Rękopisy K. Marksa z lat 1857—58 a współczesność


grundrisse(Poniższy tekst to fragmenty referatu wygłoszonego na seminarium poświęconym polskiemu wydaniu rękopisów, zorganizowanym w Akademii Nauk Społecznych w Warszawie w marcu 1988 r.)

Wydawcy rękopisów z lat 1857—1858 nadali im tytuł Grundrisse der Kritik der politischen Oekonomie (Zarys krytyki ekonomii politycznej). Rękopisy te przez 80 lat pozostawały w stanie archiwalnym i dopiero w latach 1939 i 1941 zostały wydane drukiem w Moskwie (w języku oryginału). Na polskie tłumaczenie przyszło nam czekać do 1987 roku. Czytającego dzisiaj te „Rękopisy”, zarówno ekonomistę, socjologa czy historyka, zniewala podziw nie tylko dla głębi myśli marksowskiej, ale i nowatorstwo jego metodologicznych poczynań dających możliwość ocen retrospektywno-prospektywnych. Ta właśnie metoda dociekań (ars inveniendi) umożliwiła Marksowi zrozumienie, że w ostatniej instancji o wszelkich przemianach społecznych decydują siły i stosunki wytwórcze. W tych zeszytach rękopiśmienniczych znalazły się materiały różne. Są to notatki na marginesie, prace różnych ekonomistów, uwagi krytyczne odnośnie do ich koncepcji, własne refleksje i konfrontacje, szkice, zarysy przyszłych prac — słowem różne wątki, które łączy jednak specyficzny dla Marksa sposób dociekań i docelowe ukierunkowanie podejmowanych rozważań, w celu wyjaśnienia (przede wszystkim samemu sobie) istotnego sensu kategorii i praw ekonomicznych, oczyszczenia tychże z różnych błędnych czy niekiedy wręcz irracjonalnych naleciałości, płynących bądź z powierzchownego traktowania zagadnień, bądź z klasowych uprzedzeń.

W konfrontacji z wypowiedziami innych ekonomistów (zarówno klasyków ekonomii politycznej, jak i ich wulgaryzatorów), Marks już w omawianych rękopisach ujawnia zarówno osiągnięcia, jak i upadki myśli ekonomicznej, zarówno jemu współczesnej, jak i poprzedzającej współczesną mu dobę. Czyni to z pełnym obiektywizmem w sposób dogłębnie uargumentowany. W rękopisach z lat 1857—1858 znajdujemy nie tylko konstruktywną krytykę, ale i szereg wątków myślowych, które zostaną szeroko rozwinięte w „Kapitale”. Marks nie tylko na niwie dociekań ekonomicznych usiłuje pchnąć tę wiedzę na nowe tory. Uznając, że w nauce nie ma nic ostatecznego, absolutnego Marks wykazuje, że rozwój to nieprzerwany proces stawania się i zanikania, że „idea nie jest niczym innym jak materią przeniesioną do głowy ludzkiej i przetworzoną w niej” („Kapitał”, t. I. Warszawa 1951, s. 16). Świadomość niekonsekwencji, niepełności, jednostronności dotychczasowej nauki doprowadziła Marksa do zrozumienia potrzeby nowego wyartykułowania kategorii i praw rządzących życiem gospodarczym, a będących podstawą całego rozwoju społecznego. Przy czym u Marksa występuje wyraźnie zrozumienie, że nie wystarczy świat wyjaśniać, ale trzeba też dążyć do jego zmiany, bo człowiek jest naturą zdolną nie tylko do adaptacji, ale i naturą zdolną do wolicjonalnej transformacji. Jeśli jednak ta wola transformacji nie ma rozpływać się w jałowym utopizmie, to musi ona ulec sprzężeniu z obiektywnymi możliwościami, które wymagają naukowego rozeznania. W „Zarysie krytyki ekonomii politycznej” te właśnie elementy są już implicite w pełni zawarte.

