Przyczyny kryzysu teoretycznego i programowego lewicy radykalnej w 100 lat po Październiku – Zarys 3


W 100 lat po wybuchu pierwszej udanej rewolucji proletariackiej i w niespełna 30 lat po upadku systemu, który powstał w jej wyniku, lewica na całym świecie wydaje się zagubiona i niepewna własnej tożsamości. W epokę otwartą przez tę rewolucję lewica już weszła jako formacja polityczna podzielona głębokimi różnicami poglądów na istotę przemian, o które powinna walczyć. Przez pewien czas po zwycięstwie Rewolucji Październikowej wydawało się, że spory zostały rozstrzygnięte na korzyść jednej z tendencji – tej rewolucyjnej, proletariackiej i komunistycznej, przeciwko tendencji reformistycznej, ugodowej wobec systemu burżuazyjnego i dającej przyzwolenie na ograniczone klasowo rozumienie demokracji. Różnica między dwiema tendencjami nie rzuca się w oczy w sposób natychmiastowy i jaskrawy. Wiadomo bowiem, że rewolucyjny ruch robotniczy łączy w sobie dwie taktyki walki – o cele bieżące, mające za zadanie poprawić warunki bytu klas ludowych tu i teraz, przed obaleniem kapitalizmu, oraz o cel dalekosiężny, czyli zmianę systemu społeczno-politycznego, tak aby wywalczony poziom życia klas ludowych nie ulegał degradacji w rytm cyklicznych zmian koniunktury na rynku kapitalistycznym.

Podział w łonie socjaldemokracji, poprzedzający wybuch I wojny światowej, już wówczas określał tę rozbieżność opinii. To w imię tej właśnie rozbieżności socjaldemokracja niemiecka w swej zorganizowanej większości nie poparła rewolucji socjalistycznej w Rosji. Z perspektywy czasu wybór był dość przewidywalny, skoro możliwość zapewnienia względnego standardu życia niższym klasom społecznym była tu i teraz uzależniona od pozycji kraju na rynku światowym. Wojna światowa była logicznym w kapitalizmie posunięciem mającym na celu zapewnienie swojemu krajowi przewagi w konkurencji kapitalistycznej, co przekładało się na możliwość wzrostu poziomu życia społeczeństwa. Innej drogi rozwiązania problemu w społeczeństwie burżuazyjnym nie ma. Próba rozwiązania go na poziomie międzynarodowym wymaga poszerzenia pola ekspansji (co miało miejsce w przypadku kolonizacji obszarów otoczenia niekapitalistycznego), bez podejmowania problemu wewnętrznej sprzeczności klasowej, sprowadza się do przesuwania problemu na wyższy poziom, bez faktycznego rozwiązania.

Niemniej, zwycięstwo Rewolucji Październikowej i próba podjęcia realizacji celu dalekosiężnego przez 70 lat trwania systemu radzieckiego wymuszało na zachodniej lewicy niekomunistycznej stałe proponowanie rozwiązań alternatywnych, w tym różnych inicjatyw typu Wspólnoty Europejskiej czy późniejszej Unii Europejskiej, których podstawowym mechanizmem było zabezpieczanie uprzywilejowanej pozycji krajów wysokorozwiniętych i stowarzyszonych z nimi państw aspirujących do przynależności do ekskluzywnego klubu gospodarczej elity światowej.

Równolegle trwały przetasowania i ideologiczna ewolucja w ramach tzw. lewicy radykalnej, która – zachęcona przykładem Rosji Radzieckiej – usiłowała forsować „odważniejszą” niż socjaldemokracja wizję społeczną. Problem lewicy radykalnej polegał jednak na tym, że została ona skutecznie odsunięta od bazy społecznej, która stanowi naturalne podłoże dla postulatu realizacji celu dalekosiężnego, czyli emancypacji klasy robotniczej jako klasy antagonistycznej wobec kapitalisty. Wynikało to z klęski prób rewolucyjnych na Zachodzie i z umocnienia, w wyniku błędów popełnianych przez linię Stalina wobec ruchu robotniczego, wpływu socjaldemokracji na tęże bazę. Wpływ ten miał charakter powstrzymywania pojawiających się spontanicznie tendencji rewolucyjnych w klasie robotniczej, której aspiracje rosły wraz z propagandowymi sukcesami gospodarki radzieckiej na tle Wielkiego Kryzysu czy wybuchu kolejnej wojny imperialistycznej.

Jednocześnie, nowy ustrój w Rosji Radzieckiej, a następnie w ZSRR, był zwalczany przez kapitalistyczne otoczenie, które, nawet jeśli utrzymywało jakieś stosunki z ZSRR, to kontynuowało politykę petryfikowania jego zacofania gospodarczego i utrzymywania na poziomie kraju-dostarczyciela surowców i produktów nisko przetworzonych. Niezależnie od tego, czy rządziła prawica, czy jakaś forma lewicy, taktyka państw kapitalistycznych była pod tym względem jednakowa. Była ona zresztą zgodna z programowymi założeniami socjaldemokracji, więc zaskoczenia nie było i być nie mogło. Problem polegał na tym, że władzom radzieckim wydawało się, że polityką uspokajania burżuazji i dowodzeniem, że nie będzie poparcia dla tendencji rewolucyjnych w państwach przez nią rządzonych, doprowadzą do normalizacji stosunków politycznych, a przede wszystkim – gospodarczych. W efekcie, reżym stalinowski musiał wyeliminować przywódców bolszewickich, którzy pamiętali o zadaniu i celu dalekosiężnym, aby pokazać się jako akceptowalny dla Zachodu. Zmieniając retorykę na zorientowaną na interesy ogólnospołeczne – pod pozorem, że w społeczeństwie socjalistycznym wyjątkowość emancypacji klasy robotniczej staje się przeżytkiem – Stalin przeszedł na pozycje programowe de facto socjaldemokratyczne. Terror wynikał z konieczności zahamowania nieprzystających do jego planów, później nazwanych konwergencyjnymi, aspiracji klasy robotniczej i wynikającej stąd nieprzejednanej i konsekwentnej opozycji wobec ewoluującego kapitalizmu, przybierającego twarz socjaldemokratyczną.

