W pułapce scjentyzmu


scientsimidolW numerze 3/1987 „Edukacji Filozoficznej”, który w księgarniach ukazał się dopiero w lutym br., pojawił się m.in. artykuł dr. Andrzeja Misia z katedry filozofii SGPiS pt. „Czy marksistowska ekonomia polityczna jest nauką humanistyczną?” Temat wchodzi do programu resortowego (RP III, 22.1 A.2) i właśnie ta okoliczność skłania mnie do bliższego zajęcia się twierdzeniami autora, stanowiącymi, w jego odczuciu, wynik analizy metod dociekań Marksa. Ponieważ uważam tę próbę analizy za co najmniej niedojrzałą, ale mogącą, jako cząstka tematu węzłowego, wprowadzić wśród młodych marksologów zamieszanie, chciałbym wyrazić swe stanowisko w tej sprawie.

Autor na wstępie stara się określić, co rozumie przez wiedzę humanistyczną. Uważa on, że skoro nauki społeczne, w tym i ekonomia polityczna, „sterują aktywnością ludzką nakierowaną na rzeczywistość społeczną” (s. 71), to już sam fakt, iż nauki ekonomiczne badają fragment rzeczywistości społecznej, pozwala zaliczyć je do nauk humanistycznych. A. Miś uważa również, że nauki humanistyczne wyróżnia przede wszystkim odmienność procedur badawczych. Można by się spierać z autorem, czy podział na nauki humanistyczne i niehumanistyczne jest bardziej zasadny od podziału na nauki społeczne i niespołeczne, ale jest to sprawa uboczna, gdy idzie o główne wątki wywodów dr. Misia. Autor expressis verbis stwierdza, że w jego pojęciu badanie jakiegoś fragmentu rzeczywistości może być dokonywane w sposób różny; z metodami humanistycznymi mamy do czynienia tylko wówczas, gdy zajmujemy się motywami działającego podmiotu. Jeśli dobrze zrozumiałem autora, w tego rodzaju analizie punktem wyjścia jest pojedynczy człowiek. Jest to może swoisty personalizm, ale tak czy inaczej takie podejście niewiele ma wspólnego z metodą historyczno-dialektyczną, retrospektywno-prospektywną stosowaną przez Marksa; a co gorsza nieuchronnie skrzywia optykę i spycha autora — w moim przekonaniu — na pozycje scjentystyczne, chyba niezbyt przydatne przy rozważaniu problemu podjętego przez autora. Badanie czy marksowska ekonomia polityczna jest nauką humanistyczną jest — w moim przekonaniu — jedynie stratą czasu. Tylko rozrywając integralność wywodów Marksa — notabene bezpodstawnie — można dojść do wniosków, jakoby w rozumowaniu Marksa nakreślone zostały trzy różne modele ekonomii politycznej. Nie wiem, jaka jest ekonomiczna eksperiencja dr. Misia, nie sądzę jednak, by prawidłowo odczytywał „Kapitał” i inne prace ekonomiczne Marksa. Mój zdecydowany sprzeciw budzi twierdzenie autora, że „myśl Marksowska nie jest zwartą teorią” (s. 74). Twierdzenie takie zaakceptowaliby może K. Popper, przy czym zapewne nie bez oporów. Starożytni Rzymianie głosili „odi profanum vulgus et arceo”. Była to złośliwa przestroga pod adresem ludzi imających się problemów wymagających bardzo wysokich lotów. Nie kwestionując prawa autora do podejmowania nawet bardzo trudnych tematów, sądzę jednak, że opinia o metodzie Marksa winna być bardziej wyważona, niż to ma miejsce w omawianym artykule.

Zdaniem autora, w rozważaniach Marksa — pod względem metodologicznym — można wyróżnić aż trzy sposoby podejścia, dające się ująć modelowo. Nasuwa się tu pytanie, co autor rozumie przez model dociekań? W każdym razie, w omawianym artykule nie próbuje on wyjaśnić czytelnikowi, na jakich kryteriach oparł swoją klasyfikację, bo jeśli uważa, że wystarczy przyjąć za kryterium to, w jakim stopniu dany ekonomista zajmuje się motywami postępowania jednostek gospodarujących, to a priori zajmuje stanowisko jednostronne (znamienne zazwyczaj dla orientacji niemarksistowskiej), a jednocześnie wątpliwe, bo pod jeden szablon nie dałoby się podciągnąć nawet metod dociekań np. Pareta, Keynesa, Galbraitha, Rostowa, Bouldinga czy innych, chociaż intencjonalnie łączy ich bardzo wiele.

