Widmo komunizmu, widmo liberalizmu…


„Widmo krąży nad Europą, widmo komunizmu” – pisali w opublikowanym w 1848 roku Manifeście Partii Komunistycznej K. Marks i F. Engels. „Gdzie jest taka partia opozycyjna, która by nie była okrzyczana za komunistyczną przez swych przeciwników będących u władzy? – kpili. – Gdzie jest taka partia opozycyjna, która by z kolei nie odwzajemniła się piętnującym zarzutem komunizmu zarówno bardziej od siebie postępowym przedstawicielom opozycji, jak i swoim reakcyjnym przeciwnikom?”1. Zapewne nawet nie przypuszczali, że ta ich trafna diagnoza pozostanie aktualna nawet półtora wieku później. Współczesnym potwierdzeniem jej słuszności na polskim gruncie jest wzajemne oskarżanie się polityków z Prawa i Sprawiedliwości i Platformy Obywatelskiej o „bolszewizm”, czyli rosyjski komunizm. Profesor Jadwiga Staniszkis, do niedawna zwolenniczka prezesa PiS, a obecnie jego przeciwniczka, zarzuca mu manipulowanie prawem i otaczanie się ludźmi należącymi kiedyś do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – nazywa to „czystym bolszewizmem”2. Paweł Kukiz, pozujący na niezależnego i antypartyjnego polityka, przesunięcie przez PiS głosowań w sejmie na godziny nocne nazywa „bolszewickim traktowaniem ludzi”3, a forsowanie przez PiS ustawy medialnej określa jako „gorsze niż bolszewickie”4. Są to przykłady swoistego licytowania się w antykomunistycznej czujności. | Na polskim gruncie nie jest to nic nowego…

Profesor Ryszard Legutko już parę lat wcześniej w swojej książce pt. Triumf człowieka pospolitego postawił tezę o tożsamości socjalizmu (komunizmu) i liberalnej demokracji. Książka ta jest antycypacją, a zarazem wciąż służy ideologiczno-propagandowej obsłudze „dobrej zmiany”. W jego ocenie po 1989 roku liberalizm zaczął przekształcać się w swoje przeciwieństwo: „System wielopartyjny zapomniał o wartości mnogości, parlamentaryzm stał się wehikułem tyranii w rękach ideologicznie ukonstytuowanej większości, rządy prawa zaś zmieniły się w rządy arbitralności”5 [Ryszard Legutko, Triumf człowieka pospolitego, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2012, s.49. Przy każdym kolejnym cytacie podaję numer strony tegoż wydawnictwa, z której ów cytat został zaczerpnięty.] Zauważmy, że nie odróżnia on socjalizmu od komunizmu, lecz zgodnie z dyrektywami i praktyką Instytutu Pamięci Narodowej traktuje je jako tożsame. Pisząc zaś o komunizmie nie odróżnia teoretycznych założeń komunizmu, wyłożonych przez Marksa i Engelsa, od praktyki, która miała miejsce w Związku Radzieckim. Tymczasem sens terminu „komunizm”, „komuniści” jest zmienny historycznie; trudno ahistorycznie przypisywać Marksowi i Engelsowi cechy, intencje, pomysły XX-wiecznego ruchu komunistycznego, zwłaszcza KPZR czy KPCh. Bo choć te partie powoływały się na nich, to jednak często bezzasadnie. R. Legutko i dzisiejsi „antykomuniści” operują swoim stereotypem komunizmu (i jako ideologii, i jako eksperymentu ustrojowego) – zamiast rzetelnej wiedzy o tym nurcie. W ich ustach „komunizm” to epitet i wytrych propagandowy, a nie kategoria analityczna.

Podobieństwa socjalizmu i liberalizmu

R. Legutko dyplomatycznie przemilcza istotne różnice dzielące te koncepcje i ustroje, związane z własnością środków produkcji i podziałem klasowym społeczeństwa, skupiając się jednocześnie na cechach drugo- i trzeciorzędnych, bo to służy mu do udowadniania tezy o zasadniczym podobieństwie obydwu formacji. Pomija w swoich rozważaniach kwestię własności środków produkcji, która ma zasadnicze znaczenie dla rozważań ustrojowych. Podobieństwa obu ustrojów R. Legutko widzi np. w kwestiach natury formalnej, w tym, że ich zwolennicy uznawali je za „stanowiące kres historii” [s.75]; oba, jego zdaniem, były uznawane za „bezalternatywne” [s.76]; ucieleśnienie „odwiecznych dążeń ludzkości”, doszło do „utożsamienia struktur ustrojowych z ludzkimi ideałami” [s.77]; socjalizm przypisał sobie dążenie do sprawiedliwości społecznej, a liberalizm zawłaszczył na wyłączny użytek dążenie do wolności. Socjalizm dopuścił się zbrodni, które „przekraczają ludzką wyobraźnię” [s.78]. Z kolei liberałowie z uwagi na swój dogmatyzm i pragmatyzm szukali sprzymierzeńców w „absolutyzmach oświeconych” i wdali się w długi flirt z socjalizmem. Za pomocą władzy państwowej ingerowali w „obyczaje społeczne”. Wykazali się również słabością wobec „terroryzmu” i „dyktatur lewicowych” [s.81].

Co do problemu, jakoby komunizm był traktowany przez jego zwolenników jako „kres historii”, to R. Legutko pokazuje tu swoją całkowitą ignorancję. Na gruncie katolicyzmu Joachim z Fiore dzielił rozwój historii na trzy etapy i twierdził, że nadejdzie trzeci – Okres Ducha. Miał on być okresem wolności, a ludzie mieli się kierować wyłącznie potrzebami ducha. Zniknąć miał obecny Kościół, a pojawić się Kościół duchowy, złożony ze świętych, żyjących w odrodzonych klasztorach. W Kościele tym miejsce biskupów mieli zająć duchowni z nowego zakonu. Zapanować miała wolność, doskonałość i kres wojen. W okresie tym ludziom miała zostać udostępniona Ewangelia Wieczna, pochodząca z trzeciego nieba i która, w przeciwieństwie do obecnie używanej pisanej, miała nie mieścić się w żadnej księdze i miała mieć charakter duchowy, gdyż Duch Święty wpisuje ją w dusze wierzących, a najwyraźniej w duszach praktykujących ubóstwo mnichów.

