Z ARCHIWUM J. ŁADOSZA: Sąd kasujący ustawy i dyktujący parlamentowi ich wykładnię


TK2I

Wszystkie parlamentarne siły polityczne naszego Sejmu unisono opowiadają się za nadaniem orzeczeniom Trybunału Konstytucyjnego ostatecznej mocy wiążącej, tzn. za pozbawieniem Sejmu przysługującego mu dotąd prawa odrzucenia kwalifikowaną większością werdyktów tego Trybunału. Wtórują im w dziesiątkach artykułów, w wywiadach, w ogłaszanych ekspertyzach dziennikarze w prasie codziennej i tygodnikach, uczeni prawnicy w specjalistycznych czasopismach. I wszyscy razem przy najrozmaitszych okazjach w „publicznym” radiu i telewizji. Od lewicy do prawicy, bez wyjątku.

Obalalność werdyktów trybunałów konstytucyjnych to ponoć wynalazek i relikt komunistycznego totalitaryzmu, kolidujący w skali powszechnej z ideałem demokratycznego państwa prawa.

Z postulatem takiego rozszerzenia kompetencji Trybunału szedł do ostatnich wyborów parlamentarnych SLD, zamieszczając go w 12 punkcie swego programu i w programie legislacyjnym. Za tym postulatem wypowiedzieli 1 lipca 1994 roku się w debacie sejmowej o stanie prawa: W. Cimoszewicz, Z. Siemiątkowski, J. Jaskiernia (ten ostatni uznał go za istotny „dla budowy kapitalizmu”). Za tym samym agituje nieustannie w licznych wywiadach prasowych aktualny przewodniczący TK Zoll, dawny, z czasów PRL sędzia TK Działocha i prezydencki prawnik Falandysz. Za tym wypowiada się, jako za czymś niekwestionowalnym socjaldemokratyczne pismo „Trybuna” i hołubiąca pozaparlamentarną prawicę „Rzeczpospolita”.

Rzadki to fenomen w naszym życiu politycznym i uczonych opiniach. Dziw bierze, że nie zrealizowano tego postulatu w nowelach do konstytucji, że zapomniano wprowadzić odpowiedni zapis do Małej Konstytucji. Jednomyślność bowiem nie zrodziła się nagle dziś, lecz ma miejsce od chwili upadku realnego socjalizmu.

Wszak co się odwlecze, to nie uciecze. Gwarancją tego jest włączenie zapisu o ostatecznym charakterze orzeczeń TK do wszystkich projektów konstytucji oficjalnie uznanych za podstawę pracy Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego i do projektu zgłoszonego przez „Solidarność”, który, po zebraniu wymaganej liczby podpisów, uzyskał tę rangę.

Nie tylko postulat nowego usytuowania trybunału konstytucyjnego jest pozornie powszechnie uznany, lecz również typowa na jego rzecz argumentacja polityczna i naukowa. Taka jednomyślność w kwestiach polityczno-społecznych jest tak wyjątkowa, że aż podejrzana. Zapoznajmy się więc z typową argumentacją na rzecz tego postulatu. Sprowadza się ona do trzech argumentów, których treść i wartość dowodową prześledzimy kolejno.

II

Argument pierwszy – Możliwość uchylania przez Sejm werdyktów TK jest – zdaniem zwolenników nadania im mocy ostatecznej – naruszeniem demokratycznej zasady trójpodziału władzy państwowej.

Odwoływalność orzeczeń TK przez Sejm stanowić ma, ich zdaniem, ewidentne naruszenie niezawisłości sądownictwa, jednego z naczelnych atrybutów trójpodziału. Dziennikarze, profesorowie prawa, politycy i politologowie notorycznie posługują się formułą: „Sejm nie może być sędzią we własnej sprawie”. Inny wariant tejże argumentacji: trzeba wykorzenić do końca antydemokratyczną, forsowaną i proklamowaną przez komunistów zasadę jedności władzy państwowej, której konsekwencją było przyznawanie parlamentowi rangi władzy najwyższej. W Małej Konstytucji zapis o takiej randze usunięto. Odwoływalność werdyktów TK przez Sejm ma być reliktem uznania Sejmu za władzę najwyższą, sankcjonować ingerencję parlamentu w orzeczenia sądów, zamach na ich niezawisłość, podporządkowywać sądy parlamentarnym rozstrzygnięciom sądowniczej materii.

Restytucji niezawisłości TK i respektowania trójpodziału służyć mają także lansowane projekty zlikwidowania lub ograniczenia wyboru sędziów tego trybunału przez parlament oraz możliwości ich odwoływania przez parlament. Najłagodniejsze propozycje – to wydłużenie ich kadencji znacznie ponad czas kadencji jednego parlamentu. Dalej idą propozycje dożywotniego ich powoływania i nieodwoływalności przez Sejm, ustanowienie parytetu powoływania tych sędziów przez Sejm, Senat, Prezydenta i samorząd sędziowski czy na koniec – powoływania ich przez kooptację dokonywaną przez skład istniejący z grona sędziów o określonym stażu. To ostatnie bywa prezentowane jako realizacja ideału niezawisłości składu sędziowskiego od władzy ustawodawczej i wykonawczej.

Scharakteryzowana tu argumentacja jest pozornie racjonalna, składna logicznie i robi wrażenie, że sprzyja umacnianiu demokracji. Pozornie jednak, faktycznie bowiem optuje za jaskrawym naruszeniem trójpodziału władzy i ograniczeniem jej demokratyczności.

Kanonem trójpodziału władzy państwowej jest przecież przyznanie parlamentowi i tylko parlamentowi mocy stanowienia prawa, rządowi – realizowania działań wykonawczych w ramach tego prawa, zaś sądom i tylko sądom – wymierzania sprawiedliwości. Każda z tych władz ma monopol w swojej dziedzinie. Treść prawa jest wolą ustawodawcy, tj. wolą parlamentu. Nadanie TK mocy nieodwoływalnego kwestionowania aktów prawnych przez parlament ustanowionych, orzekania o ostatecznie miarodajnej dla obywateli, dla władzy wykonawczej rządowej i samorządowej oraz dla całego sądownictwa wykładni tych aktów – to przyznanie mu mocy orzekania o woli parlamentu i kwestionowanie jego woli – nieodwołalnie dla parlamentu samego. To nadanie orzeczeniom TK mocy prawa! Jest to ograniczenie parlamentu w stanowieniu prawa, i to nie chwilowe, do „zastanowienia się”, do „opamiętania”, do refleksji i ewentualnego skorygowania prawa przez parlament; niebylejakie, lecz zwierzchnie w stosunku do parlamentu, bowiem ostateczne i nienaruszalne dla wszystkich władz państwowych.

Chwytliwe hasełko: „Sejm nie może być sędzią we własnej sprawie” jest w istocie zwykłą demagogią. W demokratycznym ustroju jedyną instytucją, która władna jest „sądzić” parlament, wymuszać korekty ustaw i wykładnię ustaw jest naród obywateli, a trybunałem w tej materii orzekającym – akt wyborów deputowanych parlamentu przez obywateli. Jeśli zaś „własna sprawa” Sejmu – ustawa podlegać ma jurysdykcji TK, to sam TK staje się „sędzią we własnej sprawie” i przewrotnie to sobie przyznaje. Posłużmy się pozytywnym przykładem. Nasz TK wydał orzeczenie, że jeśli Sejm w ciągu 6 miesięcy nie uchyli postanowienia TK, zakwestionowany przezeń akt prawny traci moc obowiązującą, orzeczenie TK nabiera mocy ustawy przez opublikowanie w Dzienniku Ustaw odpowiedniego komunikatu. To przepis potrzebny, uzupełniający lukę w obowiązującej ustawie o TK. Ustawa bowiem zobowiązuje Sejm do ustosunkowania się w ciągu 6 miesięcy do orzeczenia TK, ale nie zawiera przepisu, jakie skutki prawne pociąga niespełnienie tego zobowiązania. Jednakże to Sejm w drodze samokrytyki uzupełnić powinien ustawę o ten przepis. Nadanie mu mocy obowiązującej, mocy prawa przez Trybunał Konstytucyjny jest dokonane prawem kaduka.