Pierwszy model Marksowskiego toku wywodów, zdaniem autora, miałby polegać na tym, że Marks w tym ujęciu umieszcza jakoby punkt ciężkości swych rozważań w ekonomicznej krytyce alienacji (s. 75 i n.). Prawdą jest, że Marks w odróżnieniu od Hegla akcentował alienację wytwórcy od jego wytworu, nie znaczy to jednak, by problem alienacji był przez Marksa traktowany w oderwaniu od innych aspektów gospodarowania. W związku z poruszanym zagadnieniem alienacji dr Miś stwierdza, że człowiek jest z jednej strony bytem przyrodniczym, zmysłowym, doznającym, a z drugiej strony — bytem gatunkowym, rodzajowym (s. 75). W pierwszym przypadku Marks — zdaniem dr. Misia — idzie za Heglem, w drugim za Mojżeszem Hessem, ściślej za artykułem tego ostatniego pt. „Powołanie człowieka” (M. Hess, Pisma filozoficzne, Warszawa 1963). W takim ujęciu Marks chce — zdaniem autora — unaocznić nierozumność stosunków opartych na prywatnej własności (s. 77). Autor zapytuje, czy tak uprawiana krytyka alienacji człowieka przynależy do wiedzy humanistycznej, a więc czy alienacja jest stanem przez nikogo nie zawinionym, a wynikającym z koniecznych praw, czy więc proces dochodzenia do jedności istnienia i istoty ma charakter przedmiotowy czy podmiotowy. W pierwszym przypadku historia wyzwolenia człowieka byłaby więc samoistnie napędzającym się ruchem ekonomicznym, a jeśli tak to wykluczałoby to procedury badawcze właściwe naukom humanistycznym (s. 79). Widać tu całkowitą nonsensowność podejścia autora do poruszanego zagadnienia. Czy trzeba przypomnieć, że klasycy marksizmu stale podkreślali, że historia sama nic nie robi, że historię robią ludzie, tyle że zawsze w określonych warunkach obiektywnych?! „Kategoria »człowiek« musi być zawsze rozpatrywana w ramach konkretnych, historycznych form działalności ludzkiej: sił i stosunków produkcji, organizacji społecznej i odpowiadających im form samoświadomości człowieka” (T. J. Jaroszewski, Traktat o naturze ludzkiej, Warszawa 1980, s. 63). Na jakże więc kruchych podstawach opiera się Model I zbudowany przez dr. Misia.

Model II to model, w którym dominują mechanizmy ekonomiczne, z rzekomym zarzuceniem problemu alienacji (tu dr Miś zafascynował się chyba wywodami Althussera!), bo jednostki gospodarujące są tu traktowane jako całkowicie zależne od materialnych sił wytwórczych. Optykę tego modelu dr Miś określa (zapożyczając termin od O. Langego) jako widzenie procesów ergodycznych (s. 81). Sugeruje, że w „Kapitale” ekonomia polityczna staje się teorią rynku światowego, która w części dotyczącej kapitalizmu tylko niekiedy posiłkuje się procedurami właściwymi naukom humanistycznym. Trudno dowiedzieć się z lektury artykułu, czym ten Model II ma się zasadniczo różnić od Modelu I. Pomijam już sprawę widzenia przez dr. Misia ekonomii politycznej kapitalizmu jako teorii rynku światowego.

Model III jest — zdaniem autora — krytyką dwu poprzednich, ponieważ odzwierciedla on postawę intencjonalną Marksa. Jak twierdzi dr Miś, Marks odrzuca tu ewolucjonizm i liniowość rozwoju, a przyznaje, że działalność ludzi odgrywa w historii istotną rolę, co oznacza odrzucenie bezpodmiotowości procesu historycznego, jego „kontynuityzmu” (termin autora na określenie ciągłości) (ss. 85—86). Zdaniem autora, Marks akcentując rolę interesu indywidualnego czy grupowego i wynikające stąd walki, odrzuca istnienie jakiegoś globalnego celu społecznego. Byt społeczny jest tu teraz pojmowany jako byt intencjonalny. Przy takim ujęciu dr Miś skłonny jest uznać taki model za sposób dociekania właściwy dla nauk humanistycznych, jednocześnie jednak spieszy zakomunikować, że ten sposób podejścia ma najmniejszą ewidencją tekstową w pracach ekonomicznych Marksa (s. 88).