Ale teza o „kresie historii” w żaden sposób nie może być przypisywana do Marksa i Engelsa. Już na początku swojej drogi teoretycznej i politycznej poddali oni krytyce poglądy Hegla, który twierdził, że monarchia pruska stanowi kres rozwoju historii. Gdyby Marks i Engels powstanie komunizmu potraktowali jako „kres historii”, to zaprzeczyliby stosowanej przez siebie w analizach metodzie dialektycznej. Również współcześni zwolennicy socjalizmu zwalczali pogląd Francisa Fukuyamy, dopóki przy nim obstawał, jakoby po klęsce „realnego socjalizmu” i zwycięstwie neoliberalizmu, nastąpił „koniec historii”. Fukuyamie wydawało się, że po upadku Muru Berlińskiego zatriumfowała liberalna demokracja i w sensie politycznego rozwoju dobiegła kresu. Obecnie jest mniej optymistyczny i uważa, że siły antydemokratyczne są w natarciu, a na zapowiadany „koniec” przyjdzie jeszcze poczekać…

Legutko stawia tezę, że socjalizm (komunizm) i liberalizm okazały się „utopiami” [s.82]. Przy czym utopii nie przypisuje on cechy nierealności, niepraktyczności, idealizmu czy nieuwzględniania doświadczeń ludzkości. Definiuje ją natomiast na sposób skrajnie konserwatywny: „Utopia nie jest […] politycznym fantazjowaniem, lecz śmiałym zamierzeniem, śmielszym od innych, ponieważ stawia sobie za cel rozwiązanie wszystkich podstawowych problemów. Utopia jest […] rozwiązaniem ostatecznym” [s.82]. O utopijność w ten sposób może więc być oskarżony każdy ruch polityczny, który wysunie żądanie chociaż trochę radykalniejsze od innych. Ostateczne uniknięcie zarzutu utopijności możliwe jest tylko wówczas, gdy nie będzie się chciało wprowadzać żadnych zmian czy reform – coś na kształt perpetuum mobile konserwatyzmu. Gdyby zachować ścisłą wierność tradycji, na którą często powołuje się profesor Legutko i odrzucić te utopie, to robotnicy pracowaliby po szesnaście godzin dziennie, ludzie baliby się inkwizycji i wierzyliby w płaskość Ziemi, obowiązywałby zakaz zrzeszania się w związki zawodowe, a podczas wyborów stosowanoby cenzus majątkowy i cenzus wykształcenia. Natomiast Marks i Engels zajmowali zupełnie przeciwstawną do Legutki postawę. W zakończeniu Manifestu Partii Komunistycznej przy omawianiu problemów strategii i taktyki pisali, że „komuniści popierają wszędzie każdy ruch rewolucyjny przeciw istniejącym stosunkom społecznym i politycznym. We wszystkich tych ruchach wysuwają oni jako podstawowe zagadnienie ruchu zagadnienie własności, bez względu na to, czy przybrało ono bardziej lub mniej dojrzałą postać”6.

W krytyce liberalizmu profesor Legutko miesza argumenty słuszne z niesłusznymi. Jego zdaniem utopijny jest zarówno liberalizm ekonomiczny ze swym hasłem „wolnego rynku”, jak i liberalizm polityczny, że swą wiarą w wolność i liberalną demokrację. Mając krytyczny stosunek do liberalizmu politycznego, przypomina, że na utopijność demokracji zwracali uwagę już Platon i Arystoteles. „Demokracja nie miała tak oczywistych związków z myśleniem utopijnym jak liberalizm” [s.87]. Już w starożytności, a tak jest i obecnie, „był to ustrój bałaganiarski, mieszający prawa, samoniszczący i niszczący co wybitniejszych przywódców i obywateli” [s.88].

Ryszard Legutko odrzuca tezę, że lekarstwem na niedostatki socjalizmu byłoby wprowadzenie go w większym zakresie, i tezę, że lekarstwem na niedoskonałości demokracji jest zwiększenie zakresu jej oddziaływania. W związku z tym zadaje pytania, jak mu się wydaje, retoryczne: „Dlaczego, skoro zgadzamy się, że demokracja ma wady, miałyby się one zmniejszyć przez więcej demokracji? W jaki sposób więcej demokracji ograniczy na przykład demokratyczną wulgarność albo promowanie przeciętności, albo osłabienie obyczaju, albo rozrost legislacji, albo upartyjnienie sfery publicznej? Jeśli wzrost znaczenia mas doprowadził do wulgaryzacji kultury, to dlaczego jeszcze większy wzrost znaczenia tej samej grupy miałby prowadzić do uszlachetnienia kultury? Jeśli demokracja wprowadza kolejne grupy w sferę polityczną i daje im wpływ na legislację, co prowadzi do legislacyjnego nadmiaru, to dlaczego zwiększenie liczby tych grup i zwiększenie ich wpływu miałoby zrodzić legislacyjną wstrzemięźliwość?” [s.95]. Zwróćmy uwagę, że demokracja kojarzy się R. Legutce wyłącznie z „demokratyczną wulgarnością”, „legislacyjnym nadmiarem”, „panowaniem przeciętności”, a wzrost znaczenia mas jego zdaniem „doprowadził do wulgaryzacji kultury”. W ten sposób prof. Legutko otwarcie napisał, co myśli o tych, o głosy których tak usilnie zabiegał, starając się o wygodny fotel w Parlamencie Europejskim. Trudno o jaśniejsze wyrażenie ahistorycznej krytyki demokracji w ogóle i pogardy dla suwerena…

Podobnie jest, zdaniem profesora, z leczeniem wypaczeń socjalizmu poprzez jego rozwój.

Zauważmy, że obydwa te twierdzenia nie niosą żadnego racjonalnego przekazu treściowego, są raczej wyrazem deklaracji politycznej stronniczości, proroczej wiary w słuszność swoich poglądów i uprawiania płytkiej propagandy.