Trójpodział wymaga wręcz, by sędzią w kwestii stanowienia prawa, zarówno jego treści, jak i procedury stanowienia był, w toku kadencji, wyłącznie organ je stanowiący. Samokrytyka – to nie przeklęty wymysł komunizmu, to cenny instrument doskonalenia pracy wszelkich instytucji i jednostek. A wszelka samokrytyka stanowi suwerenne orzekanie w swej własnej sprawie. Parlamentowi nikt jej nie zabrania, a jej stosowanie jest wyrazem mądrości każdego parlamentu.

W wielu konstytucjach niewątpliwie demokratycznych państw mamy zapisy, iż powszechnie obowiązująca wykładnia ustaw przysługuje wyłącznie władzy ustawodawczej (tak dosłownie w art.28 konstytucji Belgii, tak w art.18 konstytucji Finlandii, w art.art. 72. i 77. konstytucji Grecji). „Powszechnie obowiązująca”, bowiem sądom najwyższym konstytucje zlecają formułowanie wykładni, która obowiązuje jedynie sądy niższe w porządku orzekania, ale nie wiąże władzy wykonawczej i obywateli. Taki przepis traktowany jest jako rozwinięcie, uszczegółowienie jednej ze stron trójpodziału władzy.

Powołajmy się na świadectwo profesora – konstytucjonalisty, który niegdyś dostrzegał, że nadawanie trybunałowi konstytucyjnemu ostatecznej decyzji w kwestii niekonstytucyjności aktów prawnych jest naruszeniem trójpodziału władz. Janina Zakrzewska tak komentowała przepisy konstytucji włoskiej o TK, które przyznają TK ostatnie, niepodważalne dla parlamentu słowo w kwestii konstytucyjności ustaw:

„Ustawodawca nie zamieścił postanowień o Trybunale Konstytucyjnym w tytule poświęconym sądownictwu i fakt ten nie jest z pewnością przypadkowy. I jakkolwiek zdarzają się w literaturze poglądy, przyznające jeszcze Trybunałowi charakter władzy sądowej, to jednocześnie obwarowane są one zastrzeżeniami, że jest to władza sądowa sui generis, że jest to władza sądowa zbliżona do innych organów bądź że jest to nie tylko władza sądowa. … praktyka działania Trybunału … wykazała bowiem dość jasno polityczny charakter organu, mogącego przecież kontrolować akty prawne parlamentu. … Decydujący w ocenie instytucji Trybunału Konstytucyjnego wydaje się jednak fakt, że przepisy zarówno konstytucji, jak i później wydawanych ustaw (konstytucyjnych i zwykłych) stawiają Trybunał ponad parlamentem. Mówimy w tym miejscu jedynie o działalności Trybunału, wynikającej z kompetencji badania zgodności ustaw Republiki z konstytucją. Uprawnienia bowiem Trybunału Konstytucyjnego polegające na rozstrzyganiu konfliktów kompetencyjnych między państwem a regionami oraz między poszczególnymi regionami wydają się nam zupełnie zrozumiałe i usprawiedliwione, zważywszy szeroką autonomię, jaką konstytucja przyznaje regionom”.

Mądrze i logicznie rozumowała w latach 70-tych profesor Zakrzewska. Dziś jest namiętnym krytykiem komunistycznego totalitaryzmu, jako sędzia TK nie protestuje przeciw kampanii jego przewodniczącego, który powtarza, iż trzeba mu nadać ustawodawcze uprawnienia.

Jeszcze mniej sensowne jest przeciwstawianie sobie trójpodziału władzy zasadzie jedności władzy państwowej, której wcieleniem ma być konstytucyjny zapis o zwierzchniej roli parlamentu, a konsekwencją pozbawianie orzeczeń TK ostatecznej mocy, dopuszczalność ich odrzucenia przez parlament. Traktowanie tej „zasady” jako złowieszczego wynalazku „komuchów” jest świadectwem ignorancji. Po pierwsze, trójpodział w żadnym razie nie implikuje rozpadu jedności władzy państwowej. Prawdą jest, że monarchia absolutna czy faszystowski autorytaryzm oznacza jedność władzy przy odrzuceniu jej trójpodziału. Lecz twierdzenie odwrotne nie jest prawdziwe, a idea trójpodziału i historyczne jego wcielenia bynajmniej nie wskazują na zamiar i konieczność rozbicia jedności władzy. Wręcz przeciwnie, trójpodział jest – co najmniej w intencji – umocnieniem jedności władzy przez upodmiotowienie obywateli i demokratyczne podporządkowanie wszystkich członów władzy jednej woli obywateli, narodu. Jest sposobem gwarantowania tego podporządkowania. Trójpodział władz to nie tylko rozdzielenie ich funkcji (kompetencji), lecz zarazem ustanowienie ich więzi, ich jedności: sądy niezawisłe w orzekaniu zawisłe są od parlamentu, bowiem orzekają na podstawie prawa przezeń stanowionego; rząd działa w ramach tegoż prawa, wykonuje jego dyspozycje, jest niezawisły w tym sensie, że parlament nie może sprawować jego funkcji, lecz zależy od parlamentu i od sądów, gdyż musi wykonywać ich orzeczenia pod groźbą odwołania przez parlament; parlament wreszcie jest suwerenny w stanowieniu prawa, lecz zależny w treści i skuteczności stanowionego prawa od sprawności rządów i sądów.

Naczelne miejsce parlamentu w systemie demokratycznego trójpodziału władzy państwowej bynajmniej nie jest złowieszczym wynalazkiem komunistów (którzy, nawiasem mówiąc, w praktyce realnego socjalizmu łamali ten zapis notorycznie), lecz wynalazkiem demokratycznej tradycji konstytucyjnej od jej zarania, a w połączeniu z trójpodziałem od czasów nowożytnych. Do dziś sankcjonują je zapisy wielu, w tym najstarszych demokratycznych konstytucji. Np. w konstytucji Szwajcarii jest on przeprowadzony bardziej rygorystycznie niż w którejkolwiek konstytucji krajów realnego socjalizmu i, w przeciwieństwie do większości krajów realnego socjalizmu, faktycznie konsekwentnie realizowany. W krajach socjalistycznych miał on, poza krótkimi okresami rewolucyjnej euforii, charakter atrapy. Były sędzia realsocjalistycznego TK ogłasza w wywiadzie, w którym odważnie broni demokratycznych zasług i ducha prac tego Trybunału, chwaląc go m. in. za to, że łamał zasadę „jedności władzy, a więc kierowniczej roli partii”. Zadziwiająca amnezja! Przecież to „kierownicza rola partii” właśnie łamała ową jedność władzy prowadząc do pomniejszania suwerenności parlamentu, stawiania ponad nim rządu i dysponowania parlamentem za jego pośrednictwem.