Można zapytać, co właściwie wnoszą przytoczone tu — zresztą w dużym skrócie — rozważania, cui bono zostały one zamieszczone w piśmie wydawanym przez Centralny Ośrodek Metodyczny Studiów Politycznych, czy mają one przybliżyć czytelnikom istotny sens dociekań Marksa i jego metody badań? Czy chodzi o epitafium dla Marksa wykazujące niespójność jego wywodów, czy też jest to chęć „nowatorskiego” podejścia do dorobku Marksa? W czasie, gdy rewindykacja marksowskiej analizy bieżących zjawisk, nie tylko gospodarczej natury, wydaje się być aktualną potrzebą, doszukiwanie się wyimaginowanych metodologicznych niekonsekwencji u Marksa — którego nawet współcześni mu przeciwnicy, nie zgadzając się z wnioskami płynącymi z jego rozważań, nie wahają się umieścić w panteonie wielkich myślicieli — próbę dezawuowania metod dociekań Marksa (bo jakże inaczej określić wydźwięk — chociaż zapewne niezamierzony — omawianego artykułu) poprzez scjentystyczne, pseudometodologiczne dywagacje skłonny jestem uznać za chybioną. Marks szukał klucza do zrozumienia historii, w swych rozważaniach uwzględniał zarówno obiektywne warunki działalności ludzkiej, jak i czynniki natury wolicjonalnej. Wskazując, że przezwyciężanie sprzeczności dnia wczorajszego ukształtowało stosunki międzyludzkie doby współczesnej, i że z kolei sprzeczności dnia dzisiejszego pobudzają ludzi do ich dalszej transformacji, Marks nie abstrahował od roli ludzkiej aktywności w procesach przeobrażeń, daleki był od niedoceniania roli świadomości ludzkiej, skoro stwierdzał, że i teoria staje się siłą materialną, gdy owładnie masami.

Podstawą refleksji naukowej Marksa była analiza otaczającej go rzeczywistości. Uważał on, że zdolność do logicznego myślenia nie ma charakteru natywistycznego, że ma ono źródło w doświadczeniach ludzkich pokoleń. Doświadczenie to rodzi racjonalne myślenie. Nie znaczy to, by Marks kwestionował rolę emocjonalnych czynników w rozwoju ludzkości. Przeciwnie, brał je w swych rozważaniach pod uwagę. Doceniając rolę abstrakcji w dociekaniach naukowych daleki był jednak od zabiegów idealizacyjnych. Rzeczywistość odbieraną zmysłowo, jej wielopłaszczyznową mozaikę poddawał myślowemu rozbiorowi, porządkując a następnie integrując zjawiska. W ten sposób dochodził od oglądu do kategorii odzwierciedlających istotę zjawisk, a następnie przy ich pomocy dążył do zrozumienia konkretów. Na tej właśnie drodze osiągał rekonstrukcję rzeczywistości już nie tylko oglądanej, lecz i rozumianej. Rozumianej w tym sensie, że ujawniającej obiektywne tendencje i przeciwtendencje, tendencje ujawniające obiektywne możliwości, które czyn ludzki może przekształcać w nową postulowaną rzeczywistość. Uwzględniając czynniki bio-, socjo- i psychogenne Marks szukał dróg przyspieszenia procesów przemian, pamiętając, że jeśli ludzkość wpadnie nawet na trop praw rządzących jej rozwojem, to nie może przeskoczyć etapów tego rozwoju. Jednocześnie jednak rozumiał, że człowieka cechują nie tylko tendencje adaptacyjne, ale i dążność do transformacji zaistniałych warunków. Gdzież tu więc miejsce dla takich czy innych trzech modeli dociekań?!

W orientacjach niemarksistowskich naukę pojmuje się nie jako nawarstwiającą się ciągle i weryfikowaną przez praktykę wiedzę, lecz bądź jako łańcuch kolejnych paradygmatów (T. Kuhn), czy też kolejnych „episteme” (M. Foucault), bądź jako zespół programów badawczych (I. Lakatos) czy wręcz propaguje się anarchizm metodologiczny (P. Feyerabend). Można nawet usłyszeć głosy, że nauka stała się swoistym opium dla półinteligentów (T. Roszak). Marksizm, będąc nauką o stawaniu się rzeczywistości społecznej, nigdy nie twierdził, że proces ten ma przebieg liniowy, że dokonuje się on samorzutnie, a nie poprzez działalność ludzi, chociaż podkreślał, że „ludzkość stawia sobie zawsze tylko takie zadania (jeśli nie chce popadać w utopie — S. Ż.), które może rozwiązać, bo (…) zadanie wyłania się dopiero wówczas, kiedy materialne warunki rozwiązania go już istnieją lub co najmniej znajdują się w procesie stawania się” (Marks—Engels, Dzieła, t. 13, s. 10). Co mogą mieć wspólnego z takim podejściem procedury nauk humanistycznych w rozumieniu dr. Misia?