Marks porusza tu w konfrontacji z innymi ekonomistami zagadnienia pieniądza, sprzeczności tkwiących w towarze (reprezentującym nie tylko wartość użytkową, ale i wartość wymienną), objaśnia proces tworzenia wartości, społeczny sens kapitału oraz cały szereg innych ważkich problemów i to nie tylko w płaszczyźnie ekonomicznej, lecz w przekroju historycznym, społecznym czy nawet filozoficznym. Najważniejsze jest jednak to, że w omawianych rękopisach uzyskujemy wgląd w specyficzny dla Marksa sposób analizy, w jego płaszczyznowy sposób traktowania każdej problematyki. Zwłaszcza fragment zatytułowany „Wprowadzenie” rzuca wielki snop światła na metodę dociekań Marksa, i to nie tyle na samą technikę badań (ars operandi), ile właśnie na metodę dociekań (ars inveniendi). Przestarzały rzekomo, bo XIX-wieczny Marks, już samymi chociażby rękopisami z lat 1857—1858 dowodzi niezbicie, że zastosowana przez niego metoda historyczno-dialektyczna jeszcze i dziś u progu XXI wieku ma niespożytą siłę i stanowi wciąż jeszcze niedoścignione narzędzie naukowej heurezy. Przyznają to nawet liczni pisarze orientacji niemarksistowskiej, którzy chociaż cierpko wyrażają się o epigonach Marksa, gotowi są przyznać samemu Marksowi miejsce trwałe w panteonie nauki, chociaż mają mu za złe, że nie wahał się być jednocześnie rewolucjonistą!

Problematyka metodologiczna wyziera z każdej stronicy omawianych rękopisów, w kreślonych tu (drobnym maczkiem) szkicach odnajdujemy zupełnie nowe spojrzenie na przedmiot dociekań z zakresu ekonomicznej problematyki. Jeśli poprzednicy Marksa koncentrowali swą uwagę przede wszystkim na ilościowych aspektach życia gospodarczego zaniedbując aspekty jakościowe, jeśli akcentowali statykę a nie dynamikę, jeśli podchodzili do problemów ekonomicznych ahistorycznie (poczytując — jak Smith — minione przedkapitalistyczne formacje za stan embrionalny), to Marks po raz pierwszy potraktował zjawiska ekonomiczne jako zjawiska społecznego rozwoju, wymagające rozważania w procesie całokształtu reprodukcji w makroskali, w ich historycznej dynamice i jako podstawowego, w ostatniej instancji, podłoża (bazy) wszelkich innych przejawów stosunków międzyludzkich. W sposób epigramatyczny we „Wprowadzeniu” stanowiącym fragment rozdziału XIV omawianych rękopisów Marks, krytykując osiemnastowieczne idee, wychodząc z założeń krańcowego indywidualizmu, przeciwstawia im zupełnie nową optykę wysuwającą produkcję materialną na czoło ekonomicznych rozważań. Pokazując ogólny stosunek produkcji do podziału, wymiany (cyrkulacji) i konsumpcji, Marks wskazuje, że tylko w społeczeństwie wolnej konkurencji jednostka jawi się pozornie jako uwolniona od społecznych więzów, co jest jednak tylko ułudą, faktycznie bowiem zawsze mamy do czynienia z indywiduami produkującymi w społeczeństwie, wszelkie więc robinsonady, jako punkt wyjścia dla ekonomicznych rozważań, muszą prowadzić na manowce. W przeciwieństwie do swych poprzedników, Marks odróżnia wymianę czynności ludzkich w ramach społecznego podziału pracy od towarowej wymiany produktów, będącej rezultatem historycznego procesu odosabniania się producentów. Szczególną uwagę posiada fragment poświęcony metodzie ekonomii politycznej. Zawarte są tutaj wskazówki jak ujmować relacje całości i części, jak ustawiać do siebie wzajemne kategorie proste i rozwinięte, jak ujmować konkretność i abstrakcję itd. Akcentując kategorialny i dialektyczny sposób myślenia Marks uczy jak przetwarzać czysto empiryczny ogląd w zrozumiałą rzeczywistość, tworzyć pomost między teorią i praktyką. Czy można te poczynania uznać za przestarzałe? Czy Popper, Lakatos czy Feyerabend mają w tym względzie coś lepszego do zaoferowania?