Beztroskie powoływanie się na zasadę trójpodziału władzy jako na argument za przyznaniem TK mocy orzekania ponad parlamentem o konstytucyjności ustaw i ich wykładni nie jest wynikiem braku logiki i ignorancji u prawników i publicystów (choć bywa, że i logika mocno szwankuje). U wykształconych prawników-konstytucjonalistów (abstrahując od tych, którzy instrumentalnie traktują własne teorie) to powoływanie się bywa wmontowane we względnie logiczną strukturę. Staje się to możliwe w wyniku, mniej lub bardziej świadomego, podstawiania w ich twórczości na miejsce locke’owskiego rozumienia trójpodziału władzy państwowej – amerykańskiej interpretacji tego trójpodziału jako „systemu hamulców i równowagi” między trzema władzami. Ta interpretacja przenika następnie do ogółu prawników, do dziennikarzy w postaciach niekiedy wręcz karykaturalnych. Jaskrawym tego przykładem jest wywiad w „Rzeczypospolitej” z profesorem Zollem, przewodniczącym TK. Dziennikarka stwierdza z głębokim przekonaniem: „zgodnie z konstytucyjnym trójpodziałem władzy sądownicza powinna być równoprawna z ustawodawczą i wykonawczą z samej definicji…”. To nonsens, takiej definicji nie znajdziecie nawet u amerykańskich konstytucjonalistów. To karykatura owej amerykańskiej interpretacji: „hamulce” zniknęły, „równowaga” przedzierzgnęła się w „równoprawność”! I oto Zoll aprobuje ten nonsens, wchodząc jej w słowo: „Ale tak nie jest” – żali się, zapowiadając walkę o tę równoprawność prowadzoną ramie w ramię z Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego profesorem Strzemboszem, któremu przypisuje podzielanie tej opinii. Obaj bowiem uważają, że władza sądownicza jest w ogóle zepchnięta na dalszy plan, krzywdzona przez pozostałe władze.

Ta płyciutka i prosta teoria pozwala Zollowi bez trudu wyjaśnić dziennikarce tajemnicę, czemu to, choć wszystkie partie parlamentarne i wszystkie wpływowe massmedia deklarują poparcie dla koncepcji „równoprawnego” z parlamentem TK, tj. orzekającego ostatecznie, wprowadzenie odpowiedniego zapisu do konstytucji odwleka się latami. Zoll twierdzi, że przyczyną tego jest wieczna natura władz ustawodawczej i wykonawczej, także tej postkomunistycznej, w których tkwi niechęć do pełnej niezależności władzy sądowniczej.

Pojawienie się w ostatnim stuleciu w wielu krajach – dawniej nieznanej instytucji trybunału konstytucyjnego nie jest oczywiście przypadkiem i jakimś złowieszczym wynalazkiem . Jest to w praworządnych społeczeństwach twór nowy o charakterze ponadustrojowym, zrodzony z praktycznych potrzeb współczesnej państwowości: rosnąca lawinowo ilość i złożoność regulacji prawnych wymaga powołania fachowych, profesjonalnych instytucji sprawujących kontrolę nad spójnością systemu prawa i wymuszających taką kontrolę na użytek ustawodawcy, kontrolę ex ante, bądź (i) ex post. Instytucji orzekającej fachowo także o prawomocności prawa lokalnego, stanowionego przez wspólnoty terytorialne, i zarządzeń władzy wykonawczej. Potrzeba takiej instytucji zrodziła się najwcześniej w państwach federacyjnych, w państwach o szerokiej autonomii władz regionalnych. Sprostanie tym potrzebom powierzane jest początkowo instytucjom już istniejącym (sądom najwyższym, trybunałom administracyjnym, połączonym ich kolegiom), a następnie instytucji odrębnej, wydzielonej, powoływanej przez parlamenty, przez prezydentów, o zbliżonym w różnych krajach zakresie kompetencji i o różnych nazwach. Generalne kwestionowanie potrzeby takiej instytucji jest bezpodstawne. Nie jest też prawdą, iżby „komuniści” byli jej notorycznymi wrogami. Nadanie kompetencji tego rodzaju Sądowi Najwyższemu przewidywała chociażby pierwsza konstytucja ZSRR z 1924 r. Traktowała ten sąd jako organ Prezydium Rady Najwyższej ZSRR.

Wszakże stosowanie do tych instytucji nazwy „Trybunał Konstytucyjny” zaciera to, że jej kompetencje są odmienne od przypisanych sądownictwu. Są to przecież instytucje sui generis, do sądów podobne tylko ze względu na profesjonalny skład i formy procedowania. Nie przypadkiem we współczesnych demokratycznych konstytucjach, które przewidują istnienie trybunału konstytucyjnego, przepisy o jego kompetencjach i składzie umieszczane są często poza rozdziałami o sądownictwie, w rozdziale wyodrębnionym całkowicie bądź traktującym takich o instytucjach kontroli działania władz, jak naczelne izby kontroli, rzecznicy praw obywatelskich itp. Wspominaliśmy już, że tak są ulokowane w konstytucji Włoch, powrócimy do tego szerzej później.

Nie budzi też wątpliwości nadanie TK pełnej niezależności w orzekaniu od parlamentu, rządu, partyj politycznych, tak jak nie budzi niezależność NIK w podejmowaniu kontroli i prezentowaniu jej rezultatów. A także niezawisłości w opiniowaniu, orzekaniu przez prawników w skład TK powołanych. To nieodzowne dla samej sprawy, to w interesie parlamentu, który sędziów powołuje. Umocnieniu takiej niezależności sprzyja wydłużenie kadencji sędziów ponad trwanie kadencji parlamentu, ewentualna rotacyjność wyboru części ich składu przez nowowybrany parlament i, oczywiście, nieodwoływalność pełna w toku kadencji. Lecz powoływanie do składu TK powinno być pozostawione wyłącznie parlamentowi, chodzi bowiem o instytucję służebną w stosunku do funkcji władzy ustawodawczej, a nie o jakieś kondominium trzech czy czterech władz (co stanowi dodatkowe naruszanie trójpodziału władz i stawia TK ponad ustawodawcą niezależnie od tego, czy nadaje werdyktom TK moc ostatecznie wiążącą parlament czy nie). Wreszcie całkiem opaczne jest powoływanie składu TK przez korporację prawniczą, przez samorząd sędziowski bądź przez Sąd Najwyższy spośród sędziów. To pełne uniezależnienie od narodu, od obywateli autorytatywnej części aparatu państwa. To tak, jakby skład Najwyższej Izby Kontroli powoływała korporacja księgowych, a ministra zdrowia korporacja lekarzy.

III

Argument drugi rzeczników nadania TK ostatecznego słowa w stanowieniu o konstytucyjności praw jest następujący: Utrzymywanie wyższości Sejmu nad Trybunałem Konstytucyjnym przez przyznanie pierwszemu prawa do odrzucania orzeczeń drugiego oznacza stawianie polityki i ideologii ponad prawem, proklamowanie prymatu polityki i ideologii w stosunku do prawa. Jest to więc zamach na demokratyczne państwo prawa, które ex definitione oparte jest na prymacie prawa właśnie.

Wedle tej koncepcji parlament – każdy – uznany jest za niezbywalne uosobienie polityki i ideologii, TK natomiast za wyraziciela czystego prawa jako takiego, stojącego ponad polityką i ideologią. Aby mógł ujawnić tę swoją istotę musi być wyposażony w niezawisłą od parlamentu moc orzekania o konstytucyjności lub niekonstytucyjności ustaw czy ich poszczególnych zapisów, nieodwołalnego samodzielnego stanowienia wykładni spornych kwestii w ustawach zwykłych i w konstytucji, suwerennie, ponad polityką, która obciąża każdą parlamentarną opinię.

Rozmaite są warianty i stopień radykalności tej argumentacji. Od spokojnego przekonywania, że nadanie orzeczeniom TK ostatecznego charakteru gwarantuje nieodzowny dla powagi prawa profesjonalizm w konstrukcji i treści ustaw, zagrożony zawsze przez niefachowość parlamentarzystów (tak plus minus – poseł Jerzy Jaskiernia w klubowym wystąpieniu SLD w debacie o stanie prawa w Sejmie 1 lipca 1994 r.) do postulowania przez przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego, że jego trybunał „istnieje i czuwa, aby prawo w państwie tworzono według reguł wyrażonych w konstytucji, a parlament nie działał w sposób dowolny”, i jeszcze dalej – do opinii byłego ideologa socjalizmu, Mariusza Gulczyńskiego, który ogłasza teraz, iż pisanie konstytucji to zadanie nieuwikłanych w politykę prawników raczej niż polityków.