Porzucenie punktu widzenia klasy robotniczej przez obie tendencje lewicowe – pro- i antyradzieckie, oraz przez władze ZSRR, prowadziło do poszukiwań zastąpienia go przez inne perspektywy. Po II wojnie światowej sprzyjały temu nowe przemiany strukturalne w łonie świata pracy i samej klasy robotniczej. Wcześniej jednak sukcesy Kraju Rad na tle świata zachodniego przyciągnęły do ruchu robotniczego różnej maści intelektualistów, którzy ze swoich pozycji zaczęli analizować i rozwijać koncepcje Marksowskie i marksistowskie (jak np. Szkoła Frankfurcka czy tacy myśliciele, jak G. Lukacs czy A. Gramsci), a także takich, którzy – nie przystępując do ruchu – analizowali i oceniali intelektualne podstawy tego ruchu (np. H. Arendt). Wszystko to prowadziło do postępującego rozmywania pierwotnego zamysłu Marksa i Lenina, który odróżniał ich od anarchistów, reformistów typu Lassalle’a czy współczesnej socjaldemokracji.

W ślad za tą powszechną modą poszły poszukiwania obalające wyróżnioną rolę klasy robotniczej w kapitalistycznym układzie stosunków produkcji dzięki jej dekonstrukcji jako podmiotu zadziwiająco konserwatywnego na tle poszerzającego się karnawału swobód obywatelskich, nie kwestionującego wszakże zasadniczych interesów ekonomicznych kapitału.

Sprzeczność klasowa wewnątrz społeczeństwa kraju wysokorozwiniętego została zneutralizowana dzięki wyzyskowi kolonialnemu i neokolonialnemu. Paradoksalnie, niechęć klasy robotniczej do napływowej siły roboczej z obszarów podporządkowanej Peryferii, została zinterpretowana jako wyraz partykularyzmu i egoizmu, oraz obrócona przeciwko robotnikom, którzy mieli trudności z odnalezieniem się w nowym układzie społecznym. Poza pozycją drobnomieszczańską (w tym pracą w poszerzającym się sektorze usług), ewentualnie migracją, nie mieli oni wielkiego wyboru, aby wieść normalne, obywatelskie życie. Mogli też ulec marginalizacji w subkultury różnego typu, czyli przyczynić się do tworzenia nowej, poszerzonej struktury społecznej łączącej się ze wzrostem poziomu ryzyka i przestępczości.

Jak by nie było, utrzymanie całej tej piramidy społecznej wiązało się z naciskiem na zysk kapitalisty, znajdujący odbicie w progresywnym opodatkowaniu w celu zachowania państwa jako tako socjalnego. To, z kolei, odbiło się na reakcji kapitału, który poszukiwał metod potanienia kosztów siły roboczej i innych czynników produkcji dzięki wyzyskiwaniu krajów peryferyjnych w stosunku do ośrodków uprzemysłowionego Centrum. W przypadku ZSRR i późniejszego obozu socjalistycznego nie było możliwości przerzucania kosztów postępu cywilizacyjnego na zewnątrz. Pojęcie”zewnętrzności” może też odnosić się do sytuacji części ludności własnej, która nie posiadając wielkiego kapitału własnego usiłuje utrzymać się ze sprzedaży swoich usług, nie oczekując od państwa pomocy. System pomocy ma zresztą wówczas charakter prywatnej filantropii, a nie zobowiązania państwa. Szerokie stosunki ze światem mające charakter obsługi strumienia przepływającego kapitału, którym kapitalizm opasuje ów świat też wymagają zatrudnienia armii ludzi, zaś koszty niekoniecznie są pokrywane ze środków budżetowych, ale na zasadzie komercyjnej te inicjatywy utrzymują się same, odciążając państwa wysokorozwinięte.

Państwa socjalistyczne, gdzie zniesiono prywatną własność środków produkcji, przejmują automatycznie odpowiedzialność za poziom życia wszystkich obywateli. Utrudnione relacje ze światem zewnętrznym nie dają możliwości przerzucania kosztów swej nieracjonalności gospodarczej na cudze barki, jednocześnie podnosząc temperaturę wewnętrznych konfliktów. Wytworzyła się więc sytuacja niewyobrażalna dla twórców państwa radzieckiego, w tym dla Lenina, który pragmatycznie widział rezerwy właśnie w enklawach kapitalistycznych stosunków. Sterowanie przemianami socjalistycznymi w rytm możliwości i konieczności obecnych na danym etapie dialektycznego rozwoju nowego ustroju było obliczone na te właśnie rezerwy. Umiejętność cofania się świadomego i jawnego była przejawem jego postulatu uprawiania polityki jako sztuki. Rezerwy tkwiące w umiejętnej grze między państwową a prywatną własnością zostały przez Stalina wyczerpane szybko jako czynniki konieczne w jego bieżącej walce o utrzymanie władzy. Jego sztucznie rozdmuchany autorytet nie mógł sobie pozwolić na przyznanie się do pomyłek, co było normalne w przypadku Lenina. Po wyczerpaniu rezerw wewnętrznych jeszcze w okresie międzywojennym, Stalinowi pozostało już tylko poszukiwanie rezerw na zewnątrz, w szukaniu porozumienia z kapitalizmem, do czego wykorzystywał instrumentalnie międzynarodowy ruch robotniczy, który służył mu jako narzędzie nacisku na Zachód, jak i jako pole możliwych ustępstw w przypadku pojawienia się możliwości porozumienia. Do tego potrzebował całkowicie podporządkowanych wykonawców swej woli. W wyniku tych działań międzynarodowy ruch komunistyczny utracił nie tylko swój autorytet, ale i możliwość rozwijania teorii i praktyki marksizmu.

W efekcie mieliśmy spektakl polegający na wrzucaniu do teorii najróżnorodniejszych koncepcji – niekiedy interesujących intelektualnie, ale nie mających związku z pryncypiami marksizmu. Zasadniczą cechą przenikania do marksizmu koncepcji drobnomieszczańskich było nadanie mu charakteru utopii poprzez wiązanie go głównie z wizją sprawiedliwości, tak jak sobie ją wyobrażają środowiska drobnomieszczańskie, czyli stworzenia pola wolności osobistej, wolnego od troski materialnej. Do takiego wymogu ma się dopasować system zorganizowanej produkcji. Jest to odwrócenie perspektywy Marksowskiej, w której uwolnienie od partykularnego zabiegania o zabezpieczenie materialne ma dopiero stanowić podstawę dla stworzenia pola swobodnego rozwoju każdego członka społeczeństwa ludzkiego. W perspektywie drobnomieszczańskiej mamy więc sytuację rezygnacji z przezwyciężenia reguły wszelkich społeczeństw klasowych, w których podstaw dla rozwoju cywilizacji dostarczał wyzysk klasy bezpośrednich producentów. Legitymizacji takiego stanowiska sprzyjał naukowy dowód na to, że we współczesnym społeczeństwie maleje rola produkcji na rzecz rozwoju sfery usług, co pociąga za sobą zmianę struktury społecznej, i co, w konsekwencji, prowadzi do zaniku antagonizmu klasowego w tym właśnie, klasycznym miejscu. Konflikt klasowy w sferze stosunków produkcji zastąpił konflikt w sferze podziału wypracowanej nadwyżki. Było to też możliwe ze względu na to, że pracownicy sfery produkcyjnej mieli możliwość partycypowania w podziale owej nadwyżki jako normalni konsumenci. Gwarantuje im to demokratyczny charakter społeczeństwa. Stara teza Marksa mówiąca o tym, że o charakterze podziału decyduje charakter stosunków w produkcji została pominięta jako przestarzała w nowoczesnym społeczeństwie.

