeden wymiar przekraczające całkowitą partykularność ciągle domagają się w obrębie kultury Zachodu uzasadnień odwołujących się do struktur bądź pojęć, których jedynym uprawnionym do ich obróbki laboratorium jest warsztat filozofa. Ani wyzwania stojące przed coraz szybciej kurczącym się uniwersum ludzkiej egzystencji, ani wynikające z nich zagadnienia natury moralnej nie mogą zostać dziś zdefiniowane poza obszarem tradycyjnie przynależnym specyfice refleksji filozoficznej. Jeśli współczesny człowiek zdaje dziś sobie sprawę z odpowiedzialności stojącej za jakże skądinąd zbanalizowanym hasłem o „braniu spraw w swoje ręce”, filozoficzny namysł nad rzeczywistym, choć w najmniejszym stopniu nie oczywistym jego znaczeniem wydaje się kwestią palącej aktualności. To właśnie owa irytacja, którą w kręgach dzisiejszych wielkich tego świata jakże często wywołują ci najwybitniejsi spośród nas, którzy niezależnym spojrzeniem próbują ująć całość problematyki związanej z pojęciem „mądrego rządu”, jest najlepszą gwarancją tego, że dalecy jesteśmy od momentu, w którym z czysty sumieniem moglibyśmy się pokusić o skorzystanie z okazji, „by siedzieć cicho”. Niechby nawet jako „funkcjonariusze ludzkości”.

Kto wie jednak, czy nie najlepszym uzasadnieniem potrzeby filozofii jest jej marna opinia, jaką cieszy się dziś ona wśród tych, którzy stanowią olbrzymią większość naszego społeczeństwa. To nie tylko my i nasi studenci wzbudzamy dziś politowanie wśród olbrzymiej większości ludzi, w których wszakże imieniu nieustannie na nowo podnosimy uporczywie nierozwiązywalne kwestie postawione przed filozofią na przestrzeni wieków. Dzisiejsza epoka jest bowiem niechętna refleksji jako takiej, i to nie dlatego, że jak sugerują niektórzy parnasiści, żyjemy w okresie powszechnego intelektualnego uwiądu. Jest wręcz odwrotnie: nigdy w historii nie żyło na Ziemi jednocześnie tylu ludzi potrafiących czytać, pisać i liczyć, nigdy jednocześnie, przynajmniej w krajach Zachodu, tylu ludzi nie dysponowało tak dużą ilością wolnego czasu, który poświęcają na własną refleksję, własne zastanowienie nad rzeczywistością. Współczesnym problemem nie są w tym kontekście ani tak zwane ogłupiające media, ani sprytni inżynierowie dusz nieustający w swych wysiłkach, aby zniechęcić dzisiejszego człowieka do myślenia. Dzisiejszym problemem, problemem, z którym jak sądzę, właśnie nam przychodzi się konfrontować, jest więc nie tyle brak możliwości myślenia, co strach przed nim. Jest to strach, który wyziera z każdej cząstki coraz bardziej skomplikowanej, coraz trudniejszej do pojęcia rzeczywistości, rzeczywistości, która w coraz mniejszym stopniu możliwa jest do objęcia mocą jednego, choćby najgenialniejszego umysłu. Objawem strachu jest zawsze chęć ucieczki, a gdy ta okazuje się niemożliwa – agresja wobec jego przyczyny. To właśnie dlatego filozofia budzi dziś niechęć, objawy udawanego politowania i nieraz wręcz wulgarnej wyniosłości. To właśnie ów strach wydaje się najpoważniejszym argumentem za nie tylko kontynuacją, ale i zintensyfikowaniem filozoficznego namysłu. Tylko wspólnym wysiłkiem filozofów, filozofów najróżniejszych orientacji i dyscyplin, jesteśmy w stanie zdjąć z refleksji odium czegoś niezrozumiałego, niepokojącego i okazać ją jako siłę przywracają spokój, harmonię i w rezultacie – wyzwolenie. Wyzwolenie z niemożności, pozornej bezalternatywności i złudnej determinacji. Bo odnajdowanie prawdy od zarania naszej kultury niosło ze sobą siłę oswobadzającą bez względu na to, w jak fałszywych kontekstach hasło owo było podnoszone.

Tomasz R. Wiśniewski

Dodaj komentarz