Prasa donosi, że na XIX Zjeździe Zrzeszenia Prawników Polskich żalono się na złą jakość aktów prawnych powodowaną przez naciski w Sejmie i rządzie czynników politycznych, które traktują prawo instrumentalnie. Miano też postulować, by politykom dać tylko możliwość inicjatywy legislacyjnej, zaś opracowanie projektów aktów prawnych powierzyć wyłącznie kompetentnym prawnikom. W opinii prof. Działochy, sędziego TK w pierwszej kadencji, Trybunał uniknąć miał ideologizacji orzecznictwa, podważając przez to komunistyczny totalitaryzm. Zaś publicysta „Rzeczypospolitej” w kwestiach prawotwórstwa, niejaki Pilczyński, twierdzi, że po obaleniu komunizmu Trybunał pielęgnuje tę tradycję.

Tego rodzaju uporczywie powtarzane opinie i wyrażane apodyktycznie przekonania, iżby trybunały konstytucyjne stanowiły tamę przed instrumentalnym traktowaniem tworzenia prawa przez polityków i ideologów, stanowiły świątynię apolityczności i aideologiczności orzeczeń są całkowicie bezpodstawne przez swoją jaskrawą sprzeczność z praktyką wszystkich krajów świata i Polski – w całej historii i współcześnie. Zdumiewającym zjawiskiem socjologicznym jest to, że wielu ich propagatorów święcie wierzy w zasadność tych przekonań, jest „nieprzemakalna” na racjonalne argumenty i na fakty, które w skali masowej tę zasadność podważają.

Polityczna i ideologiczna bezstronność orzeczeń sędziów w procesach karnych i cywilnych, w wyrokowaniu i uzasadnianiu postanowień dotyczących pospolitych przestępstw czy w postępowaniu i orzekaniu w sprawach cywilnych dotyczących spornych czy wręcz niespornych problemów majątkowych i rodzinnych szarych obywateli to rzecz w praktyce szeroko osiągalna, a idea tej bezstronności godna najwyższego szacunku. Jednakże czym sądy wyższej instancji, czy w niższych – sprawy nie tak pospolite, tym z taką bezstronnością gorzej. Czy, nawet na szczeblu sądów rejonowych panuje bezstronność sędziów w kwestiach reprywatyzacji? Czy nie są stronnicze politycznie i ideologicznie działania sądów w procesach dotyczących wielkich afer finansowych? Czy apolitycznie i aideologicznie działają sądy w sprawach generałów Płatka i Ciastonia? Czyż nie jest naiwnością mniemanie, iż taki proces i jego sędziowie mogą być apolityczni i aideologiczni? Posługujemy się przykładem, w którym sąd nie ugiął się pod prawicowymi naciskami politycznymi i prasowymi – uniewinnił oskarżonych. Ale 2 lata utrzymywał ich osadzenie w areszcie, choć dowodów winy nie znalazł. A w uzasadnieniu wyroku złamał zasadę domniemania niewinności, „tłumaczył” się ze swego wyroku, użalał, że nie znalazł dowodów, sugerował winę. Czy to nie ideologiczna i polityczna postawa!

Postanowienia sądów najwyższej instancji są z reguły polityczne i ideologiczne w sposób wręcz jaskrawy, bowiem do sądów tych wpływają z reguły właśnie sprawy budzące spory o masowym charakterze w opinii publicznej, w orzecznictwie sądów niższych, dzielące wielkie grupy obywateli i wielkie grupy sędziów na szczeblu podstawowym. Zaś orzeczenia trybunałów konstytucyjnych są niemal z reguły i właśnie w najwyższym stopniu z całego sądownictwa polityczne i ideologiczne. Abstrakcyjnie rzecz biorąc, mogą być i bywają reakcyjne bądź postępowe, ale nigdy neutralne. Nie są tu rzadkością „salomonowe” wyroki, pozornie bezstronne, bo kompromisowe. Jednakże kompromis (zdrowy lub obrzydliwy, jaskrawo gwałcący logikę w sposób jawny dla każdego) też jest polityczny. Jest tak niezależnie od tego, czy orzeczenia płyną z najświętszych przekonań ich autorów, czy z najwyższego ich cynizmu. Neutralne i niepolityczne tematy nie trafiają w ogóle do takich trybunałów. Samo ich wniesienie do trybunału, sama decyzja o wzięciu ich na warsztat trybunału jest politycznym aktem, ingerencją w spór polityczny i ideologiczny toczony w opinii publicznej i w parlamencie.

Nasz TK wielekroć „rozstrzyga” w swych orzeczeniach, bądź powołuje się w ich uzasadnieniach na określoną interpretację sprawiedliwości generalnie, zasadę równości obywateli itp. zasady. Utrzymywać, że czyni to ponad ideologią i polityką, to ponury żart. Nie ma nieideologicznego, czysto prawniczego pojmowania sprawiedliwości czy równości. Podobnie – nie ma nieideologicznej i apolitycznej interpretacji niezawisłości sędziów. Nasz Trybunał Konstytucyjny orzekł o niekonstytucyjności ustawy, która wprowadzała „lustrację” sędziów przez ministra sprawiedliwości. Chwała mu za to. Lecz stał się stroną w sporze politycznym, który podzielił parlament i opinię publiczną. A proszę sięgnąć do tekstu uzasadnienia, którym orzeczenie opatrzył. To jeden z najbardziej stronniczych dokumentów ideologiczno-politycznych! W każdym akapicie! TK dokonuje w nim jednoznacznej oceny historii Polski XX wieku, potępia PRL sztampowo, ale nie neutralnie. Idealizuje wydobyte gdzieś z lamusa deklaracje – zamierzenia emigracyjnego rządu londyńskiego w kwestii ustroju sądownictwa itd. itp. Najwyraźniej orzeczenie jest nakierowane w treści na to, by sędziów TK osłonić przed podejrzeniami o to, że bronią tych sędziów, którzy ferowali wyroki na działaczy politycznej opozycji, „niepodległościowego” podziemia w Polsce Ludowej.

Sąd Najwyższy orzeka u nas, gwałcąc jawnie, w sposób dla wszystkich widoczny elementarną logikę, że wprowadzenie religii do państwowych szkół nauczanej przez nauczycieli mianowanych przez Kościół, uczynienie ich członkami rad pedagogicznych jest zgodne z konstytucyjnym zapisem o oddzieleniu kościołów od państwa i o świeckości państwowego szkolnictwa!

