Süddeutsche Zeitung: Marks by nie tweetował 2


Wszystkie próby wdrożenia teorii w życie poniosły porażkę, a mimo to idea komunizmu żyje i ma się dobrze. Co jednak Karol Marks powiedziałby o rzeczach, których nadejścia nie mógł przewidzieć? O stalinowskim terrorze, globalizacji i robotyzacji? Na kogo by głosował? Zapytaliśmy o to ekspertów.

Czy także dziś Karol Marks pragnąłby rewolucji?

Wyzysk pracownika był dla Karola Marksa centralnym tematem. To, że kilku superbogaczy z racji pozycji gospodarczej bogaci się na pracy innych, aktualne jest także dziś. Mamy coraz więcej niepewnych, kiepsko opłacanych miejsc pracy. Wielkie koncerny obniżają płace przez pracę czasową i umowy o dzieło, by móc dzięki temu wypłacać wyższe dywidendy. Kilka osób dysponuje majątkiem liczonym w setkach milionów euro, czasami nawet w miliardach, na które żaden człowiek nie może zapracować samodzielnie. To kapitalizm, który trzeba pokonać. Funkcjonujące rynki, bodźce prowydajnościowe i konkurencja wymagają sensownego porządku gospodarczego. Pod pojęciem rewolucji Marks rozumiał mniej czy bardziej gwałtowny przewrót, ponieważ za jego czasów nie było demokracji ani legalnej opozycji. Wtedy państwo na rozruchy robotnicze reagowało nagą przemocą, do strajkujących strzelano. Dziś możemy walczyć o zmianę metodami demokratycznymi. Oczywiście wciąż istnieje władza ekonomiczna, która wywiera ogromny wpływ na politykę. Przy pomocy datków i widoków na lukratywne mandaty kupowani są politycy i całe partie. Grzebie to demokrację i utrudnia zmiany społeczne nakierowane przeciwko interesom wielkiej finansjery. Mimo wszystko dziś istnieje wyłącznie droga demokratyczna.

Sahra Wagenknecht jest wiceprzewodniczącą partii Die Linke i od 2009 roku zasiada w Bundestagu.

Co powiedziałby Marks o zbrodniach Stalina albo Pol Pota, którzy powoływali się w swoich działaniach na jego filozofię?

W „Manifeście partii komunistycznej” z 1848 roku Marks krytykował tych naprawiaczy świata, którzy – podobnie jak jakobini podczas rewolucji francuskiej – rozpętując terror w imię cnoty wierzą, że mają po swojej stronie wyższą moralność. Polityka represji może być niemoralna i sprzeczna z prawami człowieka, ale dla Marksa decydujące było to, że jest ona zwyczajnie błędna. Marks sprzeciwiałby się czerwonym tyranom, ponieważ nie doceniają podstawowej zasady materializmu: że historia nie powstaje z podążania za mrzonkami, lecz wynika bezpośrednio z bytu. Historia rozumiana materialistycznie nie rozwija się zgodnie z katalogiem roszczeń, których forsowanie uświęca środki, lecz sama jest realnym ruchem. Dlatego niedorzecznością jest chęć przyspieszenia jej przez politykę tyranii.

Ralf Konersmann jest profesorem filozofii na Uniwersytecie w Kilonii

Jak Marks wytłumaczyłby fakt, że wielu robotników głosuje dziś na partie prawicowe?

Wielu robotników – ale nie tylko oni – głosuje na partie stosujące retorykę nacjonalistyczną. Wyborcy obiecują sobie po tych partiach przywrócenie społecznej gospodarki rynkowej z jej mechanizmami redystrybucji, dawniej związanymi z granicami narodowymi. Jednak na skutek kurczących się wskaźników wzrostu redystrybucja staje się problematyczna. Dynamika kapitalizmu bez granic skutkuje tym, co przepowiedział Marks: mamy stale zwiększającą się liczbę superbogaczy i globalne koncerny po jednej stronie, a po drugiej – rosnącą armię ludzi niepotrzebnych i wyzyskiwanych.