Proces transformacji teorii marksizmu szedł dwiema drogami. Z jednej strony mieliśmy do czynienia z regresem ruchu robotniczego, w którym dominowały socjaldemokracja i różne narodowe odmiany stalinizmu, co prowadziło do wzrostu nastrojów reformistycznych pogłębionych jeszcze konkurencją ze strony imigranckiej siły roboczej i późniejszej delokalizacji przemysłu poza obszar Centrum. To prowadziło do wspomnianego wyżej przenoszenia akcentu na inne siły społeczne jako nosicieli rewolucyjnej wizji, w tym głównie na młodzież, której aspiracje zostały podsycone w okresie powojennej prosperity.

Brak możliwości działania w środowisku robotniczym spowodował, że znaczna część ludzi rozwijających teorię marksistowską uprawiała ją w środowisku akademickim, co z koniecznością wpłynęło na zakres tematyczny i sposób postrzegania i ujmowania zasadniczych sprzeczności społecznych. Próby agitacji wśród robotników, jakie miały miejsce w latach 70-tych ub. stulecia, opierały się na koncepcjach zaczerpniętych już z nowych przemyśleń, w których zasadniczą rolę odgrywały pomysły na wykorzystanie rozwiązań instytucjonalnych wypracowanych przez ruch robotniczy, a rozszerzonych na organizację społeczeństwa jako takiego, w myśl różnych anarchistycznych i anarchizujących tradycji. Zasadniczą ich cechą była lokalność rozwiązań, co miało gwarantować demokrację jakby na przekór dyktatorskim metodom.

Jednak ten nurt działalności upadł z powodu jego powiązania z metodami terroru indywidualnego, nie znajdujących aprobaty szerokiego społeczeństwa. Późniejsza ewolucja tego nurtu obnażyła fakt jego reformistycznego charakteru przysłonionego chwilowo spektakularnymi metodami opartymi na przemocy. Wyewoluował on bowiem w ruch anty(alter)globalistyczny, całkowicie już ignorujący wizję Marksowską na rzecz wizji drobnomieszczańskiej.

Ten ogólny rzut oka na ideologiczną rejteradę marksizmu w okresie po Rewolucji Październikowej skupia się na naszkicowaniu najgrubszych linii tego procesu. Jego szczegóły są znane, dobrze opisane w różnych źródłach i opracowaniach. Bogactwo szczegółów powoduje jednak, że umyka czerwona nić przewodnia, którą usiłowaliśmy tu nakreślić i nie zgubić.

Usiłowaliśmy wskazać na racjonalne podłoże takich, a nie innych ścieżek ewolucji teoretycznej pozostałości po niegdyś prężnym ruchu robotniczym. Nie interesuje nas bowiem odwoływanie się do cech osobowościowych czy inne psychologizowanie jako sposób tłumaczenia zachodzących zmian w rozumieniu rzeczywistości. Nie uważamy, aby marksizm był pismem świętym, w którym nie wolno zmienić nawet jednej litery. Marksizm opiera się jednak na pewnym rozumieniu historii społecznej, którego nie można mylić z wszelkim naukowym badaniem społeczeństwa. Często ponawiające się postulaty, aby sprowadzić marksizm do naukowej metodologii – nawet jeśli jedynej słusznej metodologii, jest nieporozumieniem. Już choćby z tego powodu, że tzw. obiektywna nauka bada zjawiska społeczne takimi, jakimi one są, wyprowadza prawidłowości, które mogą służyć panującym dla celów lepszego manipulowania grupami społecznymi, natomiast nie bardzo są one przydatne owym grupom społecznym dla racjonalizowania ich sposobów postępowania jako grup. Wszelka samoświadomość owych grup neguje naukowość dociekań, ponieważ nauka zakłada wyższość obserwatora nad przedmiotem badania. Inaczej nie byłaby potrzebna.

Zupełnie inaczej jest w przypadku marksizmu. Tutaj badania nad historią społeczną zakładają znalezienie znaczenia zachodzących zmian i uczynienie z tego znaczenia broni, w którą klasy wyzyskiwane powinny zostać wyposażone, aby wywalczyć sobie emancypację. W jakimś sensie więc marksizm neguje naukowość postulując bezpośredniość odniesienia do rzeczywistości, czyli zniesienie zasłony ideologicznej, która sprawia, że dostrzega się potrzebę badań naukowych, aby zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość.

Pozostaje jednak dociekanie sensu i znaczenia. W tym sensie marksizm jest jednocześnie filozofią, która zachowuje w sobie doświadczenie naukowości, ale wraca do stanu, w którym nauki szczegółowe nie wyodrębniły się jeszcze z filozofii w efekcie rozpadu porządku rzeczywistego świata społecznego starożytności. Zadanie tym bardziej na czasie ze względu na fakt kryzysu, jaki przeżywają nauki pozytywne w wyniku dojścia do granicy określoności świata empirycznego, dotąd niepodważalnego jako punkt odniesienia kryterium mocnych prawd. Dalsze rozdzielenie nauki pozytywnej i filozofii zdaje się wyczerpywać swój racjonalny sens.

Po II wojnie światowej, rolę wiodącą w teorii marksistowskiej odgrywali teoretycy, którzy wychowali się na stalinowskiej wykładni marksizmu. Także i ich do marksizmu i do ruchu robotniczego przywiodły motywacje dalekie od tych, które konstytuowały zamysł samego Marksa czy Lenina. Siłą pociągającą był internacjonalizm i brak ksenofobii, wizja państwa opiekuńczego i zapowiedź ogólnej szczęśliwości i braku sprzeczności klasowych, nie zaś przyjęcie za swój interesu klasy robotniczej. Wiązało się to z przekonaniem, że nowy ustrój zniósł sprzeczności klasowe, stąd też i znaczenie kryterium interesu klasy robotniczej straciło na znaczeniu.