Taki, eksponowanie polityczny i ideologiczny charakter trybunałów konstytucyjnych, czy innych trybunałów wyrokujących o konstytucyjności aktów prawnych i o powszechnie obowiązującej wykładni konstytucji, nie jest słabością Polski, jest czymś właściwym jaskrawo wszystkim tego typu trybunałom bez wyjątku. W USA Sąd Najwyższy wsławił się orzeczeniami o zgodności z konstytucją stanowych ustaw o segregacji rasowej, podejmując werdykt, iż taką jest segregacja w przedziałach kolejowych, bowiem Murzyni korzystają tam z praw „równych, ale oddzielnie”. Ten salomonowy werdykt przez kilka dziesięcioleci sankcjonował „przez analogię” segregację w szkolnictwie, w kościołach, w restauracja i parkach. Nigdy nie był odwołany, choć później SN podejmował orzeczenia wręcz przeciwne i traktujące segregację za gwałt na konstytucji. Tak czy siak uczestniczył w politycznym procesie epoki za każdym razem. TK w RFN usankcjonował w 1975 roku sławetny Berufsverbot, uznał za zgodne z konstytucją przepisy nie tylko w treści jawnie sankcjonujących dyskryminację obywateli w dostępie do szkolnictwa, administracji, wojska z powodów poglądów politycznych, ale na dodatek ustanowionych bez ustawy, na mocy decyzji premierów niemieckich landów w 1972 r. Tenże Trybunał dawał sławetne wykładnie układów normalizacyjnych i dotyczących uznania granic między RFN a ZSRR, Polską i NRD jawnie polityczne, jawnie przeczące ich literze. A ostatnio, w lipcu 1994 r., orzekł, że nie gwałci konstytucji RFN udział armii RFN w operacjach poza terenem państw NATO, znów gwałcąc wręcz elementarną logikę i traktując prawo w sposób jawnie instrumentalny. Wreszcie w Rosji: TK po długich przygotowaniach wydał „salomonowe” orzeczenie w sprawie KPZR. Uznał za legalne i konstytucyjne zakazanie po „puczu” sierpniowym 1991 r. działalności KPZR i wywłaszczenie jej majątku, za nielegalne – zakazanie działania podstawowych organizacji terenowych KPZR, i wreszcie oddalił wniosek Jelcyna o uznanie KPZR za organizację przestępczą. Makarow – adwokat-rzecznik Jelcyna na procesie określił werdykt jako polityczny kompromis. Moskiewska „Niezawisimaja Gazieta” nazwała „karkołomnym” werdykt TK o zgodności dekretów Jelcyna z konstytucją. Gorbaczow nazwał proces – polityczną imprezą, by uzasadnić odmowę stawienia się na rozprawę. Wszystkie te przykłady są jawnie politycznym działaniem takich trybunałów, działaniem będącym następnie trwałym elementem wprowadzonym do annałów politycznych wydarzeń danej epoki. Można je mnożyć w nieskończoność. A niechże ktoś spróbuje pokazać przykłady przeciwne!

Trybunały konstytucyjne rozpatrują z reguły takie sprawy wnoszone przez polityków i ruchy społeczno-polityczne, które budzą ostre kontrowersje w społeczeństwie co do charakteru określonych działań politycznych, ich zgodności z prawem. Są w ten sposób eksponowanym ogniwem procesu politycznego i ideologicznych kontrowersji, które społeczeństwo dzielą, są w orzeczeniach stroną tego procesu, a nie czymś ponad tym procesem unoszącym się. I taką rolę odgrywają niezależnie od tego, czy uznaje się konstytucyjnie bądź zwyczajowo ich werdykty za obligatoryjne dla parlamentu, czy też pozostawia możliwość ich prawomocnego odrzucenia przez parlament. Nadanie TK mocy orzekania ostatecznego nie stawia go ponad polityką, a wzmacnia jego pozycję jako czynnika procesu politycznego i ideologicznych kontrowersji. I to pozycję czynnika, którego sposób wyłaniania i kontrolowania trudno traktować jako demokratyczny, bowiem czynnika nie związanego wyborami obywateli z ich opinią ani z demokratycznie wyłonioną ich reprezentacją.

Wyobrażenie, iżby prawo stało, czy mogło stać ponad polityką i ideologią, zaś strażnikami jego czystości są apolityczni prawnicy, którzy realizują zgodność prawa z czystymi jego zasadami, wyprowadzają je logicznie z tych zasad (których trzon nazywany dziś bywa zasadami konstytucjonalizmu) samo ma jaskrawo ideologiczny charakter, dawno rozeznany i zanalizowany pod nazwą „iluzji prawniczych”. Abstrakcyjnie rzecz biorąc działania podejmowane pod auspicjami tej ideologii mogą służyć i Diabłu i Panu Bogu. I faktycznie służyły i służą tam jako instrument walki przeciwko autorytaryzmowi, dyktaturom, o demokratyczne państwo prawa, ówdzie usprawiedliwianiu dyktatur, autorytaryzmu w imię Ducha Prawa skierowanego przeciwko ludowi, który jest dla prawa puer robustus sed malitiosus. Bywa i tak i owak, zależnie od konkretnych okoliczności historycznych i od osobowości prawników, posługujących się ich sztandarem. Wszakże w każdym wypadku pozostają ideologicznym złudzeniem, klasycznym typem „fałszywej świadomości”, szczególnie jaskrawym zwłaszcza w odniesieniu do konstytucji, które zawierają przecież zasady prawa właśnie. Jednocześnie prezentowane orzeczenia są zawsze aktem politycznym i ideologicznym ich twórców.

Jak powiedzieliśmy, złudzenia prawnicze służyć mogą pozytywnie jako broń w walce z łamaniem istniejącego prawa w politycznej praktyce rządów i partyj politycznych. Jednakże usprawiedliwianie nimi działań TK, jest najczęściej reakcyjne, bowiem chodzi tu nie o stosowanie prawa, lecz o tworzenie prawa. Zaś proces tworzenia prawa jest zawsze procesem politycznym, czego świadectwem – głosowania w parlamencie z reguły niejednogłośne, przyjmowanie ustaw dotyczących materii pozornie apolitycznych i aideologicznych przy sprzeciwach znaczącej opozycji. Zwłaszcza prawo konstytucyjne jest tworzone i stanowione wśród takich kontrowersji. W demokracji jednogłośność jest wyjątkiem, a kontrowersyjność – odbiciem społecznych sił ujawnianym w parlamentach wybranych w wolnych wyborach.

Prawa, konstytucje są w demokracji tworem parlamentu, który wyraża w nich „wolę narodu wyborców”, ogółu obywateli (z całą złożonością struktury tej „woli”, z nadawaniem sankcji zmiennej przewadze określonych historycznie grup interesów i zależności między nimi, wyraża w swej treści kompromisy zmienne tych sił). Wykładni wymagają najczęściej, niemal wyłącznie, właśnie akty prawne najbardziej kontrowersyjne politycznie w danym historycznie momencie, właśnie budzące największe kontrowersje ideologiczne i podziały polityczne w narodzie. I wykładnia „najczystszych” prawników nie może stanąć ponad tymi podziałami, jest zawsze stroną w tych kontrowersjach, i to stroną raczej konserwatywną, bo kierującą się dogmatycznie zakrzepłymi już interpretacjami „ducha prawa”.

Teza o prymacie prawa nad polityką i ideologią w połączeniu z akceptacją niewątpliwie prawdziwego twierdzenia, iż parlamenty są ciałami wyraźnie politycznymi i ideologicznymi prowadzi do absurdalnego ogłaszania demokratycznego parlamentu, jedynego twórcy prawa w demokracji, demiurga państwa prawa, za siłę prawu z natury wrogą, siłę, która szkodzi jego czystości. W ten sposób wyraża okrężną, pokrętną drogą ideę ograniczenia parlamentu w tworzeniu prawa, jako jedynego ustawodawcy i poddania go kontroli władczej nadzoru korporacji prawników. Kwestionuje arbitralnie zarazem polityczny i ideologiczny charakter tej korporacji, wbrew faktom historycznym. Korporacja taka jest bowiem sama polityczna, jest stroną w procesie politycznym, jest stroną z reguły niepokrywającą się z parlamentarną większością. W „gospodarce rynkowej” jest z reguły powiązana mocnymi nićmi (wręcz łańcuchami) z możnymi tej gospodarki, ze sferami biznesu.

Jeśli TK ma służyć demokratycznemu parlamentowi za sojusznika w walce o stabilność porządku prawnego, przeciwko doraźnemu manipulowaniu nim o politykierskim charakterze, jeśli ma być sojusznikiem sił politycznej powagi i szacunku dla ideowej konsekwencji i wierności demokratycznym zasadom w tworzeniu prawa w jego łonie, powinien być instytucją kontrolną, fachową, powołaną przez parlament w jego służbie. Gdy TK staje ponad parlamentem, pretenduje do roli ciała wyrokującego nieodwołalnie, ponad parlamentem o treści ustaw, o ich prawomocności w całości bądź we fragmentach, stanowi w zalążku, potencjalnie polityczną siłę antydemokratyczną, skierowaną przeciw demokratycznej reprezentacji narodu.