Według R. Legutki socjalizm i liberalną demokrację łączy silna „skłonność do ideologii” [s. 189], co oddala ich od kontaktu z rzeczywistością. „Ideologia, która miała wskazywać na realne źródła idei – interesy, funkcję w strukturze władzy, społeczne uformowanie, biologiczne warunki – stała się siłą niezależną, mającą władzę nad umysłami ludzkimi przez stworzenie klimatu światopoglądowego przymusu, ubezwłasnowolniającą umysły ludzi, skłaniającą ich do robienia i mówienia rzeczy sprzecznych z tym, co im ta sama ideologia pierwotnie przypisywała. Mężczyźni są feministami, heteroseksualiści zwolennikami homoseksualizmu, Europejczycy krytykami europocentryzmu, filozofowie wrogami logosu, moniści propagatorami pluralizmu i multikulturalizmu” [s.202]. Socjaliści i liberałowie rozbijają tradycyjne wspólnoty społeczne – naród i rodzinę. Podporządkowują swoim celom system prawny.

Dziwnie brzmią te słowa w ustach przedstawiciela siły rządzącej, która po dojściu do władzy w 2015 roku dała aż nadto przykładów, jak dla umocnienia swego panowania tworzyć prawo, oparte na swoich wartościach i ideologii, nawet nocą…

Trudno oprzeć się wrażeniu, że głównym celem, do którego mierzy R. Legutko nie są abstrakcyjne konstrukcje intelektualne, ale jak najbardziej konkretna Unia Europejska, którą uznaje za źródło wszelkiego zła. Unia Europejska – konstatuje – uznała się za zwieńczenie liberalnej demokracji. Przez to „stała się ponadnarodowym strażnikiem wszystkich schorzeń liberalnej demokracji, sama będąc tych schorzeń najbardziej wymowną ilustracją. Doprowadziła swoje instytucje, struktury, działania oraz umysły ludzkie do takiego poziomu zdegradowania, że wszelkie przyszłe ruchy sanacyjne – przywracające wolność, rozsądek i mnogość – będą musiały odbywać się w mniejszym lub większym z nią konflikcie, a sama Unia coraz bardziej skazuje się w takim konflikcie na rolę ancien regime’u” [s. 122]. Przy tak krytycznej ocenie Unii Europejskiej, można przypuszczać, że Legutko wkrótce, niczym Konrad Wallenrod, przystąpi do akcji naprawczej lub rozbijania od środka tego siedliska zła…

R. Legutko stawia zarzut, że silne poczucie wroga będące wynikiem dualistycznego postrzegania świata sprawiło, że socjalizm i liberalna demokracja doprowadziły do „niebywale wysokiego poziomu spolityzowania świata, choć jednocześnie obiecywały zlikwidowanie polityki” [s.125], Europa Zachodnia „od pewnego czasu ma wyraźne skłonności lewicowe, w ideach lewicy, choćby mgliście ujętych, dopatruje się podstawowych treści swojej tożsamości, a w ich realizacji dostrzega plan swego spełnienia” [s. 142]. Sam zaś z wyraźnie lewicową „skłonnością” pisał, że kluczowe funkcje w Unii Europejskiej pełnią ludzie, którzy nie są wybierani w wyborach powszechnych i nie ma możliwości ich odwoływania. Przy tak krytycznych poglądach obecnie nie wywołuje u niego żadnego sprzeciwu obsadzanie przez PiS swoimi ludźmi kierowniczych stanowisk w Polsce, w spółkach skarbu państwa, korporacjach, którzy również nie są wyłaniani w wyniku wyborów powszechnych, a zyskują ogromną władzę i dochody.

Legutko pisząc o problemach międzynarodowych, abstrahuje od zimnej wojny, rywalizacji pomiędzy socjalizmem i kapitalizmem w skali światowej, rozwoju zbrojeń i groźby zagłady ludzkości. Zdaniem Legutki „zachodnie kraje, w których panował ustrój liberalno-demokratyczny, wcale nie walczyły z imperium sowieckim i nawet nie miały takich zamiarów. Układały sobie ze Związkiem Radzieckim wcale dobre relacje, uznając to państwo za kluczowego gracza i element równowagi politycznej na kontynencie, do ruchów antyrządowych w krajach komunistycznych zaś odnosiły się raczej z nieufnością, czasami nawet z niechęcią. […] Gdyby sobie wyobrazić nieobecność Stanów Zjednoczonych na mapie politycznej świata i ograniczyć relacje ZSRR-Zachód tylko do Europy, to komunizm zapewne istniałby nadal, a państwo polskie nazywałoby się nadal Polską Rzeczpospolitą Ludową. Z punktu widzenia Europy poza krótkim okresem powojennym nie było żadnej zimnej wojny, którą można było wygrać lub przegrać” [s.219-220], Wiodącą rolę w walce z socjalizmem i komunizmem odgrywały więc Stany Zjednoczone i Kościół katolicki.

Zdaniem Legutki, co dla wielu może okazać się szokujące i niezgodne z ich rozumieniem prawdy, po upadku realnego socjalizmu dawni jego funkcjonariusze zdobyli natychmiast sympatię zachodniej opinii publicznej, żaden rząd byłych komunistów nigdy nie został potępiony przez Unię Europejską, natomiast jej wściekłość wywołały nacjonalistyczne polskie rządy Prawa i Sprawiedliwości oraz węgierskiego Fideszu. W 2012 roku Legutko pisał: „Do tej pory komuniści są pod ochroną Unii Europejskiej, głównego nurtu, a także najbardziej wpływowych grup opiniotwórczych” [s.222]. Zdaniem Legutki decydującą rolę w walce z socjalizmem i komunizmem, i jego obaleniu nie odegrały ruchy związane z liberalną demokracją, lecz te, w których decydowały „patriotyzm, pragnienie prawdy i sprawiedliwości, przywiązanie do narodowych imponderabiliów gwałconych przez komunistów, religia. Ludzie się buntowali, bo reżim odbierał im to, co było im najdroższe, a tym czymś były rzeczy znacznie bardziej związane z tradycjami narodowymi i religijnymi niż z prawem do demokratyzacji szkoły, ustawodawstwem umożliwiającym tropienie języka nienawiści czy możliwością dokonania przez nastolatkę aborcji bez wiedzy rodziców” [s.223]. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jedyną siłą polityczną spełniającą te kryteria jest w oczach R. Legutki partia Prawo i Sprawiedliwość pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego. Legutko zapomina, że „pragnący prawdy i sprawiedliwości patrioci”, zaczęli zyskiwać szersze wpływy społeczne dzięki mnożącym się błędom neoliberałów i tzw. postkomunistycznej lewicy (która, jak się okazało, też jest wyznającą neoliberalizm), w procesie kapitalistycznej transformacji.