Aktualność metody dociekań Marksa można zilustrować i innymi fragmentami omawianych rękopisów. Na podstawie ogromnego materiału historycznego, Marks bada, przez jakie meandry przebijała się i przebija droga rozwoju ludzkości. Zwłaszcza fragment dotyczący formacji społeczno-gospodarczych ma znaczenie nie tylko dla retrospektywnego spojrzenia na kształtowanie się formacji społeczno-gospodarczych i struktur ekonomicznych, ale co ważniejsze ułatwia nam, współczesnym, zrozumienie szeregu procesów dokonujących się na naszych oczach, zwłaszcza w tzw. trzecim świecie. We fragmencie tym Marks omawia naturalne i gospodarcze przesłanki zawłaszczania obiektywnych warunków pracy oraz rozmaite formy wspólnot. Szczególnie instruktywne są tu rozważania dotyczące azjatyckiego sposobu wytwarzania. Dokonana tu analiza ułatwia nam zrozumienie tak powikłanych sprzężeń ekonomii, religii i polityki, pozwala łatwiej rozszyfrować zaskakujące nas wydarzenia, jak np. w Iranie, a jednocześnie pójście tropami tej analizy chroni nas przed niebezpiecznymi uproszczeniami.

Marksowska analiza rozproszonych wspólnot związanych z egzystencją rodów i plemion ułatwia zrozumienie faktu, że w orientalnej wspólnocie jeszcze i dzisiaj ród stanowi podstawową komórkę społeczną i że jest nadal zakorzenionym głęboko elementem bytowania oraz czynnikiem zacofania kulturalnego wielu ludów Azji i Afryki, na którym to podłożu żeruje jeszcze ciągle religioznawstwo. Uważne studiowanie wypowiedzi Marksa w tym względzie mogłoby i nas uchronić od pomyłek w ocenie sprzeczności rozdzierających kraje tzw. trzeciego świata.

Marksowska analiza rozpadania się wspólnot pierwotnych, roli zabiegów irygacyjnych w kształtowaniu się satrapii mezopotamskich czy egipskich, analiza procesów przekształcania się posiadania we własność prywatną, rozważania na temat ekonomicznych, socjologicznych i prawnych aspektów własności, to wzór dociekań, które nie tylko nie ustępują rozważaniom C. Levi-Straussa czy L. Goldmanna i innych współczesnych etnologów, ale w wielu wypadkach przewyższają współczesne konkluzje swą głębią.