IV

Argument trzeci – nadanie orzeczeniom Trybunału Konstytucyjnego ostatecznego charakteru ma być niezbędne dla dopasowania polskiego prawa konstytucyjnego do współczesnego europejskiego standardu prawa i demokracji. Polska prezentowana jest jako jedyne w Europie państwo, w którym orzeczenia te nie mają charakteru ostatecznego i wymagają zatwierdzenia przez Sejm. Odstaje tu jaskrawo od Europy i świata, nie spełnia wymogów i wzorów uznanych przez współczesną naukę konstytucjonalizmu.

Pomińmy to, iż jest to argument par excellence ideologiczny, a nie naukowy. Dokonajmy przeglądu, jak to jest „w Europie” faktycznie, a przekonamy się, że przesłanka tego argumentu jest fałszywa, że jest wprowadzaniem w błąd narodu, wyborców, posłów; fałszywie, oszukańczo przedstawia faktyczny stan rzeczy i ideologiczne życzenia prezentuje jako rzeczywistość. Przegląd nasz ograniczymy do „atlantydów”, do demokratycznych krajów „prawdziwie europejskich” (łącznie ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej), tj. wyłączymy kraje „postkomunistyczne”.

Specjalne trybunały konstytucyjne, których orzeczeniom konstytucyjnie przyznaje się expressis verbis ostateczną moc obowiązującą, mamy w czterech krajach: w RFN, we Włoszech, w Austrii i w Hiszpanii. W RFN art. 94 konstytucji stanowi, że ustawa o TK określa, w jakich przypadkach orzeczenia TK mają moc ustawy (a więc przesądza wprost o nadaniu TK funkcji ustawodawczych!). Sędziowie TK powoływani są na dwunastoletnią kadencję po połowie przez każdą z dwóch izb parlamentu – przez Reichstag w wyborach pośrednich przez wybranych z grona deputowanych elektorów, przez Bundestag w wyborach bezpośrednich, w obu wypadkach większością 2/3 głosów.

We Włoszech przepisy o TK nie są zawarte w rozdziale konstytucji o sądownictwie, lecz w rozdziale zatytułowanym „Gwarancje konstytucyjne”. Sędziowie powoływani są na dziewięcioletnią kadencję po pięciu przez prezydenta, parlament i wyższe sądownictwo.

W Hiszpanii przepisy konstytucji o TK są skonstruowane, jeśli idzie o kompetencje i procedury działania na wzór włoski i zawarte nie w rozdziale o władzy sądowej, lecz w rozdziale odrębnym, poświęconym wyłącznie temu trybunałowi. Powoływanie sędziów TK należy do króla.

We wszystkich tych krajach TK ma szerokie kompetencje w rozstrzyganiu sporów między samorządami regionów (landów, prowincji), którym w ich strukturze politycznej przysługuje szeroka autonomia.

Chyba nie przypadkiem wszystkie one są krajami „postfaszystowskimi, w których tradycje nowożytnej demokracji nie są głęboko zakorzenione i chlubne.

Instytucję Trybunału Konstytucyjnego przewiduje także demokratyczna konstytucja Portugalii, lecz nie przyznaje jego werdyktom charakteru ostatecznego. Zawiera ona postanowienie, że parlament może większością 2/3 głosów oddalić orzeczenie TK i utrzymać w mocy zakwestionowany akt prawny (a więc przepis analogiczny jak obowiązujący obecnie w Polsce!). Przepisy konstytucji Portugalii zalecają TK prewencyjne orzekanie o zgodności ustawy z konstytucją przed jej podpisaniem przez prezydenta czy ministra (w tym również umów międzynarodowych).

Kazus Portugalii dowodzi bezapelacyjnie, że sugestia, iżby Polska była jedynym krajem Europy, w którym orzeczenia TK mogą być „kasowane” przez parlament, jest fałszem.

Z drugiej strony konstytucje co najmniej 6 krajów Europy (a więc jednej trzeciej, jeśli nie liczyć takich państewek jak Andorra, Monako, Lichtenstein, San Marino czy Watykan) i USA nie spełniają rzekomego „standardu europejskiego”, bowiem w ogóle nie przewidują istnienia TK. Mamy wśród nich wszystkie wzorcowe, tradycyjne, historycznie najstarsze demokracje. Jest to Wielka Brytania, USA, Francja, Szwajcaria, Belgia, Finlandia i Grecja.

W Wielkiej Brytanii istnienie TK jest niemożliwe, bo to państwo, w którym nie ma wydzielonego prawa konstytucyjnego, wszystkie ustawy są ustawami zwykłymi. Nie ma też wyraźnego trójpodziału władz, zwłaszcza na szczeblu centralnym. Izbie Lordów przysługują pewne kompetencje analogiczne do sądu najwyższego w innych krajach oraz w zakresie oceniania ustaw podejmowanych przez Izbę Gmin. Lecz nie jest ona sądem. Lord kanclerz – jej przewodniczący, pełni funkcję podobną do przewodniczącego sądu najwyższego i tradycyjnie ma profesjonalne kwalifikacje prawnicze, lecz jest zarazem ministrem sprawiedliwości i – o zgrozo! – powoływany jest tradycyjnie z szeregu polityków partii rządzącej.

W USA nie ma odrębnego TK, ale, powie ktoś, funkcję tę pełni przecież w sposób eksponowany Sąd Najwyższy. Formalnie konstytucja nie daje mu takich uprawnień w swych zapisach. Zarówno formalnie, jak i faktycznie Sąd Najwyższy nie kwestionuje praw przez Izbę Reprezentantów przyjętych, a więc nie orzeka ostatecznie o ich ważności, bo w ogóle o ich ważności nie orzeka. Konstytucja nadaje mu uprawnienia do ostatecznego rozstrzygania o zgodności ustaw stanowych z prawem federalnym, w tym z konstytucją. Lecz – powie ktoś – sąd ten wydał kilka tysięcy orzeczeń zaliczanych w amerykańskiej tradycji prawniczej do prawa konstytucyjnego. Tak, ale czyni to prawem kaduka. I ustrój USA poniekąd tolerowanie tego zwyczaju wymusza. Poprawki bowiem do konstytucji, aby były prawomocne, wymagają długotrwałej procedury ratyfikacji przez 2/3 stanów. Ponadto, również prawem kaduka, SN wydaje niektóre ustawy – kodeksy za nieformalnym przyzwoleniem, albo na zlecenie Izby Reprezentantów. Toteż niewątpliwie ten sąd przyswoił sobie pewne funkcje ustawodawcze. W USA tolerowana i aprobowana jest praktyka naruszania konstytucyjnej wyłączności Kongresu w stanowieniu prawa.