SCHODZĄC NA KRAJOWE PODWÓRKO – PRZECHODZIMY DO KONKRETÓW

Jak słusznie i precyzyjnie wykazuje Jerzy Kochan w swojej pracy Studia z teorii klas społecznych (Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2011), podstawy filozoficzne nowej ideologii mającej odtąd panować w Polsce miały bardzo prymitywny charakter, nadany tej ideologii przez Stalina i usiłujących się mu przypodobać. Odnosiło się to zarówno do materializmu historycznego, jak i dialektyki.

Charakterystyczne, że opozycja wobec stalinizmu w Polsce, która dała się poznać w 1956 r. i nawiązywała do korzeni marksizmu, nie miała kłopotu z odczytaniem w dziełach klasyków prawidłowej interpretacji tego, co to jest klasa robotnicza i zrozumieniem, że jej rola w przemianach społecznych jest decydująca. Nie mniej znaczące jest to, że opozycja ta ewoluowała później w kierunku odrzucenia wiodącej roli klasy robotniczej w procesie emancypacji. Wydawało się, że ta ewolucja wynika z dalszego, konsekwentnego przezwyciężania prymitywnego dziedzictwa stalinizmu (w jednoczesnym i harmonijnym skądinąd procesie ewolucji poglądów koryfeuszy marksistowsko-stalinowskiej propagandy początku lat 50-tych, takich jak Adam Schaff czy Leszek Kołakowski). Paradoks polegał jednak na tym, że ta ewolucja koryfeuszy nie polegała na przywróceniu marksizmowi jego głębi, ale na odżegnaniu się od marksizmu jako takiego i przejściu do rozwijania teorii socjologicznych i filozoficznych importowanych z Zachodu. Natomiast ówcześni „komandosi” (późniejsza opozycja demokratyczna) uznali taką zmianę za coś całkowicie zrozumiałego i niesprzecznego z ich rozumieniem „powrotu do Marksa”. Trudno się dziwić, skoro wychowali się na stalinowskiej, eklektycznej wersji marksizmu, marksizmie-leninizmie, który był podatny na uzupełnienia ze strony „poważnej nauki”. Dzięki kontaktowi z ową „poważną nauką” na światowym poziomie, młodym gniewnym z 1956 roku dość szybko przeszło zapatrzenie w klasę robotniczą jako w siłę motoryczną zmiany rewolucyjnej. Trudno też było oczekiwać, iż wyprostują ich zachodni przedstawiciele radykalnej lewicy, którzy w tym czasie przeżywali już dylematy teoretyczne i, mniej więcej w tym samym czasie, około roku 1968 przejrzeli na oczy i stracili wiarę w robotników, którzy dalece nie sprostali rewolucyjnej postawie młodzieży. W Polsce istniał jeszcze jeden czynnik, który odgrywał decydującą rolę, a mianowicie fakt przynależności kraju do obozu socjalistycznego, co, zgodnie z zachodnio-radykalno-lewicowymi kanonami ideowymi, podsycanymi przez trockistów ewoluujących w posttrockistów, równało się podległości systemowi totalitarnemu i na wskroś reakcyjnemu. Niewiele było trzeba, aby kurs na klasę robotniczą został zastąpiony ideami narodowymi, zgodnymi z polskimi tradycjami patriotycznymi, co – w oczach samych aktorów tego dramatu – zbiegało się szczęśliwie z kontynuacją przynależności do nurtu rewolucyjnego, sankcjonowaną przez zachodnich radykałów, którzy w niespełna 20 lat później nie dostrzegali niczego zdrożnego w przyłączeniu się do obozu zachodniego imperializmu i rodzimych socjaldemokratów w łonie jedynej partii, złączonych w dziele obalenia, w oczach jednych, „komunizmu”, w oczach drugich, tego, co podszywało się pod ideę socjalistyczną.

A więc, odrzucenie prymitywnej wersji marksizmu, który się wcześniej propagowało zgodnie z koniunkturą polityczną stalinizmu, ale i, w niektórych przypadkach, ze szczerym przekonaniem wynikającym z osobistych doświadczeń, szło w parze z poczuciem moralnej sankcji wynikającej z dążenia do świata równości i sprawiedliwości. Tego poczucia nie jest w stanie zaćmić fakt, że ta wizja równości i sprawiedliwości była fałszywą ideologią, a niewinne ofiary utopijnej ułudy – jej apodyktycznymi głosicielami. W wersji, oczywiście, pomijającej klasę robotniczą, poza oddawaniem jej zdawkowego hołdu jako sile motorycznej w kapitalizmie, co było uważane powszechnie za spłacanie należnego ideologii legitymizującej system.

Działalność KOR-u była lepszą, bo nieuwikłaną w system panujący, formą odrodzenia formacji socjaldemokratycznej, której odpowiednikiem w aparacie władzy była część PZPR, ta bardziej dynamiczna i mniej znienawidzona, otwarta na konwergencję z kapitalizmem i na efektywną gospodarkę rynkową. Odpolitycznienie klasy robotniczej postępujące od czasu apogeum tego nurtu w 1956 r., prowadzone przez władze PRL, a następnie przez opozycję demokratyczną, która w sposób klasyczny sprowadziła klasę robotniczą do roli elektoratu, zaś inicjatywę polityczną przejęła sama, skutkowało gładkim przebiegiem politycznej części zmiany systemowej, dogadanej przez oba nurty socjaldemokratyczne – w PZPR i w tzw. opozycji demokratycznej, nad głowami robotników.

Trudno doświadczyć na współczesnej lewicy zrozumienia tych mechanizmów, związanych z zasadniczą kwestią marksizmu, a mianowicie rolą klasy robotniczej. Niezrozumienie istoty położenia klasy robotniczej w ramach stosunków produkcji jest przyczyną, dla której – mimo słusznej krytyki prymitywizmu uprawianej w naszym kraju refleksji filozoficznej w marksizmie – lewica nie jest w stanie uczynić najmniejszego kroku naprzód, wikłając się w ramy znienawidzonego, ale i nieprzekraczalnego dla niej reformizmu. Stąd popularność różnych koncepcji, w myśl których radykalizm roszczeń partykularnych różnych grup społecznych, pragnących zastąpić klasę robotniczą, może stać się siłą napędzającą rewolucyjną zmianę stosunków społecznych.