Dopiero w tym momencie można doszukiwać się podobieństw pomiędzy neoliberałami a tzw. postkomunistami spod znaku SLD [Sojusz Lewicy Demokratycznej], Ale to jest zupełnie inna epoka historyczna, niż ta, o której pisał Legutko…

Różnice pomiędzy socjalizmem (komunizmem) a liberalizmem

Teza o tożsamości socjalizmu (komunizmu) i liberalizmu nie jest prawdziwa i nie jest tak prosta i oczywista, jak to sugeruje profesor Legutko. Między liberałami, a komunistami istnieje zbieżność interesów u początków kształtowania się liberalizmu, kiedy głównym zadaniem jest obalenie feudalizmu, przeciwstawienie się ingerencji państwa feudalnego w gospodarkę, walka z przywilejami szlachty i z ograniczeniami cechowymi dla rozwoju produkcji. Dlatego proletariusze i komuniści popierają proponowane przez liberałów reformy i głoszone wówczas przez nich hasło wolności handlu i równości.

Marks i Engels przewidywali, że po zdobyciu władzy przez drobną liberalną burżuazję partia proletariacka nie będzie mogła początkowo zaproponować czysto komunistycznych posunięć i środków, gdyż nie będą jeszcze ku temu dojrzałe warunki obiektywne i subiektywne. Mając na względzie czasową wspólnotę celów i interesów – przewidywali – będzie musiała ona jednak zachowywać odrębność i własną ideologiczną tożsamość. W tym celu musi ona brać za punkt wyjścia stopień zaawansowania rewolucji burżuazyjnej, to z jakimi żądaniami programowymi i hasłami taktycznymi wychodzi liberalna burżuazja, to, jaki istnieje układ sił pomiędzy proletariatem a drobną burżuazją. Proletariat musi dążyć do rozwoju rewolucji burżuazyjnej i przekształcania jej w rewolucję komunistyczną, powinien zmuszać drobną i liberalną burżuazję, m.in. do konsekwentnego wyeliminowania feudalnych stosunków społecznych, do przekształcenia skonfiskowanej własności feudalnej we własność państwową i utworzenia w jej ramach zrzeszeń robotniczych, pozwalających na szerokie wykorzystanie nowoczesnych metod i środków gospodarowania; do utworzenia jednej niepodzielnej republiki. Reformy proponowane przez drobną burżuazję muszą służyć proletariatowi za punkt wyjścia do likwidacji prywatnej własności środków produkcji. Wyjaśniając praktycznie ten problem pisali: „Powinni doprowadzić do ostatecznych konsekwencji propozycje demokratów – którzy, rzecz oczywista, będą występowali nie rewolucyjnie, ale reformatorsko – i przeobrażać je w bezpośrednie ataki na własność prywatną. Tak na przykład, jeżeli drobnomieszczanie wnoszą o wykupienie kolei żelaznych i fabryk, to robotnicy powinni żądać, aby te koleje żelazne i fabryki, jako własność reakcjonistów, były po prostu skonfiskowane przez państwo bez odszkodowania. Jeżeli demokraci proponują podatek proporcjonalny, to robotnicy żądają progresywnego; jeżeli demokraci sami proponują umiarkowanie progresywny podatek, robotnicy powinni domagać się takiego podatku, którego progresja musiałaby zabić wielki kapitał; jeżeli demokraci żądają uregulowania długów państwowych, robotnicy powinni zażądać bankructwa państwa. A zatem swoje żądania robotnicy będą musieli formułować zawsze w zależności od ustępstw i posunięć demokratów”7.

Marks i Engels zdawali sobie sprawę, że po obaleniu feudalizmu wspólnie z liberałami, w wyniku spodziewanej nowej fali rewolucji może robotnikom pod przywództwem komunistów nie udać się zdobyć władzy politycznej. Dlatego, aby podkreślić przeciwstawność interesów liberałów i komunistów w nowej sytuacji, Apel Komitetu Centralnego do Związku Komunistów z marca 1850 roku kończyli słowami: „Ale najwięcej dla swego ostatecznego zwycięstwa zrobią oni sami, gdy uświadomią sobie swoje interesy klasowe, zajmą możliwie najrychlej samodzielne stanowisko partyjne i nie pozwolą, aby demokratyczni drobnomieszczanie swoimi obłudnymi frazesami sprowadzili ich choćby na chwilę z drogi samodzielnej organizacji partii proletariatu. Ich hasłem bojowym musi być: Rewolucja w permanencji”8. Widzimy więc, że Marks i Engels już u zarania działalności politycznej zdawali sobie sprawę z przeciwstawności interesów komunistów i liberałów, co było szczególnie widoczne w krajach niemieckich, gdzie utrzymywały się wyjątkowo duże wpływy feudalnych stosunków społecznych.

Komunizm nie jest możliwy bez zaadoptowania ekonomicznych i technicznych zdobyczy kapitalizmu, a władza proletariatu nie może urzeczywistnić się bez obalenia monarchii i wprowadzenia postulowanej przez liberałów republiki. Obie klasy jednak różnie to rozumiały. Przeciwieństwo liberałów i komunistów możemy ukazać na przykładzie jednego z podstawowych haseł liberałów – równości, wolności i sprawiedliwości.