W tej samej mierze, w jakiej Marks odnosi się do minionych epok oświetla on, i to wielostronnie, genezę kapitalizmu, przekształcanie się gospodarki towarowo-pieniężnej (będącej jeszcze w feudalizmie tylko marginesem życia gospodarczego w morzu gospodarki typu agrarnego) w gospodarkę kapitalistyczną, w której na grobie prywatnej własności drobnego posiadacza, własności opartej na własnej pracy, rodzi się kapitalistyczna własność prywatna oparta na cudzej pracy. Przy tej okazji Marks rozprawia się z różnymi iluzjami na temat pieniądza (przede wszystkim w ujęciu proudhonistów), pokazuje proces wytwarzania się kapitału, jako stosunku wyzysku najemnej siły roboczej, zarysowuje już tutaj swe poglądy na względną i bezwzględną wartość dodatkową, na akumulację kapitału, ruch okrężny kapitału czy różne formy kapitału, słowem znajdujemy tu w zarodku wszystkie niemal problemy, którym poświęci swój „Kapitał”. Na szczególną uwagę zasługuje dziś fragment, w którym Marks zastanawia się nad wpływem — jak byśmy to dziś powiedzieli — postępu naukowo-technicznego na rozwój gospodarczy. Marks nie fetyszyzuje tego procesu, ale pokazuje jego dodatnie i ujemne sprzężenia. Podkreśla tu z naciskiem, że nauka jest najwyższą formą świadomości społecznej, a jednocześnie staje się coraz bardziej funkcją społeczną wywierającą przemożny wpływ, poprzez innowacje techniczne, i na produkcję oraz inne dziedziny życia. Wskazuje on, że dopiero uprzedmiotowiony rezultat nauki, wdrażanie postępu osiągniętego przez naukę zyskuje społeczny sens i wagę. Jednocześnie Marks wskazuje, że postęp ten (naukowo-techniczny) stanowi materialną przesłankę możliwości oraz pełniejszego humanizowania stosunków międzyludzkich, ale tylko w określonych warunkach, bo sam postęp techniczny może prowadzić zarówno do „niebios” jak i do „piekieł”. Dlatego też stwierdza, że postępu tego nie można odrywać od zagadnienia komu ten postęp ma służyć, bo może on zarówno usuwać, jak i pogłębiać alienację człowieka. Fragmentaryczne rozważania Marksa w tej materii legitymujące się rokiem 1858, a liczące dziś 130 lat, nie wynikały z jakichś futurologicznych domniemań, lecz wypływały z dogłębnej analizy tendencji znamionujących technikę w warunkach kapitalistycznych, tu więc również rzekomo „przestarzały” Marks, dzięki swej metodzie dociekań tworzył zalążki teorii ekologizacji życia gospodarczego. Ekologiczne zagrożenie naszej biosfery nie jest zagadnieniem samoistnym, wiąże się ono bowiem z zagadnieniem jak i w imię jakich celów będziemy posługiwać się postępem naukowo-technicznym, czy w imię pomnażania zysków, czy w imię ogólnego dobra ludzkości. Marks antycypując w omawianych rękopisach stan zagrożenia, jaki powoduje rabunkowa gospodarka, dewastująca zarówno litosferę, hydrosferę, a nawet atmosferę, wskazywał z naciskiem już tutaj, że to zagrożenie będzie mogło zostać definitywnie oddalone tylko przy zasadniczej zmianie ludzkich postaw i form bytowania możliwych jedynie w warunkach kolektywnego współdziałania.

Wywody Marksa w „Rękopisach” nie noszą usystematyzowanego charakteru. Gdy chodzi o omawiane rękopisy, często są to tylko szkice, niekiedy pospiesznie notowane myśli, ale zawsze są to refleksje głęboko przemyślane. Taki charakter mają m.in. wywody dotyczące np. problemu pieniądza i cen. Analizując procesy wymiany, Marks incydentalnie ujawnia naiwność koncepcji „konstytuowania” głoszonej przez Proudhona i jego adherentów. Marks wskazuje mimochodem, że w warunkach zachowującego się odosobnienia producentów, sama zmiana w organizacji cyrkulacji nie jest w stanie zmienić istoty stosunków wytwórczych, a co za tym idzie i wypływających stąd stosunków podziału.

Warto też odnotować, że już w rękopisach z lat 1857—1858, Marks jasno formułuje różnice między pracą produkcyjną i nieprodukcyjną, podkreślając z naciskiem, że taki podział jest zasadny tylko w odniesieniu do określonych warunków historycznych, konkretnie kapitalistycznych, gdzie pracą produkcyjną staje się każda praca, która przysparza kapitaliście zysk (co, później Marks rozwinie w „Teoriach wartości dodatkowej”). Cały więc wieloletni spór na temat co jest, a co nie jest pracą produkcyjną w socjalizmie w świetle tego stwierdzenia okazuje się jałowy. W kapitalizmie — stwierdza Marks — nie jest sprawą decydującą, czy dana praca stwarza dobra materialne czy nie, byle tylko dana praca czy świadczenia dawały się spieniężyć z zyskiem.