Przegrani forsują powrót państwa narodowego, ale ponieważ socjaldemokracja wpisała się w narrację globalnego liberalizmu, trafia do nich propaganda – kłamliwa i często wymieszana z rasizmem i obskurantyzmem – grup reakcyjnych. Prawdziwej socjaldemokracji nie jest zresztą łatwo. Dziś w perspektywie globalnej klasą wyzyskiwaną nie są europejscy robotnicy. Dziś globalny proletariat żyje i cierpi w szwalniach Azji i kopalniach Afryki, a ich wyzyskowi zawdzięczamy nasz poziom konsumpcji. Nasz standard życia obniży się w takim stopniu, w jakim azjatyccy robotnicy wywalczą sobie prawa socjalne. Jeśli niesymetryczne stosunki handlowe w dalszym ciągu będą hamować rozwój Afryki, fale migracji zamienią się w tsunami. Jedynie globalne wyrównanie dobrobytu może zapobiec katastrofom i barbarzyństwu.

Mathias Greffrath był redaktorem naczelnym tygodnika „Wochenpost”.

Czy Marks głosowałby na niemiecką partię lewicową Die Linke?

Być może są oni najbliżsi jego myśleniu. Można sobie wyobrazić, że głosowałby na nich w akcie protestu. Ale też, że nie głosowałby w ogóle, być może z braku zainteresowania drobną codzienną polityką. Marks angażowałby się raczej w politykę jako intelektualista, w formie pisanej, przy czym nie na Twitterze, ponieważ nie potrafił się streszczać. Wyobrażam go sobie jako kogoś, kto zajmuje stanowisko, zmusza do analiz i permanentną prowokacją daje impulsy do zmian. Jest prawdopodobne, że dzisiejszej europejskiej lewicy Marks powiedziałby tylko: „Nie podobacie mi się, jeśli wy nazywacie się marksistami, to ja marksistą nie jestem”. W swojej istocie i stosunku do świata nie był kimś, kto łatwo się wiąże z jakąś strukturą. Pozostał samotnym myślicielem, jednocześnie mającym nadzieję na przewrót w stosunkach. Dla niego istniał tylko jeden marksista – i był nim on sam.

Beatrix Bouvier jest historyczką i kierownikiem naukowym wystawy „Karol Marks 1818 – 1993. Życie, Praca. Czasy”.

Co Marks powiedziałby o globalizacji?

Marks był jednym z pierwszych ludzi, którzy faktycznie przewidzieli globalizację. Zauważył, że inherentną cechą kapitalizmu jest konieczność ciągłej ekspansji, ponieważ jest on uzależniony od wzrostu produkcji, a przez to – także od ekspansji terytorialnej. Globalizacja, którą obserwujemy dziś, jest próbą ominięcia tych terytorialnych ograniczeń. W latach 70. ubiegłego wieku w państwach uprzemysłowionych Zachodu pojawiła się groźba, że produkcja przestanie być opłacalna. Pojęcie globalizacji weszło do obiegu w latach 90., kiedy to w ramach rozwiązania tego kryzysu produkcję przeniesiono do Chin i państw byłego ZSRR. Obecnie także tam rosną płace, a więc zyski maleją. Tymczasowym rozwiązaniem mogą być kraje takie jak Nigeria, dostarczające taniej siły roboczej, od której kapitalizm jest uzależniony – jednak ten wzrost także nieuchronnie w pewnym momencie dojdzie do ściany. Kryzys z 2008 roku był tylko jednym z objawów długookresowego trendu. Według Marksa takie kryzysy będą podłożem, na którym może urodzić się nowa jakość. Czy będzie to komunistyczna utopia, czy coś innego – pozostaje politycznie i historycznie otwartą kwestią. Uważam, że Marks uważał globalizację za nieuchronny skutek kapitalizmu.

Nick Srnicek jest wykładowcą City University of London.

Czy Marks popierałby bezwarunkowy dochód podstawowy?

Dziś o sprawiedliwości społecznej myśli się przede wszystkim w kategoriach podziału pieniędzy, tymczasem Marksowi chodziło o podział władzy. Dziś na całym świecie panują ekstremalne nierówności ekonomiczne, co czyni perspektywę Marksa jeszcze bardziej istotną, niż wcześniej.

Przy wprowadzaniu bezwarunkowego dochodu podstawowego, Marks zapytałby zapewne: kto decyduje? Czy dochód podstawowy wzmacnia władzę obywateli, czy też koncentruje władzę w rękach niewielkiej grupy kapitalistów? Jednej rzeczy obawiałby się przede wszystkim: że w oczach przedsiębiorców dochód podstawowy stanie się doskonałą sposobnością, by uwolnić się od zobowiązań społecznych. Nie może być tak, że my wprowadzamy dochód podstawowy, a w zamian za to zmniejszamy wpływ pracowników na zarządzanie przedsiębiorstwem i rozluźniamy przepisy ochrony środowiska.