Tymczasem, rola tej klasy wynika z jej miejsca w relacjach zachodzących w produkcji. Z filozoficznego punktu widzenia konieczna jest perspektywa historyczna w jej abstrakcyjnym, uwzględniającym zasadnicze cechy, kształcie. Propozycja prof. Jarosława Ładosza, podlegająca zdaniem niektórych zarzutowi zbytniego „naturalizmu”, odwołuje się do takiej właśnie abstrakcji. I tak, Jerzy Kochan, w przywoływanej wyżej książce, krytycznie cytuje Ładosza: „Produkt dodatkowy stanowi część produkcji społecznej, którą można systematycznie akumulować, nie powodując zahamowania reprodukcji życia społecznego w aktualnie istniejącej formie, a zwłaszcza nie powodując niezdolności do pracy ludności produkcyjnie czynnej” (s. 179). Na to stwierdzenie, J. Kochan odpowiada następująco: „Tymczasem Marksowska analiza uzyskiwania produktu dodatkowego w Irlandii w dziewiętnastym wieku dowodzi, że może produkt ten istnieć i powiększać się w wyniku procesów ekonomicznych powodujących nie tylko bezwzględną pauperyzację bezpośrednich wytwórców i masową ich emigrację, lecz także milionowe ofiary szalejącego głodu” (s. 179). I dalej: „Nietrafna wydaje się zatem zawarta w przytoczonym stwierdzeniu sugestia, jakoby produkt dodatkowy był wyróżniany ze względu na stosunek produktu globalnego do jakichkolwiek potrzeb ludzkich, nawet takich jak odtworzenie wartości siły roboczej.” (s. 180) „… unikanie uproszczeń … chroni przed ryzykowną hipotezą, jakoby na szczeblu społeczeństwa pierwotnego produkcja ograniczała się tylko do zaspokajania potrzeb fizjologicznych i nie mogła wyjść poza tak rozumianą reprodukcję życia społecznego. Innymi słowy, potwierdzeniem, że wyjście poza fizjologię, uzyskanie produktu dodatkowego i powstanie klas to różne strony tego samego procesu” (s. 180).

Wydaje się, że w tej krytyce tkwi lęk przed przyznaniem społeczeństwu klasowemu zbyt wielkich zasług. Dążenie do trzymania się konkretu prowadzi to J. Kochana do odrywania pojęcia produktu społecznego od jego pozaklasowego podłoża, jako działania obarczonego wadą „naturalizmu”. Z wypowiedzi J. Ładosza wynika, że nie wiąże on produktu dodatkowego koniecznie ze społeczeństwem klasowym. W społeczeństwie socjalistycznym bowiem również przewiduje się powstawanie produktu dodatkowego, niekoniecznie na poziomie minimum fizjologicznego. Jednak ważne jest to, że Ładosz wspomina o nadwyżce produktu w kontekście reprodukcji życia społecznego czy producentów. To jasno pokazuje, że istnieje ścisły związek między możliwością wykorzystania produktu dodatkowego dla celów rozwojowych a koniecznością reprodukcji życia społecznego i grupy produkcyjnej, wytwarzającej ów produkt. Marks przedstawia ten związek w postaci abstrakcyjnej jako formułę C + V + M, która opisuje produkt wytworzony w danym społeczeństwie, w ujęciu wartościowym.

O ile rozwój społeczny, cywilizacyjny, zależy od poziomu M (wartości dodatkowej), o tyle reprodukcja prosta siły roboczej zawiera się w wielkości V (kapitał zmienny, czyli płaca robocza). U Marksa, w I tomie Kapitału, rzecz rozpoczyna się od najprostszych i najbardziej podstawowych zależności, które opisują abstrakcyjną formę społecznej produkcji, niekoniecznie kapitalistyczną, ale już będącą jakąś formą społecznej wymiany, opartej na rachunku czasu, a niekoniecznie pieniądza. W sposób oczywisty, rozpoczęcie od reprodukcji społecznej ukazuje nam, że V – płaca robocza związana z reprodukcją społeczną, mieści się w osobnej kategorii niż wynagrodzenia dotyczące rozwoju cywilizacyjnego, a które kryją się pod symbolem M. Czyli wszystkie rodzaje prac, które nie dotyczą kwestii prostej reprodukcji.

Z tego powodu nie można interpretować Kapitału jako zalecenia, aby traktować wszelkie formy wynagrodzenia pracowników najemnych jako płacę roboczą. Ładosz ma tego świadomość pisząc o grupach społecznych, które wyłaniają się w wyniku pojawienia się M (np. kapłani i prostytutki).

Z tej formuły też wynika postulat historyczny przekształcenia się społeczeństwa opartego na wymianie nadwyżek w społeczeństwo, w którym wymiana nadwyżek staje się celem dla siebie. Kapitalizm jest tylko rozwinięciem potencjału tkwiącego w tej formule, ważnej dla wszelkich społeczeństw, które nie chcą zejść z tego świata po pierwszym cyklu wymiany. Kapitalizm jest również, jednocześnie, zmianą jakościową, ponieważ w niej wytwarzanie może się oderwać od fizjologicznych potrzeb. Tak więc, Ładosz nawiązuje do abstrakcyjnego sposobu rozumowania Marksa, w którym formuła wyżej przywołana opisuje nie tylko społeczeństwo kapitalistyczne, ale wszelkie, w którym zachodzi wzrost gospodarczy, a cywilizacja może się rozwijać. Formuła Marksa jest formułą dynamiczną, albowiem ujmuje zależności między koniecznymi wielkościami, które w toku dziejów ewoluują, ale pod warunkiem respektowania owych zależności. Dlatego też rozumowanie Ładosza nie jest rozumowaniem statycznym, w każdym razie nie bardziej niż rozumowanie Marksa, który nie zadowala się zgodnym z historyczną prawdą opisem zjawisk, ale przyporządkowuje je pewnej wewnętrznej logice, która rozwija się wedle prawideł dialektyki.