Engels pisał, że od samego początku kształtowania się burżuazyjnych stosunków społecznych, obok burżuazyjnych postulatów równości rozumianej jako zniesienie przywilejów klasowych pojawiły się proletariackie – jako zniesienie samych klas społecznych oraz poszerzenie jej z równości politycznej na dziedzinę społeczną i ekonomiczną. „Postulat równości ma […] w ustach proletariatu dwojakie znaczenie. Albo stanowi on, jak to jest w samych początkach […] prymitywną reakcję przeciw rażącym nierównościom społecznym, przeciw kontrastowi bogatych i biednych, panów i niewolników, obżartuchów i głodujących; jako taki jest on po prostu wyrazem instynktu rewolucyjnego i w tym, ale też tylko w tym, leży jego uzasadnienie. Albo też postulat ten powstał w reakcji przeciw burżuazyjnemu postulatowi równości; wyprowadza on z niego mniej lub bardziej słuszne dalej idące żądania, służy jako środek agitacyjny przeciw kapitalistom za pomocą twierdzeń samych kapitalistów; w tym wypadku istnieje on i upada razem z równością burżuazyjną. W obu wypadkach rzeczywistą treść proletariackiego postulatu równości stanowi żądanie zniesienia klas. Wszelki postulat równości wychodzący poza to prowadzi nieuchronnie do absurdu”9. Między proletariackim, a tak istotnym dla liberalno-burżuazyjnego rozumienia postulatu równości, istnieje więc jakościowa różnica, o której Legutko woli chyba udawać, że nic nie wie, bo nie pasuje to do jego schematycznego przedstawiania swego wroga. Łączy je tylko to, że oba są wytworem rozwoju historycznego i pojawiają się w okresie oświecenia, ale nie są wieczne. Rozpatrując na płaszczyźnie ideologicznej historyczne losy postulatu równości, Engels w notatkach przygotowawczych do Anty-Duhringa pisał: „W ustroju komunistycznym, w warunkach zwiększonej ilości środków utrzymania, rozwój społeczny doprowadzi ludzi w ciągu kilku pokoleń do tego, że tak kategoryczne żądanie równości i prawa wyda się równie śmieszne jak dziś żądanie uznania przywilejów szlacheckich i innych wynikających z urodzenia, że przeciwieństwo w stosunku do dawnej nierówności i dawnego prawa pozytywnego, ba, nawet w stosunku do nowego prawa okresu przejściowego, zniknie z praktycznego życia, tak że każdego, kto by obstawał pedantycznie, aby wydano mu równy i sprawiedliwy udział w produktach, wyszydzą przez wręczenie podwójnej porcji. […] Fakt, że postulat taki doskonale nadaje się dziś do agitacji, nie czyni go jeszcze absolutnie wieczną prawdą”10.

Dla Legutki tolerancja jest ideologicznym wrogiem

Wydawałoby się, że po okresie prześladowań i wojen religijnych tolerancja zadomowiła się w świadomości społecznej na trwale. Niestety pochwała tolerancji jako organicznej części demokracji nie znalazła uznania w fundamentalistycznych poglądach Ryszarda Legutki. Pisał on: „Tolerancja jako najwyższa zasada musi ogłupiać, ponieważ jej przyjęcie osłabia refleksję nad ludzkim zachowaniem i nie pozwala go różnicować” [s. 275]. Kontynuując swoją „refleksję” i sprowadzając problem do absurdu pisał dalej, że tolerancja rozciąga się „na coraz to nowe obszary i coraz to nowe zachowania. […] Cała moc tego pojęcia polega na tym, że nie ma ono żadnych granic i można je dowolnie przesuwać, jeśli tylko umiejętnie wpisać się w liberalno-demokratyczną logikę” [s. 276-277]. Dla niego tolerancja to ideologiczna formuła: „Posługiwanie się orężem tolerancji i straszakiem nietolerancji skutecznie rozbija wszystkie reguły, które mogą powstrzymać utrwalanie się ideologii liberalno-demokratycznej” [s. 277]. Nie jest to pierwsze wystąpienie Legutki przeciwko tolerancji. Krytyce tolerancji poświęcił w całości wydaną w 1993 roku książkę, stanowiącą manifest jego obskurantyzmu, przybieranego w togę przekornego sceptycyzmu i racjonalnego konserwatyzmu11.

Globalizacja, wbrew zapowiedziom, nie przyniosła jednej „globalnej wioski”, ale zaowocowała wzrostem podziałów ekonomicznych w skali międzynarodowej i narodowej. Dokonywała się w drodze łamania lokalnej produkcji, lokalnych rynków, lokalnych wartości i tradycji, apelowania o daleko idącą tolerancję dla „nowego”. Ale obrona gospodarek narodowych przeciwko międzynarodowym przepływom kapitałów i siły roboczej przybiera często postać obrony lokalnej produkcji, konserwatywnych tradycji i wartości narodowych. Legutko i jego polityczni mocodawcy zdają się sytuować w gronie przeciwników globalizacji, choć nie wiadomo czy do końca szczerze i świadomie. W niespokojnych czasach wielu ludzi czuje się zagubionych i poszukuje ludzi mających jasne myśli i proste rozwiązania złożonych problemów. Jacek Breczko w swojej „łagodnej” krytyce poglądów Ryszarda Legutki, na którą ten nie uznał za stosowne odpowiedzieć, pisał: „Konserwatyści – tacy jak Legutko – lekarstwo upatrują w powrocie metafizyki, dogmatów, hierarchii, »myśli twardej«, krótko mówiąc, tradycyjnej wiary chrześcijańskiej, która przez wieki sprzyjała wzrostowi cnoty, poczucia odpowiedzialności za świat i ludzi”. J. Breczko wyraża przy tym „podejrzenie”, że Legutko jest „skrytym radykałem, dogmatykiem-kapłanem o mentalności mrocznej i gniewnej, skrytym inkwizytorem i konkwistadorem. W jego tekście [chodzi o książkę Nie lubię tolerancji – E.K.] daje się odczuć nie tylko niechęć do przerostów tolerancji (w znacznej mierze uzasadniona), ale też niechęć do tolerancji negatywnej. Krótko mówiąc, podejrzewam, że gdyby Legutko miał władzę i potęgę, to byłby skłonny nawrócić ludzkość na starą prawdę, jedyną i niepodzielną, jego prawdę”. Ironizując zaś dodawał, że gdyby skrajny konserwatyzm mógł urzeczywistnić swoje marzenia, to mógłby zawołać: „Studenci do nauki (łaciny), pisarze do pióra (gęsiego), filozofowie do Platona i Arystotelesa, kobiety do kuchni, kościoła i dzieci”. „Takie dążenie i marzenie nie tylko pachnie stosami, ale jest też zagrożeniem dla owego czułego cywilizacyjnego termostatu, który wydaje się esencją europejskości”12.