We Francji konstytucja nie zna trybunału konstytucyjnego, ale – powie ktoś – jest tam przecież instytucja, która, występując pod nazwą Rady Konstytucyjnej, stanowi Super TK. Ta Rada nadzoruje działalność ustawodawczą i regulaminy parlamentu. Jej werdykty są ostateczne i nieodwołalne. Nie jest jednak traktowana przez konstytucję jako władza sądownicza, lecz jako władza sui generis, i konstytucja nie wymaga, by składała się z prawników. Jej członkowie nie są nazywani sędziami. W jej skład wchodzi 9 członków (po trzech mianowanych przez prezydenta i każdego z przewodniczących izb parlamentu) oraz dożywotnio byli prezydenci Republiki. Konstytucja Francji nie honoruje trójpodziału władzy. Przewiduje wprawdzie, że ustawy uchwala parlament, ale wyłącznie tzw. ustawy organiczne, których zakres tematyczny jest wyszczególniony w konstytucji. Ponadto, jeśli ustawa organiczna jest przedłożeniem rządowym, to parlament przyjmuje ją bez głosowania. Odrzucić ją może tylko w całości przez uchwalenie wotum nieufności rządowi. Rada Konstytucyjna nie tylko ostatecznie może odrzucić ustawę parlamentarną, lecz także ostatecznie daje wykładnię, czy dany akt spełnia wymóg „organiczności”. Ostatecznie też orzeka o prawomocności regulaminów parlamentu. Czy to wzór demokratycznego państwa prawa i rekomendowany standard europejskiego konstytucjonalizmu?
Konstytucja Szwajcarii, najstarsza z republikańskich konstytucji demokratycznych współczesnej Europy, nie przewiduje żadnego TK. Sąd Związkowy rozstrzyga spory między władzami konfederacji a władzami kantonów, ale nie ma prawa orzekać o konstytucyjności ustaw przyjętych przez Zgromadzenie Związkowe. Na dodatek sędziowie tego sądu wybierani są przez związkowy parlament i może być na urząd takiego sędziego powołany każdy obywatel konfederacji, który ma prawa wyborcze do parlamentu (nie musi mieć ani stażu sędziowskiego, ani wykształcenia prawniczego, ani cenzusu wieku, wykształcenia, osiadłości czy majątkowego!).

Konstytucja Belgii nie przewiduje TK, a na dodatek nie tylko daje parlamentowi monopol na stanowienie prawa, lecz w art. 28 wyklucza możliwość jakiegokolwiek trybunału do prawomocnego interpretowania treści ustaw: stanowi, że jedynie władza ustawodawcza władna jest dawać wykładnię ustaw.

Podobnie – w konstytucji Finlandii. Sąd Najwyższy, Najwyższy Trybunał Administracyjny, bądź oba te sądy łącznie mają obowiązek na żądanie prezydenta lub Izby Przedstawicieli dostarczać opinię o projekcie ustawy oraz prawo zwracania się do prezydenta z wnioskami o modyfikację ustawy już funkcjonującej. Lecz te opinie nie są wiążące dla nikogo, dla parlamentu mają charakter pomocniczy. A niezależność owych sądów jest wręcz niesłychana: formują swój skład przez kooptację sędziów przez ich skład dotychczasowy!

Podobnie w konstytucji Grecji. Przewiduje ona wprawdzie istnienie Wyższego Sądu Specjalnego, wśród kompetencji którego wymienione jest na przedostatnim, piątym miejscu ostateczne rozstrzyganie o niezgodności ustawy z konstytucją i o wykładni ustawy, lecz jedynie wówczas, gdy trzy sądy najwyższe mają sprzeczne opinie na dany temte. Ten WSS składa się z prezesów tych sądów i sędziów tych sądów wyłonionych przez losowanie. Jednakże w sprzeczności z tym są postanowienia art.art. 72 i 77 konstytucji, iż autentyczna wykładnia ustaw należy tylko do władzy ustawodawczej i dokonywana być może i musi w drodze ustawy.

Na marginesie dodajmy, że – o zgrozo! – konstytucje Szwajcarii i Finlandii stanowią, iż władza zwierzchnia w tych państwach należy do Zgromadzenia Związkowego czy do narodu reprezentowanego przez parlament. A nasi ideologowie – konstytucjonaliści ogłosili, że to paskudna zasada jedności władzy państwowej proklamowanej przez totalitarny komunizm. W Szwajcarii zwłaszcza owa zasada zwierzchności parlamentu jest przeprowadzona w tekście całej konstytucji o wiele bardziej konsekwentnie niż w jakiejkolwiek konstytucji stworzonej przez „komuchów”.

Konstytucje Włoch, Hiszpanii i Portugalii przepisy o trybunałach konstytucyjnych lokują poza rozdziałem o sądownictwie, co potwierdza cytowaną opinię Zakrzewskiej, że ich twórcy traktowali je jako instytucję sui generis, nie sądową czy nie w pełni sądową. Tę opinię najwyraźniej podzielają u nas prawnicy, którzy w złożonym przez „Solidarność” „obywatelskim” projekcie konstytucji RP umieścili artykuły o TK w rozdziale o instytucjach kontrolnych, razem z przepisami o Najwyższej Izbie Kontroli i o Rzeczniku Praw Obywatelskich.

W sumie upowszechniana opinia, iż trybunału konstytucyjnego wyrokującego o treści ustaw ponad Sejmem wymaga standard europejski, jest ordynarnym kłamstwem. Chyba, że obowiązuje tu logika pana Pilczyńskiego, publicysty „Rzeczypospolitej”, który agituje za utrzymaniem w Polsce drugiej izby – Senatu w następujący sposób: „Obecnie w świecie parlamenty dwuizbowe istnieją w 50 krajach, w tym 15 europejskich. Można by więc powiedzieć, że dwuizbowość jest rozwiązaniem powszechnie stosowanym…”. Jak wiadomo, krajów na świecie jest blisko 200, a w Europie – 35. Skoro wśród 23 krajów Europy nie dotkniętych po II wojnie światowej rządami „komuchów” w czterech mamy trybunały konstytucyjne, których orzeczenia są ponad orzeczeniami parlamentu, to – wg logiki Pilczyńskiego, można by powiedzieć, że jest to rozwiązanie powszechnie stosowane! Powiedzieć można, czego dowodem jest pan Pilczyński. Lecz będzie to jaskrawo błędne rozumowanie, świadczące o kompletnym nierozumieniu sensu kategorii powszechności.

V

Argumentacja za trybunałem konstytucyjnym ostatecznie, ponad parlamentem wyrokującym o konstytucyjności aktów prawnych parlamentu, odwołująca się do wymogów trójpodziału władz, do wyższości prawa nad polityką i ideologią w demokratycznym państwie prawa jest pozbawiona naukowych podstaw. Argumentacja odwołująca się do konieczności przejęcia historycznie ukształtowanych europejskich standardów konstytucjonalizmu jest wręcz oszukańcza: trybunał wyposażony w takie uprawnienia nie jest żadnym standardem, pojawia się w niewielu krajach, a demokracje o najszczytniejszych tradycjach nie stosują takiego rozwiązania.

Wyposażenie Trybunału w takie kompetencje czyni zeń stronę w politycznych i ideologicznych kontrowersjach o kształt prawa, wyniesioną ponad demokratyczne przedstawicielstwo, które prawo stanowi. Czyni zeń politycznego nadzorcę parlamentu o autorytarnym charakterze. Jest rozwiązaniem antydemokratycznym.

Instytucja profesjonalnie analizująca rozwiązania ustawowe, ich kompletność, zwracająca uwagę na ich zgodność z konstytucją, na niebezpieczne luki w zapisach, wieloznaczności, jest potrzebna współcześnie dla racjonalnej pracy demokratycznego parlamentu – jako jego pomocnik i doradca, jako instytucja przezeń powołana dla samokontroli poziomu stanowionego prawa. Jednakże, aby spełniała maksymalnie skutecznie właśnie profesjonalną rolę, nie stawała się stroną w politycznych walkach o kształt prawa, o jego ideologiczne treści, aby cieszyła się autorytetem w parlamencie i w społeczeństwie, nie może orzekać ponad parlamentem, nie może być wyposażona w ustawodawcze kompetencje. Uwolnić się od uwikłania w politykę i ideologię nie może. To mityczny wymóg. Lecz od przewagi politykierstwa w orzeczeniach, od haniebnych, faryzeuszowskich, krzyczących, dla wszystkich widocznych podporządkowań logiki orzeczeń i ich uzasadnień, głoszonych obłudnie w imieniu czystego prawa może właśnie, gdy jest pomocnikiem Sejmu, a nie jego nadzorcą.