Można wskazać i szereg innych głębokich myśli rzucanych incydentalnie, które zostaną rozwinięte w późniejszych latach twórczości Marksa, w których uważny czytelnik (nie tylko historyk myśli ekonomicznej) odnajdzie i dziś asumpt do aktualizacji tych wypowiedzi i w odniesieniu do współczesności. Już w omawianych rękopisach widać — jak słusznie zauważył w recenzji z I tomu „Kapitału” Kaufman — że „Dla Marksa ważne jest tylko jedno — odkrycie prawa rządzącego badanymi przez niego zjawiskami. Istotne jest dla niego ponadto prawo ich zmienności, prawo rozwoju, tzn. przejście z jednej postaci w drugą — z jednego układu stosunków w drugi (…) wartość naukowa takich badań polega na wyjaśnieniu tych poszczególnych praw, którym podlega powstanie, istnienie, rozwój i śmierć danego organizmu społecznego i zastąpienia go przez inny, wyższy” („Kapitał”, t. I, Warszawa 1951, ss. 14—15).

Już z Rękopisów z lat 1857—1858 jasno wynika, że Marksowi obcy był wszelaki dogmatyzm i scholastyka. Nie uważał się też za człowieka nieomylnego i wszechwiedzącego, ale ufał metodzie swych dociekań, która pozwalała mu wychwycić tendencje rozwojowe, a więc i ustalać możliwości natury obiektywnej, które przy współudziale ukierunkowanej działalności ludzi mogą zostać przeobrażone w rzeczywistość. Istnienie obiektywnej tendencji rozwojowej nawet przy zaistnieniu przeciwtendencji daje bowiem możliwość przechylenia szali na korzyść tej tendencji, którą z punktu widzenia klasy postępowej, a więc w rezultacie i z punktu widzenia całej ludzkości należy uznać za pożądaną dominantę. Marks nie był więc jakimś fatalistą, rozumiał potrzebę aktywnej, świadomej roli człowieka w wykuwaniu przyszłości, różnił się od utopistów tym, że akcentował rolę czynu, ale czynu nie porywającego się „z motyką na słońce”, a czynu świadomego nie tylko celu, lecz i realnych możliwości, jednocześnie Marks był świadom, że — jak to już stwierdzał I. Kant — „teoria bez praktyki staje się jałowa, ale i praktyka bez teorii pozostaje ślepa”, że więc i „teoria staje się siłą materialną, gdy owładnie masami” i tu właśnie dostrzegał iunctim między teorią i praktyką, między nauką a czynem przeobrażającym świat. Dlatego lansowane chętnie zarzuty, jakoby Marks nie doceniał roli człowieka, jego świadomości, jego uczuć i jego woli jest bądź świadomym, bądź nieświadomym wypaczaniem myśli Marksa i stworzonego przez niego materializmu historycznego.

Obnażając w swoich wczesnych pracach wrzody kapitalistycznego sposobu produkcji, Marks nigdy nie był badaczem jednostronnym. Wskazywał przecież już w Manifeście Komunistycznym, że kapitalizm odegrał w stosunku do feudalizmu w dziejach ludzkości pozytywną rolę, ale że jak każdy sposób produkcji dożywa swojego wieku, gdy pomiędzy rozwojem sił wytwórczych a stosunkami wytwórczymi pojawia się rozziew, kapitalistyczny sposób wytwarzania musi ustąpić miejsca innemu, bo kapitalizm jest również tylko formą przejściową w rozwoju ludzkości. Cały ruch historii Marks traktuje jako proces narodzin i umierania kolejnych formacji społeczno-gospodarczych, nie uważa też i komunizmu za ostateczny cel ludzkości, ale jest świadom, że w rozwoju ludzkości komunizmu ominąć nie sposób, bo „Komunizm jest nie stanem, który ma być wprowadzony, nie ideałem, którym rzeczywistość będzie musiała się kierować (…) nazywamy komunizmem ten ruch realny, który znosi stan dzisiejszy. Warunki tego ruchu wynikają z obecnie istniejącego położenia” (Wybrane pisma filozoficzne 1844—1846, Warszawa 1949, s. 67). Chcąc uchwycić perspektywy rozwoju Marks sięgał do źródeł kształtowania się kapitalizmu, bo sprzeczności dnia wczorajszego kształtują dzień dzisiejszy, a sprzeczności dnia dzisiejszego, a ściślej ich przezwyciężanie, kształtuje dzień jutrzejszy. Na tej drodze, analizując sprężyny i siły napędowe przemian społecznych w historycznym przekroju, Marks szukał sprężyn ruchu ku nowym formom bytowania ludzkości.