Nic więc dziwnego, że Legutko uznał, iż dotychczasowa edukacja nastawiona na wychowanie uczniów w duchu tolerancji, „utrwala barbarzyństwo”. Krytykuje on nawet Powszechną Deklarację Praw Człowieka za to, że zawiera „ten absurdalny model edukacji, drastycznie zawężający horyzont myślowy człowieka” [s.288]. Można u niego wyczytać, że to za pomocą „chamstwa” walczy się z wyzyskiem i o tolerancję. „Kiedyś chamstwo było bronią do walki z wyzyskiem i niesprawiedliwością klasową; dzisiaj jest ono narzędziem do walki z dyskryminacją i o tolerancję” [s.289]. Chamstwem jest więc zwalczanie wyzysku i niesprawiedliwości oraz walka o tolerancję – trzeba przyznać, że jest to dziwny argument, jak na członka partii która w swej nazwie ma i Sprawiedliwość”.

Zarzuty wobec socjalistów i liberałów w 2012 a dzisiejsza rzeczywistość

W 2012 roku Ryszard Legutko pisał o socjalistach i liberałach w następujący sposób: „Jednych i drugich wyróżnia arogancja w stosunku do wszystkiego, co nie ma ideologicznego usankcjonowania, a co z rewolucyjnym upojeniem starają się usunąć z przestrzeni publicznej i prywatnej. Jedni i drudzy są sterylnie monoideologiczni, przeraźliwie nudni, zafiksowani na jednej rzeczy, którą podnoszą nieustannie we wszystkich kontekstach i z którą wszystko im się kojarzy. Jedni i drudzy tak dalece pragną lepszego świata, że dla jego wprowadzenia chcą kontrolować całe życie ludzkie, nawet to osobiste, rodzinne czy intymne. Jedni i drudzy mogą się też poszczycić politycznymi sukcesami, jako że udało się im przejąć władzę ideologiczną nad instytucjami, prawem, a nawet nad czymś tak nieuchwytnym jak polityczna atmosfera. To oni […] stali się tymi, którzy będąc z jednej strony przedmiotem drwin i pogardy, wzbudzają jednocześnie uczucie strachu, a w każdym razie mocne przekonanie, że pozostawanie z nimi w konflikcie jest niebezpieczne. Jedni i drudzy też – co może się wydawać zagadkowe – zdobyli największą władzę w środowiskach intelektualnych i artystycznych, choć wydawałoby się, że właśnie tam – z powodu odstręczającego prymitywizmu i intelektualnej nieporadności – powinni być przedmiotem największej pogardy” [s.218].

Z książki Legutki możemy dowiedzieć się o jego krytycznych poglądach na artystów. Jego zdaniem byli oni apologetyczni zarówno wobec socjalizmu, jak i liberalnej demokracji. „W jednym i drugim ustroju środowiska te chętnie gromadzą się w stada, surowo tępią niepokornych, entuzjazmują się idiotyzmami i są odrażająco potulni wobec tego, co uznają za imperatywy epoki i nakazy ustroju. Tchórzostwo i konformizm nazywają szlachetnością, schlebianie głupocie zaś uznają za wsłuchiwanie się w ducha czasu” [s.294].

Profesor Legutko w całej swej książce abstrahuje od społecznej istoty zjawisk i teorii, od interesów poszczególnych grup i środowisk, a koncentruje się jedynie na sferze zjawiskowej i formie. W związku z tym nie dostrzega on, że różne treści społeczne mogą mieć tę samą formę realizacji. Jego krytyczne słowa wobec „socjalizmu” i „liberalnej demokracji” mogą odnosić się również, a może jeszcze bardziej, do polityki PiS-u po dojściu do władzy w 2015 roku i mogą posłużyć do jej krytyki. Jak bowiem rozumieć czystki kadrowe wśród dziennikarzy mediów publicznych, czy zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego tworzenia „nowej elity”? Do tej nowej „elity” włącza się niekiedy osoby zatrudnione w niszowych wydawnictwach, naukowców bez publikacji, a funkcję doradcy ministra obrony narodowej powierza się studentowi. Informacje o tych „autorytetach” w Wiadomościach TV umieszcza się na tak krótko, że przeciętny widz nie może zdążyć przeczytać kim i skąd są. Publiczna dyskusja nad osobą Bartłomieja Misiewicza pokazała, że PiS niejednokrotnie stanowiska kierownicze powierza ludziom bez wymaganego wykształcenia i doświadczenia. Jednym z pierwszych kroków PiS po dojściu do władzy było opanowanie stanowisk kierowniczych w wojsku, policji i służbach specjalnych w celu łatwiejszego kontrolowania opozycji politycznej i dla chęci utrzymania władzy przez PiS nawet jeśli przegra następne wybory parlamentarne. Sparaliżowano działalność Trybunału Konstytucyjnego i zaczęto dążyć do „złamania monopolu” „kasty sędziowskiej”. Zakazując publikacji wybranych orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego PiS przejął „władzę nad prawem” i złamał zasadę trójpodziału władzy typową dla liberalnej demokracji. Terroryzuje środowisko prawnicze, powszechnie oskarża sędziów o łamanie prawa, wymuszając akceptację łamania prawa przez PiS.

W szeregi tworzonych z dużym zaangażowaniem Antoniego Macierewicza niewinnie nazywanych Wojsk Obrony Terytorialnej, Ministerstwo Obrony Narodowej zaprasza członków radykalnych prawicowych organizacji paramilitarnych. Wojska te planuje się wyposażyć w „najnowocześniejszą” broń. Oficerowie ich mają stworzone ścieżki przyśpieszonego awansu. Wszystko to rodzi obawy, że Wojska Obrony Terytorialnej nie będą „neutralne politycznie”, a ci szybko promowani oficerowie jako część „nowej elity” zaczną zastępować oficerów w obecnej armii zawodowej.