Oczywiście, dla spełnienia swej roli instytucji profesjonalnej samokontroli tworzenia prawa przez parlament Trybunał Konstytucyjny powinien przez parlament być wyposażony w szerokie uprawnienia do działania i wysoki stopień niezależności swych działań od regulaminowych mechanizmów działań parlamentu, a jego sędziowie w niezależność opiniowania i nieusuwalność w toku kadencji. Powoływani jednak powinni być przez sam parlament. Celowe jest wzmocnienie niezależności sędziów przez powoływanie określonej części ich składu rotacyjnie każdorazowo przez nowo wybrany parlament, co zarazem gwarantuje, że jego skład nie będzie totalnie obcy politycznie i antagonistycznie politycznie nastawiony w całości swego składu do zmienionej w wyborach parlamentarnej większości. Nie rzekoma apolityczność sędziów, lecz mieszany politycznie ich skład najlepiej służy profesjonalnej służbie. Nadzwyczajne przypadki odwołania sędziego przed upływem kadencji powinny być szczegółowo określone w ustawie i orzekane przez parlament wyłącznie na wniosek kwalifikowanej większości składu Trybunału.

Trybunał powinien mieć szerokie uprawnienia orzekania o wadach ustaw, w tym o ich niekonstytucyjności, nie tylko ex post, lecz także w fazie rozpatrywania przez parlament ich projektów, tj. ex ante; mieć prawo w pełni samodzielnie decydować o podawaniu swoich orzeczeń do publicznej wiadomości. Powadze państwa sprzyjałoby wprowadzenie wymogu, iż o konstytucyjności traktatów międzynarodowych TK obowiązany jest ustosunkować się przed ich ratyfikacją, wyłącznie ex ante. Ograniczenie dotychczasowe, iż wolno mu orzekać tylko o ustawach wydanych po 1982 roku należy, oczywiście, znieść. Może orzekać o wszystkich ustawach, które zachowują moc obowiązującą.

Nie koliduje z monopolem ustawodawczym parlamentu również wprowadzenie zapisu ustawowego, iż wejście w życie zakwestionowanej przez TK ustawy bądź określonego jej artykułu zostaje zawieszone do czasu rozpatrzenia przez parlament i że jeśli parlament w ustawowym czasie nie odrzuci orzeczenia TK kwalifikowaną większością, orzeczenie traktowane jest za uznane przez parlament.

Oczywiście, wyposażyć należy TK w kompetencje ostatecznego orzekania w sporach między rządową władzą wykonawczą a władzami samorządu lokalnego, w orzekaniu o niekonstytucyjności i w ogóle niezgodności z ustawami prawa lokalnego stanowionego przez organy uchwałodawcze samorządu. Takie kompetencje są rzeczywiście standardem współczesnych rozwiązań demokratycznych konstytucji w krajach, w których zagwarantowana jest szeroka autonomia terytorialnych wspólnot.

Natomiast wątpliwa jest celowość przyznania TK możliwości rozpatrywania skarg poszczególnych obywateli czy osób prawnych na decyzje administracyjne bądź postępowanie władz naruszające prawa i wolności zawarowane w konstytucji. Po wprowadzeniu do konstytucji artykułu, iż jej zapisy stosują się bezpośrednio, tak jak zapisy ustaw zwykłych, skargi takie powinny rozpatrywać i w ich przedmiocie orzekać sądy powszechne (z normalną procedurą apelacji do sądów wyższej instancji oraz z orzeczeniami sądu najwyższego w kwestii wykładni sądownictwo wiążącej).

VI

Jakie są społeczne przyczyny i rzeczywiste funkcje szerzenia się idei ustanawiania w konstytucjach byłych krajów socjalistycznych trybunałów konstytucyjnych nieodwołalnie orzekających, ponad parlamentami, o treści konstytucyjności ustaw? I nie tylko szerzenia się idei, lecz usankcjonowania: tu faktycznie takie trybunały stają się standardem w nowych konstytucjach kapitalistycznej restauracji.

Nie jest to wyraz wiecznej walki między trzema władzami o hegemonię w strukturze państwa, wyraz ich niezbywalnego antagonizmu, i walki o równowagę naruszoną przez realny socjalizm. To mistyfikacja, nielogiczna na dodatek. Przecież uznanie istnienia takiego antagonizmu pociągałoby za sobą wieczną walkę ideologii afirmujących hegemonię każdego z członów trójpodziału, a tu mamy kapitulację ideologii sejmowładztwa i hegemonii egzekutywy!

Mitem jest racjonalizowanie tej idei jako zapory przed autorytaryzmem, jako narzędzia osłony przed nim demokracji, gwarancji jej bezpieczeństwa. To nie uznanie parlamentów, władzy przedstawicielskiej za najwyższą w konstytucjach socjalizmu rodziło autorytaryzm, bowiem owo uznanie było deklaratywne, parlamenty były impuissance mise en action.

O cóż więc chodzi? Chodzi o powołanie do życia instytucji będącej bezpiecznikiem dla przeprowadzania „reformy” ponad ewentualną wolą wyborców, ochroną sławetnej władzy „klasy średniej”, ochroną przed ewentualnym pojawieniem się w parlamencie większości, która „reformę” zastopuje lub będzie w stanie odwrócić jej kierunek. Chodzi o instytucję policji polityczno-prawnej stojącej na straży „budowy kapitalizmu”. Za budową takiej instytucji optują wszystkie aktualne „reformatorskie” siły parlamentarne – od ich lewicy do prawicy. Z budową kapitalizmu wiązał u nas w sejmowej debacie poparcie SLD dla TK wyrokującego ostatecznie poseł Jaskiernia. Mamy tu sytuację podobną do jednomyślności wszystkich partii parlamentarnych za szybkim wstąpieniem Polski do NATO. Przy obłudnej patriotycznej frazeologii, chodzi tu przecież o zabezpieczenie budowy kapitalizmu nie przed zewnętrznym zagrożeniem, lecz przed realną ewentualnością zagrożenia wewnętrznego.

W RPA biała mniejszość „wynegocjowała” wprowadzenie Sądu Konstytucyjnego, który ograniczając demokrację w procesie znoszenie apartheidu i przyznania praw obywatelskich i ludzkich czarnej większości, chronić ma „zasady reformy”: zagwarantowanie własności i ekonomicznych praw białej mniejszości, zagwarantowanie jej partiom politycznym udziału we władzy politycznej. Sąd ten jest wyrazem kompromisu, pokojowego przeprowadzenia „reformy”. Sąd ten ma prawo ponad parlamentem, wybranym w wyborach powszechnych, w których 80% to czarni dotąd praw obywatelskich pozbawieni, kasować ustawy i rozporządzenia władzy czarnej większości, które czarna większość uchwaliłaby w parlamencie. Stanowi on osłonę na czas nieokreślony zawartego kompromisu. Kompromis – rzecz dobra, pożądana. Ale Sąd Konstytucyjny jest jawnie gwarantem ograniczeń demokracji wynegocjowanych w tym kompromisie, konserwacji i nietykalności określonego kręgu przywilejów białej mniejszości. W przypadku RPA sąd ten jest ustanawiany bez obłudnej ideologii, jawnie jako instrument politycznej osłony białej mniejszości i – aktualnie – jako pewien bezpiecznik przechodzenia „reformy” w pokoju i spokoju.

Iluzją jest jednak, że przetrwa on dziesięciolecia, jak złudzeniem „reformatorów” w PZPR było wynegocjowanie jako strażnika kompromisu w ich kontrakcie z „Solidarnością” instytucji władnego prezydenta.

Władne, ponad parlamentem decydujące trybunały konstytucyjne w krajach „budowy kapitalizmu” znikną, gdy liczące się siły demokracji odnajdą drogę skutecznego okiełzania euforii tej budowy wbrew interesom narodów.

Jarosław Ładosz

Źródło pierwodruku: „Opinie krytyczne. Pismo lewicy”, nr 1 (9) z 1995 r.

Dodaj komentarz