Czasami krytycy chcą tak bardzo trzymać się faktów i konkretnej warstwy opisu, że nie uwzględniają w swym rozumowaniu wniosków podanych przez Marksa. Sprowadzenie Marksa do roli badacza naukowego, który świetnie opisał współczesne mu społeczeństwo burżuazyjne, idzie w parze z odrzuceniem tego, co było w jego teorii nowatorskie i oryginalne. Koncepcja wciąż aktualnej roli klasy robotniczej opiera się na przekonaniu, że system kapitalistyczny wciąż trwa i nie zmienił się w coś jakościowo nowego, co przekreślałoby ustalenia Marksa. Biorąc pod uwagę najbardziej fundamentalne zasady działalności gospodarczej i odnosząc je do sfery relacji międzyludzkich, a nie do kwestii techniczno-organizacyjnych, mamy konieczność przyjrzenia się relacjom związanym z reprodukcją społeczeństwa globalnego. Ponieważ, jak przypomina J. Kochan, problematyka, jaką zajmuje się marksizm to nie jest towaroznawstwo, ale relacje społeczne w odniesieniu do systemu produkcji danego społeczeństwa.

Jak to się ma do kwestii współczesnych dylematów teoretycznych?

Współczesna lewica miesza klasę robotniczą z ogółem świata pracy, uważając wyrażenia klasa robotnicza i klasa pracownicza za tożsame. Podobnie, jak J. Kochan nie chce odrywać się od konkretności społecznej w całej jej złożoności i bogactwie, podpadając przy tym pod krytykę, jaką została opatrzona koncepcja J. Ładosza. Przy okazji, wynika stąd, że podmiotem Rewolucji Październikowej była szeroko rozumiana klasa pracownicza. Jest to uzasadniane tym, że sama przemysłowa klasa robotnicza była stosunkowo nieliczna w społeczeństwie rosyjskim. Lenin zdawał sobie z tego sprawę, ale też stale podkreślał konieczność odniesienia podejmowanych działań do interesu klasy robotniczej. Jeżeli Marks w swoich rozważaniach na temat komunizmu podkreślał naturalność zniesienia klasy robotniczej w nowym ustroju, to nie dlatego, że chciał zniesienia pracy, np. filozofów. Problemem dowolnego społeczeństwa klasowego jest istnienie klasy produkcyjnej, której wysiłek jest zawłaszczany na rzecz rozwijania raz mniej, raz bardziej pożytecznych form pracy. Akademiccy komentatorzy Marksa mają spore problemy z zadecydowaniem, jakie kryterium sprzeczności klasowej przyjąć za właściwe. Społeczeństwo ludzkie prezentuje bowiem bogactwo różnorodnych form sprzeczności i mało demokratyczne jest „arbitralne” decydowanie o tym, czy miałoby to być kryterium narodowe czy genderowe. Póki co, istnieje w tym względzie chwalebny pluralizm, który jakże korzystnie odbija się na tle mało pluralistycznego kryterium marksistowskiego. W koncepcji Marksa, praca produkcyjna powinna zostać rozłożona równomiernie między członków społeczeństwa, tak aby nie obciążała ona jednej klasy, której istnienie się utrwala, czyli że status staje się dziedziczny. Wybór przez Marksa kryterium walki klasowej, opartej na antagonizmie w sferze wytwarzania środków reprodukcji i rozwijania społeczeństwa jest dość oczywisty, jeśli nie jest się akademikiem lub przedstawicielem radykalnej lewicy. Nie Marks odkrył walkę klas, ale to on „odkrył” siłę roboczą jako kategorię abstrakcyjną, ważną i funkcjonalną w odniesieniu do różnych formacji społecznych. We wszystkich formacjach wiąże się ona z pracą produkcyjną, reprodukującą społeczeństwo, określonej klasy. Słusznie wytknięto Marksowi, że niewolnicy nie stanowili takiej klasy. A przecież byli najbardziej upośledzoną grupą społeczną pod różnymi względami, w tym pod względem tego, jak traktowano ich człowieczeństwo. Nie to jednak decyduje o przynależności do klasy produkcyjnej. Analogicznie współcześnie – marniejsze wynagrodzenie czy większe upośledzenie nie czynią nikogo automatycznie klasą, której pozycja w ramach relacji międzyludzkich jest Archimedesowym punktem przyłożenia dźwigni, aby poruszyć świat.

Współcześnie, sprawę tę gmatwa się intencjonalnie (w interesie lobby kulturowo-obyczajowego?), m.in. poprzez utożsamianie wartości dodatkowej z wartością dodaną. Jednocześnie, dokonując takiego utożsamienia, przyznaje się, że płaca robocza jest kategorią wyróżnioną, nie tożsamą z płacami pracowników najemnych w ogóle. Albowiem z Marksowskiej formuły na wielkość wartości towaru (produktu) wynika, że V (kapitał zmienny) jest liczony osobno. Jeżeli wartość dodana = M, to na pewno wyklucza się z niej płacę roboczą (V). Można tylko stwierdzić, że – wbrew nowoczesnym marksistom – wartość dodana w rzeczywistości obejmuje V + M, czyli jest tożsama z tym, co Marks nazywał wartością nowowytworzoną. Ale wtedy, w sposób konieczny wartość dodatkowa nie jest równa wartości dodanej. To pomieszanie pojęć wskazuje tylko na fakt, że coś jest głęboko niespójnego w utożsamianiu klasy robotniczej z całą kategorią pracowników najemnych.

Z tego punktu widzenia można ocenić reformistyczne postulaty zgłaszane obecnie przez radykalną lewicę jako program bieżący, a nawet przejściowy, czyli postulaty dochodu lub zatrudnienia gwarantowanych. Ten postulat odnosi się zasadniczo do płac nie będących płacą roboczą robotników, albowiem odsłania on logikę podziału dochodów specyficzną dla klas nieprodukcyjnych, utrzymujących się z podziału wartości dodatkowej. Płaca robocza jest wypadkową koniunktury gospodarczej i to jest parametr określający jej wysokość. Natomiast wysokość wynagrodzeń przyznawanych w sektorach pozaprodukcyjnych zależą w sposób bezpośredni od wielkości M, która, z kolei, zależy od presji na obniżenie wysokości V. W ten sposób uzyskaliśmy prosty dowód na bezpośrednią sprzeczność interesów między robotnikami produkcyjnymi a resztą świata pracy. Sprzeczność ta może zostać rozwiązana jedynie kosztem klasy kapitalistów, ale jednocześnie zastąpienie systemu kapitalistycznego wymaga reorganizacji procesu reprodukcji życia społecznego – w sposób wskazany przez Marksa.