PiS dąży do „kontroli całego życia prywatnego” i cyklicznie próbuje całkowicie zakazać aborcji. Używając słów profesora Legutki, PiS jest „monoideologiczny”, nie można go uznać za zwolennika pluralizmu ideologicznego i tolerancji. Likwidując gimnazja zastrasza całe środowisko nauczycielskie i przejmuje kontrolę nad programami szkolnymi. W krytyce opozycji politycy PiS-u są „nudni i monotematyczni” (500+), można podejrzewać, że rozdmuchiwanie „afery reprywatyzacyjnej w Warszawie” ma za zadanie również przysłonienie afery prywatyzacyjnej z udziałem wspierającego politykę PiS Kościoła katolickiego. Podsycając „atmosferę strachu”, pod pretekstem, że złamano tajemnicę państwową, a właściwie z obawy czy nie zawierały kompromitujących materiałów o Jarosławie Kaczyńskim i Antonim Macierewiczu, zarekwirowano prywatne archiwa Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego. A lansowanie tezy o zamachu na samolot z polską delegacją w Smoleńsku jest wyrazem „odstręczającego prymitywizmu i intelektualnej nieporadności”.

Niedostrzegane podobieństwo PiS i PO

Podobieństwo polityki socjalistów i liberalnych demokratów rzeczywiście występuje, ale nie tylko w formie, lecz i w treści społecznej. To co R. Legutko zamiennie nazywa socjalizmem lub komunizmem w rzeczywistości miało więcej wspólnego z kapitalizmem państwowym niż z teoretycznymi założeniami socjalizmu i komunizmu sformułowanymi przez Marksa i Engelsa. Politykę w okresie PRL-u określała nie tyle ideologia komunistyczna (czyli interesy klasy robotniczej), co raczej (zwłaszcza w ostatnich dekadach jego istnienia) interesy uprzywilejowanej warstwy zarządzającej. Tego jednak R. Legutko nie rozumie – to tak, jakby w teatrze nie odróżniał maski od twarzy aktora, albo udaje, że nie widzi problemu, a wtedy trzeba przyjąć, że radykalna retoryka w jego wydaniu jedynie mistyfikuje rzeczywistość, nazywając państwowy kapitalizm socjalizmem i komunizmem. Jeśli zaś poddamy analizie stosunki społeczno-ekonomiczne i realizowaną politykę w procesie kapitalistycznej transformacji po roku 1989, to okazuje się, że między politykami Prawa i Sprawiedliwości a liberałami z Platformy Obywatelskiej jest pełna zgodność ustrojowa, natomiast między liberałami a rzeczywistymi komunistami jest ustrojowa przepaść.

Przy okazji kampanii wyborczej, wskazując na podobieństwa i tożsamości obu partii, Jerzy Kochan pisał13, że PiS jak i PO są klerykalne i antyaborcyjne, są za obecnością religii w szkołach i za finansowym wspieraniem Kościoła katolickiego z budżetu państwa, za klerykalizacją przestrzeni publicznej, uroczystości państwowych, wojska, policji, szkół, przedszkoli i żłobków… a także życia kulturalnego i naukowego. Jego zdaniem obie partie w swych politycznych działaniach utrzymują degradujące cywilizacyjnie Polskę nakłady finansowe na naukę, kulturę i służbę zdrowia. Poprzez swoją politykę komercjalizacji i prywatyzacji w dziedzinie ochrony zdrowia niszczą stan pielęgniarski i stworzony w Polsce Ludowej bezpłatny system opieki zdrowotnej. W jego ocenie celem obu partii jest militaryzacja Polski. Dla przeforsowania swych wizji obie partie rozpętują rusofobiczne histerie, prowadzą na wschodzie awanturniczą „politykę jagiellońską”, wplątują nasz kraj w konflikty i wywołują napięcia międzynarodowe. Pod hasłem „dywersyfikacji” źródeł zaopatrzenia w surowce energetyczne, przygotowują Polskę do ewentualnej wojny z Rosją. Wspierają tajne operacje „Gromu” i innych jednostek specjalnych, które są przeprowadzane poza jakąkolwiek kontrolą i wiedzą opinii publicznej. Wymuszają przezbrajanie polskiej armii i przystosowanie jej do militarystycznej i imperialistycznej polityki USA. Prowadzą zgodną politykę wobec związków zawodowych, traktują związki zawodowe jako listek figowy dla swoich antypracowniczych działań.

Jerzy Kochan pisał również, że ewidentnym potwierdzeniem pełnej zgodności programowej i politycznej PiS i PO są przepływy kadrowe między obiema partiami. Radosław Sikorski był ministrem kluczowych resortów w rządzie PiS i PO (równie dobrze nadawał się na ministra obrony narodowej, jak i spraw zagranicznych, chociaż nie miał żadnych kwalifikacji ani doświadczeń do ich zajmowania). Michał Kamiński był rzecznikiem prasowym prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a później został sekretarzem stanu w rządzie Ewy Kopacz. Joanna Kluzik-Rostkowska była ministrem w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, a później ministrem w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Jarosław Gowin, najpierw szefował całej frakcji w PO i konkurował do prezesowania w PO z Donaldem Tuskiem oraz był ministrem sprawiedliwości w rządzie Platformy Obywatelskiej, a później został ministrem nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie Beaty Szydło, kiedy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory. Przykłady można mnożyć…

PO i PiS więcej łączy niż dzieli, a to, co ich łączy, jest bardziej istotne – obie partie instrumentalnie posługują się elementami populizmu – przy faktycznej pogardzie dla mas. Związki zawodowe są dla nich nie tylko listkiem figowym, co bardziej widoczne w polityce PiS-u, ale wręcz zawalidrogą, co z kolei widać wyraźnie w polityce PO.

Przy całym zakłamaniu, selektywnym stosunku do formalnej demokracji, równości, wolności itd., antydemokratycznym obliczu (maskowanym rytualną adoracją demokracji) Platforma jednak nie jest gotowa – jak PiS – do dyktatorskiej formy rządów, a jej obrona instytucji demokracji liberalnej (Trybunału Konstytucyjnego, „wolnych” mediów itd.) w tym sensie jest nawet szczera. Dlatego PO zasługuje na polityczne wsparcie w obronie demokracji liberalnej – ale trzeba pamiętać o tym, aby i od niej egzekwować jej reguły naciskiem partii lewicowych, związków zawodowych, stowarzyszeń, lewicowych mediów.