W komunistycznej utopii Marksa miała panować zasada: każdy według zdolności, każdemu według potrzeb. Był przekonany, że ludzie w dalszym ciągu będą pracować, ponieważ aktywność leży w ludzkiej naturze. Rozumiał też, że ludzie mają różne potrzeby. Ktoś, kto porusza się na wózku inwalidzkim, musi wydać więcej pieniędzy, by być mobilny, niż osoba w pełni sprawna. Także wprowadzając bezwarunkowy dochód podstawowy – co wielu uważa za utopię społeczną naszych czasów – należałoby zatroszczyć się o to, by wzięto pod uwagę różne potrzeby osób starszych i młodszych, zdrowych i chorych, aktywnych i mniej aktywnych.

Lisa Herzog jest profesorem filozofii i ekonomii na Uniwersytecie Technicznym w Monachium

Czy według Marksa świat bez pieniędzy byłby lepszy?

Marks doskonale wiedział, że świat bez pieniędzy to tylko połowiczne rozwiązanie, ponieważ w istocie każdej rzeczy tkwi jakaś forma pieniędzy, która uaktualni się, jeśli wycofa się pieniądze, ale nie zrezygnuje z produkcji i wymiany towarów. W kapitalizmie pieniądze są jak głowa mitologicznej hydry, po której odcięciu na to miejsce wyrastają dwie albo trzy nowe. Można sobie wyobrazić inny, niekapitalistyczny świat. Czy byłby to świat lepszy od obecnego, z jego konfliktami, zabójczą bezwzględnością wobec innych ludzi i natury, zależałoby od tych, którzy podjęliby ten rewolucyjny krok. W przeciwieństwie do wielu dzisiejszych krytyków pieniądza, Marks niewiele sobie obiecywał po jego likwidacji. Zarówno jego prace teoretyczne, jak i działalność brały sobie za cel transformację, rewolucję w obowiązujących stosunkach, a nie pieniądze jako takie.

Elmar Altvater jest politologiem, do 2004 roku wykładał na Wolnym Uniwersytecie Berlińskim.

Co powiedziałby Marks na to, że roboty przejmują pracę ludzi?

Marks darzył kapitalizm gwałtownym uczuciem oscylującym pomiędzy miłością a nienawiścią. Wiwatowałby na cześć robotów i je przeklinał. Wiwatował, ponieważ stanowią olbrzymią innowację i czynią pracę zbędną. Przeklinał, ponieważ czynią pracę zbędną, przez co zagrażają ludzkiej egzystencji. Za sprawą robotów powstaje coś korzystnego – ludzie mogą stać się bogaci, ponieważ mogą w łatwy sposób zyskać wszystko, czego potrzebują do życia. Tego jednak kapitalistyczna logika nie chce. Trzeba kupować towary, i to za pieniądze, które najpierw trzeba zarobić. Tyle tylko, że za jaką pracę, skoro dla ludzi już jej nie będzie, bo wykonają ją roboty? Także maszyny nie zachowują się optymalnie z punktu widzenia systemu. Nie kupują. To stawia wszystkich w trudnym położeniu: ludzie nie mają pieniędzy i pracy. Roboty mają pracę, ale nie robią zakupów. Jeśli więc zastąpi się ludzką pracę to spadną ceny i produkty nie będą nic kosztować. Kapitalizm zje własny ogon, techniczny postęp uzasadni jego eradykację. Wszystkie pieniądze zostaną przekierowane do spekulacji finansowych, ponieważ inwestycja w produkcję nie będzie przynosić żadnego zysku. Kolejny krach finansowy nadejdzie prędzej czy później. Z racji tego antyhumanistycznego kierunku rozwoju sytuacji Marks zaproponowałby dziś radykalne rozwiązanie. Przejęcie władzy i redystrybucja by mu nie wystarczyły. Chciałby wyrugować z gry pieniądze, a wraz z nimi – rynek i konkurencję. Wszystko, czego ludzie potrzebują, produkowaliby wspólnie i wspólnie z tego korzystali. W takim społeczeństwie roboty byłyby mile widziane.

Stefan Meretz jest inżynierem i informatykiem z Commons-Institut.

Pierwodruk: onet.pl


Dodaj komentarz

2 komentarzy do “Süddeutsche Zeitung: Marks by nie tweetował