Ekonomię polityczną ujmował jako swoistą anatomię społeczną, nie zaniedbując jednocześnie powiązań gospodarczej bazy z innymi aspektami życia. Jeśli więc dziś sięgamy do Marksa, to nie po to, by spełnić liturgiczny obrządek, bo Marks nie był ani świętym, ani prorokiem, ale dlatego, że w jego myślach, w jego metodzie dociekań znajdujemy jeszcze ciągle żywo bijące źródło inspiracji dla diagnozy tego, co zmienia się w naszych oczach. Jeśli wielu współczesnych pisarzy łudzi się, że kapitalizm ewoluuje samorzutnie w kierunku jakiegoś postindustrialnego społeczeństwa (D. Bell i inni), że z brzydkiej poczwarki kapitalizmu wyłoni się piękny motyl nowej ery, to jest to albo zbożne życzenie naiwnych, bądź wręcz świadoma mistyfikacja. Marks nie zapowiadał raju na ziemi, jak świadczy Krytyka programu gotajskiego, Marks zdawał sobie sprawę z tego, że nowa formacja będzie musiała jeszcze długo uginać się pod obmierzłym spadkiem minionych formacji, rodzi się bowiem na zachwaszczonym gruncie. Czy sądził, że poród będzie aż tak bolesny, jak pokazało życie? Trudno dziś udzielić na to odpowiedzi, doświadczenia rewolucji francuskiej 1789 roku każą przypuszczać, że i z taką możliwością mógł się liczyć. Czy jednak można Marksa winić za tzw. okres błędów i wypaczeń doby współczesnej?

Jakichkolwiek spraw nie poruszałby Marks w swych rękopisach z lat 1857—1858, czy będą to excerpta z prac innych ekonomistów czy luźne uwagi, zanotowane ulotne myśli, zawsze odnajdziemy w nich ślady trudnych problemów. Rękopisów z lat 1857—1858 nie można rozpatrywać w oderwaniu od wcześniejszego dorobku Marksa, który w dużym stopniu determinowały wypadki połowy XIX wieku, a zwłaszcza Wiosna Ludów.

Jeśli już w pracach z lat 40. XIX wieku Marks szkicował wątki swej teorii ekonomicznej, to w latach 50. tego stulecia, teoria ta stawała się już zwartym systemem, który swój kształt ostateczny odnajdzie w następnym dziesięcioleciu w Kapitale. Jeśli mowa o ostatecznym kształcie, to należy pamiętać, że mowa tu o aspekcie edytorskim, Marks bowiem permanentnie pracował nad pogłębianiem swych dociekań w miarę, jak dawały o sobie znać coraz to nowe zjawiska. Latem 1857 roku Marks zamierzał opublikować swą teorię, ale różne przyczyny stanęły temu na przeszkodzie. Rękopisy z lat 1857—1858 pozwalają przynajmniej częściowo zaznajomić się z materiałem, który Marks miał zamiar w taki czy inny sposób wykorzystać. Zamieszczony w omawianych materiałach jako pierwszy fragment, Szkic o wulgarnych ekonomistach Bastiacie i Careyu, chociaż nie zakończony, ujawnia mistrzowską umiejętność Marksa wywodzenia poglądów ekonomicznych poszczególnych autorów z ich środowisk i interesów klasowych. Drugi, również nie zakończony szkic pt. Wprowadzenie, daje nam wgląd w metodologiczne osiągnięcia Marksa. Kolejne fragmenty, to części obszernego rękopisu, nad którym Marks pracował od października 1857 roku do maja 1858 roku, mamy tu niejako całe laboratorium pracy twórczej Marksa. Tak więc zaznajomienie się współczesnego czytelnika z tymi rękopisami pozwala nie tylko poznać całą głębię umysłowości Marksa, lecz daje też oręż do walki z tymi, którzy radzi byliby tę myśl wytrzebić czy zdeformować.