Natomiast Ryszard Legutko zajmuje się w swej książce formalnymi i powierzchownymi podobieństwami między socjalizmem a liberalną demokracją. Nie dostrzega natomiast żadnego podobieństwa pomiędzy Platformą Obywatelską i Prawem i Sprawiedliwością, nie stawia nigdzie nawet takiej roboczej hipotezy, a ona wydaje się bardziej płodna teoretycznie i ma swoje konsekwencje praktyczne. Przemilcza fakt, że swego czasu miało dojść do koalicji POPiS. Dlatego wydaje się uzasadnionym przypuszczenie, że publikacja jego książki była tylko jednym z ogniw w łańcuchu działań na rzecz budowy nowej tożsamości PiS-u i utrzymaniu jego zwolenników w wyborczej gotowości.

* * *

Główna wina, bo nie nieświadomy błąd Ryszarda Legutki, polega na tym, że jako naukowiec nie przestrzega zasady konkretności analizy przedmiotu. Na odwrót, przyjął on IPN-owską wersję tożsamości socjalizmu i liberalizmu, i stanął całkowicie na pozycjach propagandysty, który ustawia je sobie niczym „chłopca do bicia” po to, aby jednym ciosem znokautować obydwa kierunki.

Socjalizm i liberalizm to zjawiska z różnych bajek, o różnej treści klasowej i manewr Legutki jest zwyczajnym intelektualnym nadużyciem lub ceną, jaką płaci naukowiec za wieloletnie związki z taką partią jak PiS. Z tego, że ślimak ma rogi i byk ma rogi – nie wynika, że oba stanowią jednakowe zagrożenie dla torreadora. Legutko uciekając od klasowej oceny tych ustrojów, zdradził zasady uczciwości badawczej naukowca na rzecz wysługiwania się propagandzie PiS. Jest zastanawiające, że w całej książce Legutki, poświęconej krytyce jego przeciwników, nie ma żadnego cytatu czy przypisu potwierdzającego tezę o zgodności socjalizmu (komunizmu) z liberalizmem. Zamiast analizy stanu faktycznego, mamy ciągi ocen i opinii narzucanych czytelnikowi. Po znanym i cenionym tłumaczu i komentatorze dzieł Platona można oczekiwać czegoś więcej niż tylko posługiwania się płaskimi analogiami.

Profesor Ryszard Legutko w całej swej książce abstrahuje od treści społecznej swoich zarzutów, od interesów poszczególnych grup i środowisk. Dlatego liderzy antypisowskiej opozycji mogą śmiało sięgać do jego książki i posługiwać się nią w krytyce polityki PiS-u. Znajdą w niej wiele cennych dla siebie myśli i sformułowań – wystarczy tylko zmienić adresata jego krytycznych słów. Ale wtedy (o ironio!!!) może pojawić się ryzyko, że profesor Legutko zostanie wyrzucony z PiS-u na bruk za „obłudę” i „kolaborację z wrogiem”.

Widzimy, że profesor Ryszard Legutko, niczym Nicolo Machiavelli, odziera politykę z moralnych szat i ukazuje jej nagi „oręż”. Problemy poruszone przez europosła mają wielkie znaczenie. Nie spotkały się one z większym oddźwiękiem społecznym w momencie publikacji książki. Ale bieżąca polityka PiS-u pozostaje w zgodzie z jego wcześniejszymi tezami. Sprawia to, że wiele jej zapisów jest bardziej zrozumiałych dla dzisiejszego czytelnika. Można też dostrzec, co dzisiaj są warte deklaracje PiS-u o tolerancji głoszone podczas zwycięskiej prezydenckiej kampanii wyborczej.

Edward Karolczuk

Przypisy:

1 Karol Marks i Fryderyk Engels, Manifest Partii Komunistycznej, [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 4, Książka i Wiedza, Warszawa 1962, s. 513.

3 Kukiz krytykuje nocne głosowania PiS-u. „To bolszewizm”, https://parezja.pl/kukiz-krytykuje-nocne-glosowania-pis-u-to-bolszewizm/

4 Gorąco w Sejmie. Kukiz o PiS: Nawet bolszewicy tak nie robili, http://pikio.pl/goraco-w-sejmie-kukiz-o-pis-nawet-bolszewicy-tak-nie-robili/#, 30.04.2017.

5 Ryszard Legutko, Triumf człowieka pospolitego, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2012, s.49.

6 K. Marks, F. Engels, op.cit., s. 548.

7 Karol Marks, Fryderyk Engels, Apel Komitetu Centralnego do Związku Komunistów (marzec 1850), [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 7, Książka i Wiedza, Warszawa 1963, s. 298.

8 Tamże, s. 299

9 F. Engels, Anty-Duhring. Przewrót w nauce dokonany przez pana Eugeniusza Duhringa, [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 20, Książka i Wiedza, Warszawa 1972, s. 117.

10 Tamże, s. 685-686.

11 Ryszard Legutko, Nie lubię tolerancji: szkice i felietony, Wydawnictwo Arka, Kraków 1993.

12 Jacek Breczko, Tolerancjonizm (Ryszarda Legutki krytyka tolerancji), IDEA – Studia nad strukturą i rozwojem pojęć filozoficznych, t. XXVI Białystok 2014, s. 464. http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.desklight-4ebb1afb-7b7f-465e-beec-6a3b-73b89860/c/27-Breczko.pdf, 20.05.2017.

13 Jerzy Kochan, Wybory: upozorowana różnica, http://www.socjalizmteraz.pl/pl/Artykuly/?id=895/Wybory_upozorowana_roznica, 19.04.2017

Pierwodruk: Zdanie, nr 3-4 (174-175), 2017.


O Edward Karolczuk

Ur. w 1955, doktor nauk humanistycznych. Interesuje się problemami teorii polityki, historii najnowszej i społeczno­‑politycznych skutków transformacji. Publikował m.in. na łamach "Dziś", "Zdania", "Nowej Krytyki", "Przeglądu". Opublikował książki O wrogu - szkice filozoficzno-historyczne (2010) i "Nagie życie" ofiar wyzysku pracy i wojny (2016).

Dodaj komentarz