Znamienne dla ekonomii niemarksistowskiej redukowanie rozważań „do czystej logiki decyzji nacelowanej nie na wyjaśnienie określonych fenomenów społecznych, lecz na rozwiązywanie problemów racjonalnego zachowania się” (H. Albert, Probleme der Theoriebildung, Tubingen 1964, s. 11) nie ma nic wspólnego z marksowską analizą zjawisk ekonomicznych, cóż więc usiłuje wykazać dr Miś swoimi „modelami”? Jeśli nawet M. Bunge wskazuje, że „formalna jedność teorii naukowej polega tylko na logicznych relacjach pomiędzy jej poszczególnymi częściami, tak by żadne twierdzenie nie występowało jako izolowane” (Scientific Research, t. 1, New Jork 1967, s. 301), jeśli P. S. Cohen stwierdza, że „błędem byłoby przypuszczać, że istnieje coś, co można by nazwać metodą naukową kierującą konstruowaniem teorii i określającą techniki (…)” (Modern Social Theory, London 1968, s. 242), jeśli G. C. Homans w The Nature of Social Science (New Jork 1967), powątpiewa w zasadność „pustych konstrukcji modelowych”, to po co szukać „modeli” sposobów dociekań właśnie u… Marksa! Warsztat naukowy Marksa, który coraz lepiej poznajemy z jego rękopisów i brulionów, jest ciągle jeszcze aktualny i, jak dotąd, inne metodologiczne alternatywy Marksowskiej analizy historyczno-dialektycznej nie okazały się bynajmniej zwycięskie. Jak trafnie zauważył Lenin odczytując sposób dociekań Marksa, „nie możemy wiedzieć, z jaką szybkością i z jakim powodzeniem będą się rozwijały poszczególne ruchy historyczne dawnej epoki. Ale możemy wiedzieć i wiemy (…) jakie są główne właściwości danej sytuacji historycznej” (Dzieła, t. 21, Warszawa 1951, s. 142) i „dopiero wtedy, kiedy potrafimy w sposób właściwy ocenić siły (…), dopiero wówczas potrafimy również wysnuć właściwe wnioski dotyczące (…) najbliższych zadań w szczególności” (cyt. wyd., t. 32, s. 282). Gdzież tu miejsce dla takich czy innych niespójnych „modeli” Marksowskich rozważań, o których wspomina dr Miś.

Nie wątpię, że dr. Misiowi znane są prace T. Parsonsa, R. Dahrendorfa, L. A. Cosera, B. F. Skinnera, H. Blumera czy E. Goffmana, autorów, którzy wnosząc swój wkład w techniki badawcze, zapominają z reguły, że — jak wskazywał G. Myrdal — w „badaniach faktów i związków społecznych muszą zajmować się bardziej skomplikowanymi zagadnieniami, niż tymi, które mogą być wyrażane za pomocą parametrów i zmiennych w abstrakcyjnych modelach” (Crisis and Cycles in the Development of Economics, AER-Papers and Proceedings, May 1972). Jeśli więc nie będziemy wpadać w scjentystyczny wir modnych koncepcji, to poruszany przez dr. Misia problem okaże się nie tylko problemem pozornym, ale wręcz pułapką. Dotychczas niewielu ekonomistów zdaje sobie sprawę z tego, jaka ma być w warunkach globalizacji i ekologizacji stosunków międzyludzkich nowa teoria ekonomiczna. Jest jednak rzeczą znamienną, że coraz więcej zachodnich ekonomistów zaczyna uznawać ekonomiczny dorobek Marksa, a ubywa tych, którzy radzi by doszukiwać się w tym dorobku takich czy innych mankamentów. Marksizmowi nie są potrzebne zapożyczenia z innych systemów myślowych, potrzebne jest mu natomiast twórcze rozwijanie, przy zachowaniu metodologicznych wskazań Marksa. Współczesna interferencja „starego” i „nowego” zmusza do otwarcia teorii ekonomicznej na esencję (istotę) a nie tylko na egzystencję (przejawy zewnętrzne) zjawisk społeczno-gospodarczych, a więc do odżegnania się od ekstrawertywnego scjentyzmu na rzecz pełnej rewindykacji Marksowskiej metody dociekań w zastosowaniu do nowych zjawisk. Czy w tych warunkach potrzebne jest i celowe, zarówno z punktu widzenia naukowego, jak i politycznego, wkraczanie na jałowy teren czysto scholastycznych rozważań, ile „pcheł było na ogonie szatana kuszącego ludzi”, a rozważania dr. Misia przypominają mi żywo ten właśnie typ dociekań.