Od przedstawicieli pozostałych odłamów pracowniczych wymaga to świadomości konieczności ustąpienia ze swoich interesów, co nie jest sprawą ani prostą, ani łatwą. Ta kwestia wskazuje też na granice kompromisów grupowych i granice poparcia dla dyktatury proletariatu, która – w najprostszym określeniu – polega właśnie na postawieniu i przypilnowaniu rozwiązania tej sprzeczności interesów. Nic dziwnego, że lewica, która utożsamia się z warstwami pracowniczymi pozaprodukcyjnymi, spontanicznie idzie za swym własnym interesem i wysuwa na plan pierwszy hasło demokracji, które w sensie ekonomicznym sprowadza się do postulatu zwiększania udziału tej warstwy w wartości dodatkowej (M). Demokracja ta nie obejmuje klasy robotniczej w jej produkcyjnym odłamie, ponieważ jej wynagrodzeniem rządzą prawa ekonomiczne wolnego rynku, które nie są przez lewicę kwestionowane.

Zafałszowanie polega na udawaniu, że nie ma tu żadnego problemu, na negowaniu istnienia problemu. Prowadzi to do coraz mocniej zarysowanej wrogości między lewicą a klasą robotniczą, z czego, w sposób bezczelny, acz dzięki lewicowej zachęcie, korzysta populistyczna prawica.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski

16 listopada 2017 r.


Dodaj komentarz

3 komentarzy do “Przyczyny kryzysu teoretycznego i programowego lewicy radykalnej w 100 lat po Październiku – Zarys

  • Andrzej Witul

    Generalnie zgoda, ale…..

    Lenin pisał, że praca jest specyficznym towarem, który wytwarza większą
    wartość niż sam jest wart. Czyli praca w ogóle, bez wyróżnienia pracy
    produkcyjnej. O alokacji zasobów pracy decydują potrzeby kapitału. Większość
    pracowników nieprodukcyjnych może zostać przesunięta do zadań produkcyjnych
    np. potężna w Polsce armia ochroniarzy to ludzie, którzy po prostu nie
    znaleźli zatrudnienia w sektorze wytwórczym i mogą w każdej chwili zostać
    przeniesieni do zadań produkcyjnych. Innymi słowy większość
    robotników/pracowników nieprodukcyjnych nie jest nimi z wyboru i równie
    dobrze może być pracownikami produkcyjnymi.

    Jeszcze inna kwestia to socjologiczna kategoria zaspokajania potrzeb,
    zarówno podstawowych jak i wyższego rzędu. Zaspokajaniu potrzeb służą nie
    tylko produkty/towary ale również usługi. Strajk proletariatu sektora
    usługowego ma dla kapitalisty taki sam skutek jak strajk robotników
    przemysłowych – zatrzymuje „produkcję” zysku.
    Zysk to podstawowa kategoria ekonomiczna dla kapitalisty. Większość z nich
    nie wie czym jest wartość dodatkowa. Wie natomiast, że bez względu na sektor
    produkcja/usługi ograniczenie kosztów płac wpływa na wzrost zysku i
    odwrotnie – rosnące płace zmniejszają potencjalny zysk.

    • Ewa Balcerek

      Andrzeju,

      bardzo dziękuję Ci za przesłane pytania. Odnoszą się do istoty naszego tekstu i cieszę się, że możemy sprawę drążyć dalej, ponieważ jej zrozumienie ma znaczenie, naszym zdaniem, dla oceny przyczyn kryzysu lewicy, szczególnie tej rewolucyjnej.

      1. Praca jako specyficzny towar: często posługujemy się skrótami myślowymi, w tym i marksiści. Niemniej, jeśli dbamy o precyzję naukową, to powinniśmy pamiętać, że to nie praca, ale siła robocza jest towarem. To siła robocza wytwarza wartość, która przewyższa jej własną wartość. Musimy też pamiętać, że wartość – wedle Marksa – jest stosunkiem społecznym. Gdyby tak nie było, nie byłoby potrzeby stwarzać takich pojęć, jak wartość czy wartość dodatkowa, ponieważ wystarczyłyby pojęcia z zakresu ekonomii klasycznej, jak np. cena czy zysk.

      I to jest właśnie istota rewizji idącej symbolicznie od Bernsteina. Rewizjonizm polegał na wyśmianiu teorii Marksa jako – nie tyle błędnej koncepcji, bo każdy może sobie w ramach demokracji spekulować filozoficznie, i nawet może to być ciekawe z punktu widzenia jakiejś niszy w ramach socjologii – ale jako czegoś po prostu zbędnego w ekonomii, ot, paranoicznego odlotu.

      Jednym słowem, w świetle tego, co wyżej, zdarzają się nierzadko „marksiści”, którzy traktują Marksa jak „zdechłego psa”.

      Tak więc, każda praca (jako czynność, a nie jako towar) musi przynosić zatrudniającemu ją kapitaliście zysk. Praca użyteczna społecznie może jednak mieć miejsce w społeczeństwach nie tylko klasowych. W społeczeństwie bezklasowym również powstaje nadwyżka produktu ponad bezpośrednie potrzeby konsumpcyjne wytwórców – na zasadzie wolnego wyboru owych wytwórców, a nie przymusu ekonomicznego związanego z własnością środków produkcji lub brakiem tej własności. Taka produkcja w społeczeństwie bezklasowym jest kamieniem probierczym dla Marksa (vide: jego odwołania do pierwotnego komunizmu). Oczywiście, jako konstrukcja abstrakcyjna z całym tego bagażem. Praca filozoficzna Marksa uzasadnia taką konstrukcję, ale niewielu marksistom chce się przez ten trud jego przebrnąć i zrozumieć. Wydaje się, że bardziej „naukowo” jest trzymać się analiz rzeczywistości, historycznej lub minionej, w oparciu o dobrze sprawdzone narzędzia badawcze.
      Problem w tym, że w nauce pozytywistycznej zawaliła się wiarygodność i tych narzędzi. Nie ma więc potrzeby wstydzić się dialektyki Marksowskiej i rozumieć ją wulgarnie jako sztukę erystyki.

      Zagadnienie pracy produkcyjnej miało szczególne znaczenie u progu epoki industrializacji, stąd jego znaczenie w pracach klasyków ekonomii. Uznanie stosunków kapitalistycznych za naturalne narzuca uogólnienie tych stosunków na naturalne relacje międzyludzkie. Dla Marksa, tymi naturalnymi relacjami były wspomniane wyżej relacje wyabstrahowane z rekonstrukcji społeczeństwa bezklasowego.
      W miarę ewolucji społeczeństwa kapitalistycznego, wszelkie relacje międzyludzkie, które jeszcze zachowały swoje przedkapitalistyczne formy, były wchłaniane przez relacje kapitalistyczne. Każdy rodzaj działalności ludzkiej był podporządkowywany kapitalistycznej zasadzie maksymalizowania zysku, wszystko ulegało i nadal ulega komercjalizacji, aż do ostatniego bastionu oporu w życiu prywatnym.