Już w tychże rękopisach występuje jasno konstatacja, że w dziejach ludzkości czynnikiem decydującym — w ostatniej instancji — o rozwoju i kształcie stosunków międzyludzkich była i jest reprodukcja środków materialnych. Już z tych rękopisów wynika jednocześnie, że Marks wyraźnie dostrzega, iż położenie ekonomiczne jest tylko bazą, na której opiera się cała struktura społeczna, że jednak rozliczne, powstałe historycznie, elementy nadbudowy wywierają z racji — jakbyśmy dziś powiedzieli — sprzężeń zwrotnych istotny wpływ i na samą bazę, nadając wydarzeniom historycznym ich konkretną formę. Już z omawianych rękopisów widać, jaką wagę Marks przywiązywał do czynnej roli mas ludzkich i świadomości społecznej. Akcentując, że historia sama nic nie robi, że to właśnie ludzie tworzą historię i nadają jej sens, że historia tworzy się z konfliktów między wielu dążeniami, ale że wola każdej jednostki jest determinowana nie tylko bio- i psychogennymi właściwościami, lecz i socjogennymi uwarunkowaniami, przy czym te ostatnie wywierają wpływ dominujący, że ze skrzyżowania się tych sił petryfikujących się w indywidualnych czy grupowych interesach rodzą się wydarzenia historyczne, że nie tylko reaktywno-adaptacyjne, ale i kreatywne cechy gatunku ludzkiego odgrywają istotną rolę w rozwoju ludzkości, Marks ujawniał, że był daleki od wszelakiej jednostronności. Eksponując rolę czynników socjogennych, interesów klasowych nie zapominał bynajmniej o roli inwencji twórczej jednostki i o znaczeniu aktów wolicjonalnych, wskazywał tylko, że otoczenie ma istotny wpływ na osobowość ludzką, i że człowiek zmieniając to otoczenie zmienia i siebie samego. Zarzut więc, jakoby Marks nie doceniał roli człowieka, jest zupełnie bezpodstawny. Przeciwnie, Marks podkreślał, że to właśnie współczesne warunki tłumaczą ludzką osobowość i dlatego trzeba je zmienić. Czyżby więc te stwierdzenia straciły swą aktualność?!