Prawidłowości życia gospodarczego (i nie tylko gospodarczego) torują sobie drogę wśród przypadkowości. Aktywne poczynania ludzkie nie są i nie będą nigdy całkiem jednorodne, toteż marksizm, uznając obiektywne uwarunkowania poczynań ludzkich, nie pomija bynajmniej czynników emocjonalnych i wolicjonalnych, ale — toute proportion gardee — wtórne oddziaływanie „nadbudowy” na „bazę”. Coraz większa rola świadomości społecznej w poczynaniach ludzkich nie przekreśla determinującej — w ostatniej instancji — roli czynników obiektywnych. Rozwój myśli, która na przestrzeni wieków przeszła od wiedzy epistemicznej do unaukowionej, nie oznacza jej petryfikacji w jałowym scjentyzmie. Jeśli myśl ekonomiczna ma służyć praktyce, stać się dla niej drogowskazem działania, (w myśl twierdzenia Kanta, że nauka bez praktyki jest jałowa, ale i praktyka bez teorii jest ślepa), to teorię należy niewątpliwie rozwijać. Rozwój teorii to niewątpliwie również i krytyka minionego dorobku, nie jest jednak obojętne, co wybieramy za przedmiot krytyki. Nadto, jeśli krytyka oparta jest na błędnym odczytaniu krytykowanych tekstów, nie może ona spełnić pozytywnej roli. Dr Miś w swym artykule — chociaż nie wątpię, że zna doskonale marksowskie teksty — dość często, jak mi się wydaje, odczytuje te teksty nieprawidłowo, a czyni to chyba dlatego, że wpadł w pułapkę scjentyzmu. Omawiany artykuł daje asumpt do dyskusji, która ma swoje znaczenie. Stwarza dobrą okazję do rozważań na temat konieczności rewindykacji Marksowskich dociekań w ich autentycznej wykładni, przez którą rozumiem nie apologię, lecz naukową prawdę. Nie trzeba kanonizować Marksa, ale też nie trzeba mu wmawiać tego, czego nie popełnił, ani jako uczony, ani jako rewolucjonista. Odpowiedź na pytanie — czy Marksowska ekonomia jest nauką humanistyczną, w moim przekonaniu, winna brzmieć: JEST NAUKĄ SPOŁECZNĄ i nie przystają do niej metody w tym ujęciu, w jakim je rozumie dr Miś. Bliższy mi jest w tym względzie Ossowski, gdy pisze o osobliwościach nauk społecznych i myślę, że w tym zakresie Marks chętnie by się z nim zgodził. To, co dr Miś omawia na wstępie swego artykułu, pisząc o funkcji, przedmiocie i metodzie badań wiedzy humanistycznej i co uznaje za swoje naukowe credo, zaważyło na jego dalszych wywodach. Przypomina to jednak raczej postrzeganie daltonisty niż marksologa. Marks nie potrzebuje mojej obrony, ale twierdzenie, iż: „Być może właśnie polskim marksistom — po tylu specyficznych doświadczeniach — zdobycz ta (rozumieć należy, że zdobyczą tą jest świadomość, że nawet Marks nie był nieomylny — S. Ż.) przypadnie w udziale” (s. 88) musi bulwersować. Marks oczywiście nie był nieomylny i nie był prorokiem, nie podejmował się też za nas, współczesnych, myśleć, ale sądzę, że zasługuje on nie tyle na większy szacunek, co na większe zrozumienie, niż to wykazał autor omawianego artykułu.

Seweryn Żurawicki


O Piotr Strębski

Ur. w 1983 r., absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Z zawodu nauczyciel filozofii i etyki oraz agent obsługi naziemnej w przemyśle lotniczym; w wolnych chwilach: wydawca, archiwista, tłumacz, miłośnik i propagator wolnego oprogramowania (Linux).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.