      Z punktu widzenia kapitału nie ma znaczenia, czy zysk rodzi się w sferze produkcyjnej czy nieprodukcyjnej. Ale gdzie jest powiedziane, że my mamy przyjmować punkt widzenia kapitału?

      Podobnie jak w przypadku wartości czy wartości dodatkowej, tak samo rozróżnienie praca produkcyjna – praca nieprodukcyjna wydaje się z ekonomicznego (rewizjonistycznego) punktu widzenia zbędna.
      O tym, że konieczność powyższego rozróżnienia wynika z samej analizy teoretycznej Marksa w I tomie Kapitału, pisaliśmy w naszym referacie na konferencję, powołując się na implikacje formuły określającej wielkość wartości: C + V + M. Nie będę się więc powtarzała. Natomiast powiem tylko tyle, że jak bez pojęć „wartość” czy „wartość dodatkowa” nie ma teorii marksistowskiej, tak bez rozróżnienia pracy produkcyjnej od pracy nieprodukcyjnej nie ma możliwości zracjonalizowania postnowoczesnego rozpadu tożsamości lewicy, ani możliwości konstruowania wizji przyszłości bezklasowej, która miałaby taką moc napędzającą, jaką Marksowska wizja socjalizmu miała dla robotników sto lat temu.

      Oczywiście, masz rację, Andrzeju, pisząc o płynności definicji klasowości (w tym też kierunku idą rozważania J. Kochana w jego przywoływanej w referacie książce). Postulat sztywnego szeregowania i klasyfikowania w nauce jest pozytywistycznym zboczeniem, które samo siebie w końcu zjadło. Marksizm, zauważmy, jest przeciwieństwem takiego rozumienia naukowości. Istotą metody marksistowskiej jest szczegółowe badanie rzeczywistości po to, aby uchwycić istotne relacje społeczne, które można potem zamienić w pojęcia abstrakcyjne, chwilowo utrwalone. Ich prawdziwość polega na uchwyceniu podstawowej i zasadniczej relacji, która łączy w sobie empiryczny konkret i niekonkretny, abstrakcyjny potencjał. Są to związki nietrwałe. Formuła opisująca wielkość wartości ma walor takiego możliwie najtrwalszego abstraktu, albowiem o najwyższym poziomie abstrakcyjności. Chwyta bowiem jednocześnie najogólniejsze relacje kapitalizmu i najogólniejszą relację opisującą produkcję jako taką, niezależną od formy społecznej.

      Krótko mówiąc – wyróżnienie pracy produkcyjnej ma znaczenie ukierunkowujące po marksistowsku wysiłek w stronę zmiany społecznej.

      Jak widzimy w rzeczywistości, wszelkie niemarksowskie wizje ustanowienia społeczeństwa sprawiedliwego, równego, czy czort wie, jakiego jeszcze, mają jedno wspólne – walka o sprawiedliwy podział dochodów odbywa się w sferze oznaczonej przez Marksa symbolem „M” z formuły. Z komunizmem będziemy mieli dopiero wtedy, kiedy zmiana zacznie dotyczyć sfery oznaczonej jako „V”.

      Oczywiście, rację masz również w tej kwestii, że kapitalistę boli strata zysku w dowolnej sferze. Ale zauważ, tyle ubolewamy nad ksenofobią robotników. Kwestia ta, przypadkowo jakoś, dotyczy głównie grup robotników zbliżonych najbardziej do sfery produkcyjnej lub obsługującej sferę produkcyjną. Najmniej ksenofobii jest w grupach pracowników najemnych sfery oddalonej od bezpośredniej produkcji i wykształconej młodzieży, a także liberalnej inteligencji. Oczywiście, do momentu, kiedy nie przyjdzie im się borykać z motłochem, ale nie ma to – rozumie się samo przez się – związku z rasizmem, tylko z… klasowością. Dopóki walka bratobójcza toczy się wśród tych, co wchodzą w skład „V”, dla jaśnie państwa jest OK: zero ksenofobii! Kiedy rzecz idzie o zmianę relacji między V a M, to, chwila, chwila, won, chamy!

      Kwestia ma więc charakter teoretyczny i praktyczny jednocześnie. Nie chodzi o dzielenie świata pracy, ale o świadomość, że wedle Marksa probierzem zakończonej zwycięstwem walki klasowej jest realizacja interesów klasowych robotników, a zwłaszcza tych, którzy pracują na styku społeczeństwo – przyroda, ponieważ komunizm ma niełatwe zadanie rozwiązać istotne sprzeczności wszelkich dotychczasowych społeczeństw klasowych, które kulminują w kapitalizmie. To, że kulminują, to jest duże ułatwienie. Ale nie pamiętając o całej drodze, możemy łatwiej jeszcze popaść w przekonanie, że zniesienie specyficznych bolączek kapitalizmu stanowi już przybliżenie do socjalizmu, gdy tymczasem może to być to cofnięcie się do społeczeństwa konserwatywno-opiekuńczego o charakterze elitarnym. Ale uczestnikom sfery M może się wydawać, że jest to wart uwagi kompromis. W końcu nie od dziś znamy platońską wersję komunizmu dla elit i niewolnictwa (kapitalizmu) dla motłochu.
      Patrząc na tzw. nową radykalną lewicę, odnoszę wrażenie, że platońska wersja marksizmu zadowalałaby ją bez reszty.

      Wiem, że nie wyczerpuję Twoich wątpliwości, ale ani Marksem, ani Leninem nie jestem, albo – każdy ma takiego Marksa/Lenina, na jakiego zasługuje 🙂

      Pozdrawiam,
      Ewa

      • Andrzej Witul

        Po uwolnieniu z kontekstu konferencji SMP, to jest materiał na dobry tekst (manifest lewicy robotniczej).

        Inna kwestia to zbudowanie organizacji/partii (rozproszone terytorialnie niedobitki, więcej wodzów niż indian).
        Najtrudniejsza kwestia – na dziś chyba nie do rozwiązania – to działanie partii (czytaj fundusze). Bez pieniędzy nie da się wyjść poza publicystykę internetową.
        I tak powstanie kolejna grupa dyskusyjna, która z czasem, z nudów, zajmie się wyszukiwaniem nieprawomyślnych we własnych szeregach i organizowaniem „leninowskich rozłamów”.
        Słuszna linia jest niezbędna ale to za mało na partię robotniczą.