Wprowadzając jako komponent naszego myślenia praktykę (Praxis) Marks nadał myśleniu w odniesieniu do zjawisk społecznych, a więc i ekonomicznych, właściwy kierunek. Już w rękopisach (a także i wcześniej) sprowadzał myślenie z obłoków na ziemię, wskazując, że nie pobożne życzenia, lecz analiza realiów życia i wola wykorzystania obiektywnych możliwości może stać się nośnikiem przemian społecznych. W przeciwieństwie do badań prowadzonych w sferze zjawisk natury przyrodniczej, gdzie praktyka znajduje swój wyraz w podejmowanych i powtarzanych eksperymentach, w odniesieniu do zjawisk społecznych eksperymenty musi zastąpić metoda historyczno-dialektyczna, retrospektywno-prospektywna, bo źródłem i weryfikatorem naszego poznania może tu być tylko sama historia. Zrozumienie, że przezwyciężanie sprzeczności dnia wczorajszego ukształtowało dzień dzisiejszy, uprawnia do wnioskowania, że i przezwyciężanie sprzeczności dnia dzisiejszego musi wpływać na kształt dnia jutrzejszego, stanowi przeciwstawienie się nihilizmowi poznawczemu, i stanowi jedyny zasadny sposób diagnozy i prognozy. Czy jest to sposób przestarzały? Czy koncepcje Poppera, Feyerabenda i innych współczesnych metodologów dają nam lepszy oręż? Warsztat naukowy Marksa, który poznajemy z rękopisów jest nie tylko nowoczesny, ale jeszcze wciąż w naukach społecznych nieprześcigniony. Jeśli marksiści, a najczęściej pseudomarksiści często nie umieli posługiwać się narzędziami dociekań pozostawionymi przez Marksa, jeśli nie umieli z tej metody uczynić właściwego użytku, to jest to niewątpliwie ich wina i wielka strata, oznacza to jednak, że należy dążyć do rewindykacji autentycznej metody Marksa, a nie ulegać sloganom o „przestarzałości” XIX-wiecznego Marksa!

Jeśli przeciwnicy marksizmu tak chętnie wytykają dziś te czy inne niedomogi i dewiacje w budownictwie socjalistycznym, to czynią to z reguły mala fide. Jeśli wskazują nawet na negatywne zjawiska, to mówią o objawach a nie o przyczynach. Często zresztą i sami marksiści zapominają, że „żadna formacja społeczna nie ginie, zanim nie rozwiną się wszystkie siły wytwórcze, którym daje ona dostateczne pole rozwoju” (Marks, Engels, Dzieła, t. 13, Warszawa 1966, s. 9), że nawet byli robotnicy, gdy „staną się przedstawicielami lub władcami ludu, przestaną być robotnikami (…) będą już reprezentowali nie lud, lecz siebie i swoje uroszczenia do rządzenia ludem. Kto o tym może wątpić nie zna zupełnie natury ludzkiej” (cyt. wyd., t. 18, Warszawa 1969, s. 721). Na trudności budownictwa socjalistycznego złożyły się różne czynniki zarówno natury obiektywnej, bo „mamy tu do czynienia ze społeczeństwem (…) nie takim, które rozwinęło się na własnej podstawie, lecz przeciwnie z takim, które dopiero wyłania się ze społeczeństwa kapitalistycznego, które zatem pod każdym względem — ekonomicznym, moralnym, umysłowym — nosi jeszcze na sobie znamiona starego społeczeństwa, z którego łona wyszło” (cyt. wyd., t. 19, Warszawa 1972, s. 22).

Ataki na Marksa — w najlepszym wypadku — jako na utopistę biją mimo celu. Marks nigdy nie idealizował procesów socjalistycznego budownictwa, był świadom trudności na drodze tego budownictwa, a zwłaszcza oporów tkwiących w rudymentach starej świadomości. Patrząc realnie na procesy przemian społecznych, Marks nie ferował żadnych dat kalendarzowych czy też czasokresów i sposobów realizacji drogi do socjalizmu, wiedział, czym socjalizm być nie powinien, jaki zaś przybierze kształt konkretny pozostawiał inwencji jego budowniczych. Nawiązanie do myśli artykułowanych przez Marksa (m.in. i w omawianych rękopisach) stanowi nie nawrót do XIX wieku, lecz właśnie sposób wkraczania w wiek XXI z marksowskimi drogowskazami ułatwiającymi przekształcanie możliwości w rzeczywistość. Jak trafnie wskazywał Gramsci „można naukowo przewidywać tylko walkę o przyszłość, nie zaś jej konkretne momenty, w rzeczywistości przewiduje się w tym stopniu, w jakim czyni się świadome wysiłki, przyczyniające się konkretnie do urzeczywistnienia rezultatu” (A. Gramsci, Pisma wybrane, t. 1, Warszawa 1961, s. 122).

Seweryn Żurawicki

Dodaj komentarz